witam, jestem mężatką, wydawało mi się, że raczej szczęśliwą, ale chyba coś jest nie tak. A wszystko jak zwykle, przyszło z nienacka. Opowiem wam swoją historię, której dobrego końca nie może być.
Wszystko zaczęło się przed samym ślubem, z moim mężem zastanawialiśmy się nad świadkami. Do głowy przyszła nam myśl, że może chłopak ode mnie z pracy byłby właściwy, kolega męża zresztą - nad dziewczyną nie było problemu. No i stało się. Świadczył nam jakby się wydawało w tak wielkim dniu. Od tamtej chwili coraz częściej ze sobą przebywaliśmy, rozmawialiśmy, kontaktowaliśmy się wkońcu poza pracą. Rozmawialiśmy ze sobą na wszystkie tematy, wiedziałam, że mam do kogod zwórcić się z problemem ale i zwykłą błahostką. Wiedziałam, że jak mi mówi, że ładnie wyglądam - to tak jest, że fryzura mi nie pasuje, to faktycznie nie pasuje. I to tak działało w obie strony, on też przychodził nieraz z rana z pytaniem co myślę o jakiejś jego zmianie, czy się tą zmianą nie wygłupił. Wiedzieliśmy, ż emożemy na sobie polegać, bo poza nami nie ma nikogo. On kawaler, mój mąż nigdy nie próbował nawet poruszać ze mną jakichkolwiek tematów, z każdym dniem czułam jak się oddalamy od siebie. Nigdy nie słyszałam od męża "ładnie wygladasz" a o czułych słówkach to nawet nie marzyłam. To wszystko dawał mi ten mój przyjaciel. Zawsze wiedział kiedy mam złe dni, zawsze się pytał o powód. Ale to była przyjaźń.
Ja zaszłam w ciążę, poszłam na zwolnienie, później macierzyński. Tylko czasami się odzywał on albo ja.
Rok temu na wiosnę wróciłam do pracy. Odnowiliśmy nasze relacje. Ale było jakoś inaczej. W pracy rozmawialiśmy przez meila, dziennie były setki tych wiadomości, nocami godzinami przez gg. On się doradzał czy powinien się spotykać z dziewczyną co myślę o tym, ale czułam, że to tylko pretekst do rozmów. Mój mąż budził we mnie coraz większą frustrację, ciągle szukał pretekstów do kłótni, a to obiad nie taki, a to ja się go czepiam za każdym razem jak nie wrzuci skarpetek do kosza, a to że wieczorem sobie piwko czy dwa wypije. A ja nie mogłam zrozumieć jak dorosły facet nie myśli o rodzinie, dziecku. Nigdy nie pomyślał o tym, że może być sytuacja, ze trezba będzie dziecko do lekarza zwieść, no ale przecież jestem ja. Miałam sytuację, kiedy mąż opiekował się dzieckiem. Siedziałam w pracy i telefon dzwoni - teść mówi, żebym szybko przyjechała, bo z nim się coś dzieje. Przez myśl przeszła mi ewentualność, że może wypił, ale po chwili sama z siebie się śmiałam, bo przecież to dorosły i odpowiedzialny człowiek. Ale się pomyliłam. Wróciłam do pracy, dziecko zostawiłam z teściem, ale jak wróciłam to mi nerwy puściły. Naszkoczyłam na niego. Tak się moją reakcją zbulwersował, że skoczył do mnie i złapał za szyję. Dziecko się wystraszyło (synek miał 1,5 roku), zaczął płakać a właściwie wrzeszczeć. Puścił mnie a ja wzięłam malca na ręcę. Nie zważał na to, ponownie złapał mnie za gardło. W pewnym momecie poczułam, jak zacieśnia palce a ja tracę oddech. Myślałam tylko żeby nie wypuścić dziecka z rąk. Naszczęście to była wczesna wiosna, miałam szalik więc jakoś to zniwelowało uścisk. No i teść wpadł więc mnie puścił. Dla mnie tłumaczenia nie było, nie poczuwałam się do winy natomiast teście zasugerowali mi, że to moja wina bo powinnam swoim działaniem ograniczyć picie. A ja? co mogłam zrobić jak ani prośby ani groźby ani rozmowy nie przynosiły efektów. Miałam otarcia na szyi ale kryłam za golfem. Nie powiedziałam o tym moijemu przyjaceilowi, ale domyślił się, że coś potwornego miało miejsce. Ja się tylko cieszyłam, że mam jego, że mam komu się wypłakać w rękaw. Nasza znajomość się zacieśniała, nawet nie wiem, kiedy zaczęłam o nim myśleć już nie jak o przyjacielu. I wydawało mi się że to działa w obie strony. Kiedyś nawet mnie zapytał:"odejdziesz od niego?" a ja, że nie, bo to mój mąż, bo mamy dziecko, że ktoś musi być odpowiedzialny. Tak naprawdę, to brak mi było zwykłej odwagi, bo co ludzie powiedzą, bo jak sobie poradzę z dzieckiem, bo wkońcu tylu ludzi bym skrzywdziła.
