Witam Wszystkich bardzo serdecznie ![]()
Jestem już jakiś czas na forum, może nie udzielam się, ale czytam wszystko co mnie interesuje i staram się być na bieżąco.
Postanowiłam założyć ten temat, ponieważ jest tutaj wiele mądrych i doświadczonych kobiet, które, mam nadzieję, pomogą mi przetrwać w moim miłosnym życiu
Tytuł jest ogólny, ponieważ nie chcę zakładać nowych wątków za każdym razem, gdy będę miała jakiś problem tylko wszystko co mnie dotyczy opisywać tutaj. Mam nadzieję, że nie jest to wbrew regulaminowi ![]()
Zacznę od tego, że mój kochany wyjeżdża. Wyjeżdża za granicę zarabiać i to już za kilka dni. Wszystko było ustalone, omówione więc żadnych niespodzianek nie ma. Chodzi o to, że na razie jest dobrze. Mieszkaliśmy ze sobą ostatnie pół roku, można powiedzieć, że mam "zapas uczucia" na jakiś czas
Nie panikuje, jestem spokojna wszystko gra tylko nie wiem jak długo...
Chodzimy ze sobą ponad 6 lat. Mieszkał ode mnie stosunkowo niedaleko, spotykaliśmy się w sumie kiedy chcieliśmy, dzwoniłam jak mi się nudziło, jak było mi smutno czy wesoło. Wszystko jedno o której bym nie zadzwoniła i nie zapytała czy mogę przyjechać on zawsze się zgadzał. Jest taką moją odskocznią.
I teraz zastanawiam się kiedy pęknę. Kiedy uświadomię sobie, że nie będę mogła zadzwonić w każdej chwili, przyjechać itp... (dlatego zawczasu założyłam ten wątek, żeby móc się gdzieś wypłakać
).
On nie jest typem, który dzwoni i wysyła smsy bez powodu, a raczej przestał już to robić. Tak w sumie osiadł w tym uczuciu, ale nie dziwie się, bo to tyle lat
Chodzi o to, że obawiam się, że będąc za granicą będzie się rzadko do mnie odzywał. Postanowiłam sobie, że będę twarda i ja też nie będę się odzywać, bo zwykle robiłam to trochę za często
Tylko nie wiem ile dam rade i jak to się skończy... ![]()
Jest jeszcze jedna kwestia. Jestem jeszcze młoda, ale nie młodnieje. Nie będę ukrywać, że po tylu latach w sumie szczęśliwego związku oczekuję deklaracji, bo nie chce być, że tak powiem "wpędzona w lata". Te deklaracje są, on się nie broni, ale to wszystko jest "kiedyś", "później", "jak się dorobię". Z jednej strony myśli racjonalnie, ponieważ mówi mi, że teraz nic obiecać nie może, że podstawą jest dobra praca, wykształcenie, żeby założyć rodzinę. Zgadzam się jak najbardziej i popieram tylko widzę, że to wszystko jest dla niego w dalekiej przyszłości, bo nic nie robi właściwie, żeby coś się w tym temacie ruszyło. No ok, wyjeżdża z przyjaciółmi zarabiać, po lepsze życie, "żeby się dorobić" jak on to mów. I wtedy ja się pytam: "A na co Ty się chcesz dorabiać?" "No nie wiem, na coś tam sobie chce odłożyć" - on odpowiada... Nie powiem, że jest to pocieszające.
Wierzcie mi ja naprawdę nie naciskam na ślub, na nic. Ot, pytam się od czasu do czasu, żeby wybadać grunt więc do muru nie jest przyparty, ale patrząc w moją metrykę i jego podejście coraz częściej obawiam się, że nic się nie zmieni...
Owszem, raz mi powiedział, że popracuje tam, rozejrzy się, zbada rynek, ja za rok do niego dołączę (ponieważ mam zaległe tutaj sprawy dlatego nie mogłabym teraz wyjechać), że uzbieramy i wróciły do Polski urządzić wielkie wesele
Miła perspektywa i w sumie powinna być to satysfakcjonująca mnie deklaracja, ale powiedziana była po długiej rozmowie, moich wątpliwościach i smutkach. Za jakiś czas znów go podpytałam, tak dla sprawdzenia i niestety nie potwierdził swoich słów. Nie zaprzeczył definitywnie, nie, nic właściwie nie powiedział, co w sumie utwierdziło mnie w przekonaniu, że tamto powiedział tylko żeby mnie uspokoić...
Może dramatyzuję, może nikt z Was nie zrozumiał nic z tego co napisałam
Ale musiałam to z siebie wylać ![]()