Witam. Już na wstępie zaznaczę, że nie szukam porady, bo moja sytuacja jest już bez wyjścia. Po prostu... Muszę opowiedzieć. Jeżeli tego nie zrobię, to całkiem zwariuję, a już teraz ledwo się trzymam...
Mam 30 lat. 5 lat temu urodziłam Mikołajka. To był cud - miałam nie mieć dzieci. Synek był wychuchany, nasze oczko w głowie. Mąż od zawsze był dobry, nigdy wcześniej nie miałam z nim problemu. Do teraz.
Mąż pół roku temu wyjechał do pracy za granicę. Miało najpierw być na miesiąc, ale wciąż się przedłuża... 4 miesiące temu zdiagnozowano u syna białaczkę. Jedynym ratunkiem jest przeszczep szpiku, ja nie mogę być dawcą, a w bazie dawców także nie znaleziono nikogo, kto by mógł nim być. Cień szansy był, gdy lekarz zaproponował badanie ojca Mikołajka, ale ten nie chce przyjechać... Prosiłam, błagałam, płakałam w słuchawkę, groziłam rozwodem. Nie pomogło...
Miki znosił wszystkie zabiegi i badania bez słowa skargi, walczył z chorobą "dla taty". Ciągle pytał, kiedy tata przyjedzie, bo muszą pograć w piłkę... Ja zapewniałam syna, że wkrótce, że już niedługo...
3 tygodnie temu w chwili słabości powiedziałam Mikołajowi, że nie wiem, kiedy tata przyjedzie. Mały długo nic nie mówił, a potem stwierdził, że "tata nas nie kocha". Od tamtego czasu stan syna z dnia na dzień się pogarsza, choroba z zawrotną prędkością wyniszcza jego organizm... Mój syn umiera mi na rękach, a ja nic nie mogę zrobić, by mu pomóc... A męża to nie interesuje... Lekarze dają Mikołajowi niewiele czasu... Tracę nadzieję... Nie mam siły sama tego dźwigać... Jeśli Mikołaj umrze, skończy się cały mój świat... Patrzę na niego teraz i duszę w sobie łzy... Mam ochotę wyć w głos i rwać włosy z głowy... To wszystko już mnie chyba przerosło.