Witam,
Zacznę od początku.. Pamiętam siebie jeszcze sprzed kilku lat: wesołą, uśmiechniętą. Umawiałam się z przyjaciółmi, wychodziłam z domu. Cieszył mnie każdy słoneczny dzień, śpiew ptaków za oknem. Owszem bywałam smutna, płakałam od czasu do czasu jednak nie było to czymś długotrwałym, szybko przechodziło. Od 2 lat jestem z Nim, połączyło Nas ogromne uczucie, od początku bardzo Nam na sobie zależało, byłam taka szczęśliwa widząc miłość w jego oczach.. Przeżyliśmy ze sobą dużo ciężkich chwil m.in. utrudnienia ze strony moich rodziców co do spotykania się z Nim, brak spotkań dochodzące do 2 miesięcy, rozstania- zakończenie związku z jego strony, dwa razy również i z mojej. Jednak zawsze wracaliśmy do siebie. Z perspektywy czasu widzę że ostatnie rozstanie z mojej strony miało na mnie zbyt wielki wpływ. Nie odpowiadało mi że ignorował mnie, potrafił przez kilka dni nie odzywać się do mnie bez żadnego uzasadnienia. Teraz oceniam to jako głupie z mojej strony, chciałam zacząć wszystko od nowa, ale już po pierwszym dniu żałowałam swojej decyzji jednak nic nie mogłam zrobić. Czułam, że go kocham jednocześnie będąc bezsilną. Co prawda zeszliśmy się po miesiącu, miesiącu o którym nie chce pamiętać, miesiącu, w którym nie byłam z Nim. Pisaliśmy i rozmawialiśmy ze sobą niemalże codziennie jednak cały czas myślałam o swojej winie, że przeze mnie cierpi. Słowa o innych dziewczynach tak bardzo bolały... Nigdy od tego czasu (ponad roku) nie zrobiłam takiej głupoty jak wtedy. Było to z mojej strony niedojrzałe, wiem że sama do tego doprowadziłam, ale nigdy nie potrafiłam mu wybaczyć że przetrzymał mnie tak długo w takim strachu, rozpaczy. On też pare razy zakończył ze mną związek lecz po chwili wracał a ja od razu mu wybaczałam...
Lecz jeszcze gorsze rzeczy zaczęły się ze mną dziać dopiero później.. Czułam i nadal czuje strach przed rozstaniem. Boję się że jeśli nie odezwie sie do mnie przez dłuższy czas to będzie oznaczać to że nie chce ze mną być. Od niedawna ma koleżankę, z którą czasem rozmawia i do niej jeździ. Znam ją, można powiedzieć że lubię, lecz stała się dla mnie osobą która pragnie odbić mi ukochaną osobę. Bywają takie momenty, że gdy siedzimy u niego i ona puści Mu sygnał ja zaczynam płakać, przed oczami mam jak ze sobą rozmawiają, jak tańczą ze sobą na jakiejś imprezie. Mam niskie poczucie własnej wartości (choć mówią mi że jestem ładna, wartościowa, wiem że paru chciałoby ze mną być) dlatego boję się że zbliżą się do siebie, ona zajmie moje miejsce... Niejednokrotnie rozmawiałam z Nim o tym co czuje, odpowiadał mi że to tylko koleżanka, że tylko ja się liczę... Lecz ja nadal się boje przez co powoli doprowadzam ten związek do rozpadu... Czuję strach, boję się że nie będziemy razem.. Czasem zachowuje się jak wariatka, jak przestanie się odzywać albo się pokłócimy potrafię pojechać do Niego o każdej porze, nieważne czy to 8 rano, 20 wieczorem czy 1 w nocy. Lub wykonać do niego (dosłownie) 100 połączeń aż obierze. Dla Niego potrafiłam wszystko zawalić, urwać się z lekcji, pojechać do niego chociaż mogłam mieć nieprzyjemności w domu albo własne wyrzuty sumienia że np nie spędzam urodzin z tatą tylko jade do Niego bo się pokłóciliśmy. Stał się dla mnie Najważniejszą osobą przez co odsunęłam się od przyjaciół, rodziny, wielokrotnie wybierałam jego zamiast sie uczyć.
Mój strach o Nasz związek przeplata się z zazdrością oraz żalem, że nie zrobiłby tego co ja robiłam żeby z Nim być oraz tego że nie rozumie tego co czuję, mówi żebym wyluzowała. Wiem, że byłoby lepiej jakby nie denerwował się na mnie, nie wybuchał, przytulił gdy jestem smutna... Kocham go i mimo wszystko wiem, że on czuje to samo. Najgorsze są wspomnienia o tych pięknych wspólnych chwilach.. Codziennie płaczę, nadeszły dawno oczekiwane przeze mnie wakacje a ja boje sie tego wolnego czasu, w którym jeśli nie będę miała co robić, nadejdą wszystkie te myśli, które mnie już wyniszczają.. Nie mam siły tego ciągnąć ale jeszcze gorzej nie mogę znieść myśli, że to zakończę... Wiem, że nikt nie powie mi jak mam zadecydować. Ale jestem już tak bezsilna, że nie wiem do kogo się z tym zwrócić, dochodzą mnie myśli żeby coś sobie zrobić... Wiem, że inni mają gorzej, poważniejsze problemy... Nie rozumiem jak z radosnej dziewczyny zmieniłam się w ogrom strachu, zmartwień, lęku i rozpaczy..
Z góry przepraszam za moją rozległą wypowiedź...