W niedługim czasie się dowiedziałam, że związał się z moją koleżanką. Nie powiedział mi o tym, z braku odwagi? Nie wiem. Poczułam ogromną stratę, wiedziałam, że nigdy nie będzie to co było. Rozpytałam się w otoczeniu czy to prawda, dowiedział się o tym. Poprosił, żebym nie mieszała, że chce żyć normalnie.
Zaczęłam analizować nasze relacje, nasze rozmowy. Nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, że potrafił przez kilka godzin wpatrywać się we mnie totalnie odlatując i tracąc kontakt z rzeczywistością a po chwili z kimś się związać.
Minął prawie rok, ja dalej czuję pustkę. U mnie nic się nie zmieniłło, mąż jak wcześniej się nie interesuje mną, on chyba już taki jest zakochany w sobie po uszy narcyz. Mam świadomość, że to co czuję do niego nie jest zwykłym oderwaniem od nudy, że to prawdziwe uczucie. Czasami jeszcze łapię go na wpatrywaniu się we mnie. Już nie rozmawiamy tak jak kiedyś, zdystansowałam się do stopnia kolega koleżanka. Nikt sobie nie zdaje sprawy z tego co czuję, kiedy go widzę ii mam świadomość tego, że nie jest dla mnie. I to codzienne udawanie, że niby wszystko jest ok. Nie wnikam już w jego sprawy, nie interesuję się jego życiem. Tylko niedawno podczas jednej z nielicznych naszych rozmów, powiedział mi, że gdyby nie był z kimś to by sie skusił na romas ze mną. Nie przewidział tylko, że ja będąc w związku nawet tak nieudanym jak mój, nie zdecydowałabym się.
Czasami mam taką myśl, że ten moment kiedy pytał mnie czy odejdę od męża, o wszystkim przesądził. Bo nikt nie chce być kimś na zawołanie, kimś od chwili do chwili. A on jest poprostu taki jak ja, potrzebujemy stabilizacji i równowagi i nigdy byśmy nie zdecydowali się przewrócić świat do góry nogami wszystkim tylko dla tego, bo poczuliśmy coś więcej do siebie.
Podobne tematy
Piszesz o mężu same najgorsze rzeczy. Mniemam, więc, że biorąc z nim ślub miałaś po prostu klapki na oczach, cóż, zdarza się. Jednak to wydaje się dziwne, że dopiero zobaczyłaś chyba jego wady przy swoim przyjacielu, czy nie jest tak?
Jeżeli jest tak jak piszesz, to Twoje małżeństwo nie ma sensu, bo ściśnięcie Cię za gardło przez męża, to nic innego jak przemoc i nie wolno tego tolerować. Macie razem dziecko, lecz nie jest to powód, by to znosić. Kiedyś przecież i przemoc może przenieść się na dziecko, a dziecko potrzebuje spokojnego domu, nawet jeżeli obok nie będzie non stop tatusia.
A co do przyjaciela, to moim zdaniem jemu też jakoś tak nie zależy. Nagle, jest z kimś innym, jak dobrze czytam i mówi, że chciałby z Tobą romansować. Potrzebny Ci taki facet ? Może te komplementy były tylko po to, żeby zachęcić Cię do seksu z nim, ja tak to odbieram.
Oczywiście, dopuściłam taką możliwość, że może mu chodzić o seks, ale też miał świadomość tego, że dopóki jestem z kimś w związku - nawet toksycznym jak mowi moja koleżanka - nigdy bym nie pozwoliła na tego typu sytuacje. Tym bardziej, że znamy się od wielu lat.
Natomiast od incydentu z mężem minęło kilka miesięcy, jest spokój. Oczywiście są konflikty, kłótnie, pretensje itd. ale nie ma przemocy. Nie wiem czy to cisza przed burzą, chcę wierzyć, że nie.
A mój przyjaciel? a może jest tak, że tkwiąc w tak beznadziejnym, szarym związku szukam tego czego nie mam poza nim, może ten kolega nie wysyłał mi sygnałów, tylko ja tak bardzo chcąc mieć kogoś - widziałąm je. I jest jeszcze jedna strona medalu, może on wcale nie jest taki wspaniały, czuły, kochany. Może ja go zwyczajenie wyidealizowałam, bo chcę wkońcu w coś wierzyć. Bo przecież nie może może być tak, że życie jest tylko białe, czrne i szare.