Jakiś czas temu, całkiem niedawno, relacje z dwiema osobami z mojej paczki nieco się popsuły i nie jestem pewien, czy moje zachowanie w pewnych sytuacjach było (i czy będzie) adekwatne do skali problemu.
Oto historia w skrócie:
1. Z uwagi na życie prywatne - pracę/sprawy rodzinne/etc, częstotliwość naszych kontaktów nieco spadła, ale dalej się przyjaźniliśmy.
* Przez bardzo długi czas oni byli parą, ale w końcu się rozstali, pozostając w jednak w naszej grupie - wspólne hobby, m.in. fantastyka, WoW itp.,
* On miał przez jakiś krótki czas inną dziewczynę, ona ciągle jest w nim tak zakochana, że dała by się chyba za niego utopić. Sam byłem nią zainteresowany (podoba mi się i mamy podobne zainteresowania), ale głupio mi było i przed nim i jakoś tak ogólnie - poza tym, jej charakter mnie bardzo odstręcza, jest, jak to delikatnie ująć upierdliwa, histeryczna i nie słucha ludzi.
2. Dzwoniłem do niej kilka razy, już nie pamiętam o co, ale nie odebrała, więc zadzwoniłem do niego. Okazało się, że jest w szpitalu, ma zatrucie żołądkowe, płukanie itp. Oczywiście zaproponowałem dowolną pomoc - laptopa, konsole, książki, przyjechać pogadać itp., ale miał wyjść następnego dnia, więc podziękował. Powiedział mi jednak, że ona ma ciężkiego doła i pewnie dlatego nie odbiera. Ponieważ sam mam regularnie złe okresy i wiem jak to jest, wysłałem kilka smsów, próbowałem jeszcze dzwonić, powiedzieć, że ma nasze wsparcie, jak chce, to możemy gdzieś w grupie wyjść, spotkać się, może ktoś jakoś by pomógł.
I cisza. Ani on, ani ona od tamtego razu nie odezwali się do mnie, a byłem jedyną z całej grupy osobą, która w jakikolwiek sposób zainteresowała się jej problemami i jego szpitalem. Jego spotkałem potem u innego znajomego na weselu, tłumaczył się, że dzwonił potem, ale nie odbierałem, pytanie o sms'a zbył, zmieniając temat rozmowy. Wziąłem to dość głęboko do siebie, ale nic nie dałem poznać.
3. Cała nasza grupa raz do roku wyjeżdża razem w Polskę, do gospodarstwa agroturystycznego, oddawać się przez dwa tygodnie graniu w RPG, graniu na konsolach, wspólnemu spędzaniu czasu, wycieczkom i oczywiście nieco pijąc. W tym roku wyjazd zaczęła organizować osoba, która nagle zerwała z nami kontakt kompletnie w bardzo krótkim czasie i obowiązek ten zgodziłem się przejąć na siebie. Rozesłałem sms'y o potwierdzenie obecności i czekałem. Po kilku dniach ona zadzwoniła z zapytaniem ile tam jest jakich pokojów, bo dwójka jej znajomych chciałaby pojechać. Ponieważ wiedziałem, że można robić przemeblowania i roszady, ale nie miałem tak naprawdę informacji na temat standardowego rozlokowania osób w pokojach (na stronie internetowej też go nie było) stwierdziłem, że do końca tygodnia lub na początku przyszłego się skontaktuję i dam znać.
Następnego dnia ona dzwoni i mówi, że już tam zadzwoniła i wszystko już wie. Trochę mnie to wkurzyło, bo ta sytuacja powtarza się co roku od trzech lat - nic nie mówiąc organizatorowi ona dzwoni do wynajmującego pokoje i wypytuje go o wszystko, by potem na spotkaniu produkować się przez pół godziny o tym (co relatywnie mało kogokolwiek z nas obchodzi). W późniejszych rozmowach inna koleżanka powiedziała mi, że ona "tak ma, że musi wszystko wiedzieć już zaraz, a nie poźniej".
Następnego dnia dostaję sms'a od jej "pseudo-chłopaka", że generalnie, to ona więcej już zaczęła robić w sprawie tego wyjazdu niż ja. Tu się już spieniłem nie na żarty i napisałem na naszym wspólnym forum niewybrednymi słowami, że mam dalszą organizację wyjazdu w dupie i jak ona tak doskonale sobie z tym radzi, to proszę, droga wolna.
Później, w weekend ona do mnie dzwoniła, ale akurat prowadziłem sesję, więc stwierdziłem, że nie będę odbierał (i tak byłem na nią zły), tylko oddzwonię następnego dnia. Stało się tak, że uczciwie zapomniałem o jej telefonie, a że nie wysłała żadnego sms'a, to nie miałem nawet jak sobie przypomnieć (kurcze, nie przeglądam historii rozmów z nudów...)
Sytuacja teraz wygląda tak, że on się już ze mną nie kontaktuje (i tak nie jest bardzo kontaktowy, WoW zajmuje dużo czasu), a ona tak się na mnie obraziła, że wykasowała z telefonu mój numer. Zdania reszty grupy odnośnie sytuacji są podzielone - część uważa, że powinienem ustąpić i się pogodzić, część jej nie lubi i już kiedyś wulgarnie powiedziała jej, co o niej myśli, część mówi, żeby ją olać bo "gówno brudzi" i teraz zacząłem się zastanawiać, co zrobić, bo w niedzielę zaprasza nas wszystkich na imieniny, a ja mam ochotę strzelić ją w twarz z glana...
Jej zachowanie bardzo weszło mi na moją godność osobistą - zawsze to ja jestem mediatorem, staram się, żeby nie było tarć i niesnasek w grupie (a było ich nieco, szczególnie jej z osobą, która nas opuściła, zresztą też dziewczyną jednego z naszych "członków"), a tutaj bach, przez niektórych jestem postrzegany za tego, co robi problem.
Czy ja przesadzam ? Czy może powinienem przynieść jej kwiatka i czekoladki i powiedzieć, że zachowałem się nie po męsku ?
Bo osobiście, to największą ochotę mam zwyzywać ją najbardziej plugawymi słowy, jakie ślina na język mi przyniesie...a jemu przywalić, tak z półobrotu glanem w czoło...może pęknie, przy odrobinie szczęścia...