Witam, założyłam konto specjalnie po to, aby się wyżalić. Otóż, oficjalnie jestem z moim partnerem od marca. Spotykamy się o wiele dłużej, ponad rok. Jednak ja nie mogłam zdecydować się na wejście w związek. Po prostu nigdy nie byłam ich zwolenniczką, wolałam raczej się zabawić i wyszaleć, niż być z kimś na stałe. Jednak po wielu trudach udało nam się, zgodziłam się i jesteśmy razem już prawie 7 miesięcy. Nie jest mi obojętny i wiem, że ja mu też nie jestem (nie chcę używać górnolotnych słów, bo trochę w nas zwątpiłam). Były to burzliwe miesiące, zarówno z mojego powodu(jestem choleryczką) jak i z jego winy. Zawsze jednak potrafiliśmy się w jakiś sposób dogadać. Piszę o tym, bo chce zaznaczyć, że w naszym związku kłótnie występowały naprawdę często-moim zdaniem aż za. Patrząc na to z racjonalnej perspektywy nie jestem w stu procentach szczęśliwa. To naprawdę głupie, bo nie wyobrażam sobie życia bez niego, ani on beze mnie, ale nie potrafimy się dogadać(moim zdaniem on uważa, że pomimo kłótni wszystko jest okej). Mamy zupełnie inne spojrzenie na związek, bynajmniej tak mi się wydaję.
Na wspólnej imprezie w piątek bawiłam się naprawdę fatalnie. Zostaliśmy zaproszeni oczywiście razem, więc jak para powinniśmy bawić się razem. Tak jednak nie jest. Od razu zaznaczam, że nie oczekują wyłączności i nie zachowuję się jak "bluszcz". Nie wymagam aby partner spędzał ze mną całą noc nie bawiąc się z innymi, naprawdę nie o to mi chodzi. Jednak w towarzystwie tworzy on między nami dziwny dystans. Gdy spojrzy na nas ktoś z boku to nigdy w życiu nie uznałby nas za parę, nawet znajomi zauważają, że X. dziwnie się zachowuję. Parę razy prosiłam go do tańca tej nocy, odmawiał, bo mówił, że nie potrafi tańczyć na trzeźwo. Jasne, rozumiem to. Bawiłam się w takim razie bez niego. W pewnym momencie spoglądam na parkiet, a tu bach-tańczy z inną. Poczułam się w tym momencie naprawdę fatalnie, wiedząc, że moje prośby ignorował, a sam z własnej inicjatywy proponuje taniec dalekiej znajomej. Chodzi tu o pewną zazdrość, jednak jest on spowodowana tym, że poczułam się zwyczajnie olana i naprawdę taka "malutka". W towarzystwie traktuje mnie w sposób gorszy niż swoje koleżanki czy nawet obce mu dziewczyny. Sprawia wrażenie skrępowanego. Sam to przyznaje. Mówi, że widzi to, ale "nie wie jak ma się zachować" i że nie umie mnie traktować tak jak powinien. Mówi, że jestem dla niego najważniejsza i że chciałby się mną chwalić wszem i wobec, jednak kompletnie nie potrafi tego pokazać. Jestem jego pierwszą, poważną partnerką(chociaż sam związek z mojej perspektywy nie jest zbyt poważny-bynajmniej jego zachowanie na to nie wskazuje). Zawsze uważałam się za osobę atrakcyjną, wartościową nigdy nie miałam większych kompleksów, ani nie narzekałam na brak powodzenia. Jednak teraz przez jego zachowanie czuję się okropnie. Gdy z nim jestem czuję się jak kula u nogi. Kompletnie zbędna i kompletnie nieatrakcyjna. Moje poczucie własnej wartości spadło do zera i nie mam pojęcia jak mam to odbudować. Rozmawialiśmy o tym, powiedziałam, że narazie nie jestem w stanie z nim być (tu objawia się moja choleryczna i gwałtowna natura) i oficjalnie nie jesteśmy ze sobą od...wczoraj. Nie potrafię przeboleć faktu, że tak mnie odtrąca przy innych ludziach. Czy przesadzam? Jak mam/mamy sobie z tym poradzić? Nie wiem co robić, na nic kompletnie nie mam ochoty, najchętniej resztę dnia spędziłabym w łóżku, sama:(
Podobne tematy
Ja bym chyba nie wytrzymała takiego traktowania.. Być może panu X trzeba pokazać jak to fajnie jest poczuć takie 'odrzucenie'. Idąc tropem że oko za oko, ząb za ząb, urządziłabym mu podobną scenkę. Ja i mój facet rozumiemy potrzebę rozmowy czy zababwy z kimś innym, dlatego na imperzach nie kontrolujemy się. Po prostu sobie ufamy. I nie zawsze wszędzie chodzimy razem. Tak jak mówiłam, zaufanie. Podoba mi się Twoje podejście, że nie jesteś jak "bluszcz". Ale może nie każdy facet jest taki jak mój, może pan X potrzebuje takiej porządnej babskiej ręki, żeby mu pokazać, wskazać, poprowadzić. I z tej nieporadności chciał zrobić Ci na złość, że Ty się dobrze bawisz a on ślęczy nad kieliszkiem. Albo po prostu uznał, że wypił już dostatecznie dużo aby zatańczyć..
Co do metody ząb za ząb-wiadomo, że nie jest najlepsza, ale nie ukrywam, że chociażby w ten piątek ja zastosowałam tańcząc prowokacyjnie z innym. Jak się skończyło? Oczywiście wielką złością z jego strony.
Co do pokazania mu co i jak. Właśnie to mnie najbardziej drażni-bo do jasnej cholery szukam w nim partnera, a nie chłopca, którego muszę prowadzić za rączkę.
Wszystko sobie wczoraj wyjaśniliśmy, postawiłam sprawę jasno-albo nie pokaże, że faktycznie mu zależy i zacznie mnie traktować w należyty sposób, albo się pożegnamy. Oczywiście płacz z jego strony, przyznanie się do winy i przy tym przyznanie mi racji, obietnice poprawy, prośby aby to nie był koniec. Innymi słowy-na łeb można dostać. Mimo wszystko i tak się zastanawiam czy dobrze zrobiłam i czy nie powinnam tego rzucić(zaznaczając,że nie byłoby to dla mnie łatwe)
piszesz ,że nie jesteś szcześliwa ze sposobu w jaki cię partner traktuje w towarzystwie , a dalej :nie wyobrażasz sobie bez niego zycia...;
fakt ,z tego co piszesz ,jak on sie zachowywał podczas waszego ostatniego "wyjścia"-sama chyba wyszlabym z takiego przyjęcia;
jednakże podjęłaś kroki aby zbadac grunt i zobaczyć czy coś z tego bedzie.wyznaczyłas granicę i określiłaś swoje wymagania:to wspaniale.jednak teraz faktycznie musisz poczekać na rozwoj sytuacji.nie jest to złe -jak piszesz-ze nie wiesz czy to dobre działanie.będąc z kimś w zwiazku chcesz czuć sie dobrze i jest to absolutnie zrozumiałe.teraz od niego zależy czy "powstanie" i udowodni ,że to ty jesteś tą wazna dla niego polowa ,a nie "przypadkowa dawna zanajoma".