Witam jestem nowa i postanowiłam że napisze pare słów chociaż pierwszy raz tak otworze się , bo nigdy nawet o tym niepomyslałam że można wylać na forum uczucia które gdzieś tam w środku duszą się....
Zaczne od tego że na dzien dzisiejszy jestem depresyjną, smutną kobietą która do niczego nie doszła, której wydaje się że nieporadzi sobie w życiu i która ma czasami ma żal do Boga że urodziła się:(
Moje życie to pasmo nieszczęścia i wielu upokorzeń które doznałam...od dzieciństwa towarzyszył mi strach, rodziców miałam niby normalnych dla tych którzy patrzyli z boku, ale tak naprawdę toksycznych jak to powiedziała kiedyś moja terapeutka...mama chorowała a to na depresje, a to na inne choroby twierdząc że to przezemnie....obwiniała wszystkich i wszystko za swoje nieszczęśliwe wybory, nienawidzi mojego ojca i słusznie...człowiek ktory psychicznie gnębił mnie i moje rodzeństwo....pamiętam jak chowałam się w łazieńce żeby tatuś nie krzyczał i nie wyzywał...nie pił, nie bił--może i by bił gdyby nie to że mieszkaliśmy w bloku czterdziesto rodzinnym, był to blok zakładowy i wstyd przed sąsiadami i co by dyrektor powiedział....
I tak latami słyszałam kłótnie, wyzwiska, że jesteśmy ja i moje rodzieństwo gamoniami, nieudacznikami....potem było gorzej kiedy tatuś stracił pracę..koszmar..kiedy brakowało w domu chleba to było najgorzej...ojciec wyżywał się najmocniej wtedy...obwiniał nas, że to nasza wina, że żałuje że ma rodzinę a jak mama dostawała rencinkę to pierwszy siadał do stołu a potem my..myślał tylko o sobie...potem się zadłużał i kazał nam spłacać jego długi więc jako 16 latka musiałam o siebie dbać...o szkole mogłam pomarzyć....choć przyznam że wszystko skończyłam wieczorowa...liceum i jakieś studium które do niczego się nie przydaje...
chociaż cieszę sie że mam prawojazdy i dobrze mówie w innym języku...
Matka moja całe życie była materialistką, do tej pory kiedy ją odwiedzam muszę za to płacić i to nie mało...jako 17latka poznałam moją pierwszą jak mi się wydawało miłość...która skończyła się upokorzeniami, i siniakami na twarzy...matka mnie wyrzuciła z domu jak chciałam moją "miłość' zostawić a mój eks mógł mieszkać u niej i cieszyć się z mojego nieszczęścia...ale naszczęście poznałam mojego obecnego męża który wiele mi pomógł...do czasu....ostatnio przechodzimy kryzys nie pierwszy...nieukłada nam się...najgorzej jest że mieszkam zagranicą i cały czas byłam uzależniona od niego...teraz powoli rozpada się wszystko i nie wiem nawet co będzie ze mną...gdzie się podzieje, co mam zrobić...w sumie mieszkać w Niemczech ale czy poradzę sobie sama....mam tyle obaw..mąż coraz częściej mówi że dziecka mi nie odda a to mój cały świat..mam tylko jego....nie mogę jeść, spać, schudłam sporo i nie wiem jak to będzie....
Myślę tylko że wiara w Boga jakos mnie trzyma...i mam nadzieje że się ułoży jakoś wszystko