Hej,
Pisałam ostatnio o dniach ostatnich mojego związku. Wasze komentarze i - o dziwo - czytanie własnych słów przelanych 'na papier' dały mi sporo do myślenia.
Na terapii (poznawczo- behawioralna, indywid., 2 lata) dowiedziałam się, że chcę na siłę powielić schemat związku znany mi z domu rodzinnego: chcę dokonać niemożliwego, aby pokochał mnie ktoś emocjonalnie niedostępny i nieumiejący (mnie) kochać. Moja mama, osoba z depresją, przez 30 lat z kawałkiem walczyła o uczucia męża- alkoholika, który w bonusie do swego uzależnienia dręczył ją psychicznie i zdradzał na prawo i lewo.
Miałam wrażenie, że tak mnie odwirowali na tej terapii, tyle wylanych łez, mojego krzyku, przepracowywania własnego bólu, że bez specjalnej napinki sobie poradzę w życiu uczuciowym. No a bilans związkowy mam taki:
- pierwszy związek, przed terapią, chory zupełnie, aż żal wspominać, co druga historia na forum o czymś podobnym mówi niestety
- drugi, czteroletni - pierwsze dwa lata totalny cud i zauroczenie, dzielenie z drugą osobą życia, wspólne mieszkanie, wspólne zainteresowania - potem stopniowe oddalanie się mojego partnera, który zostawił mnie ze słowami "tak naprawdę nigdy Cię nie kochałem"... Potem dowiedziałam się, że już w tym czasie leczył się na zaburzenia osobowości (nie powiem, żebym dostrzegła
) dziś chłopak jest na oddziale psychiatrycznym, ma ciężką depresję...
- trzeci, po dwuletniej przerwie - ta historyjka z forum - w skrócie, niecały rok, opiekuńczy, dobry facet, który też "nigdy mnie nie kochał"... Kilka dni temu przypadkiem dowiedziałam się, że leczył się większość życia na depresję (!)
Szczerze powiem, gdyby nie to, że nie jestem osobą specjalnie kochliwą i nie mam nic przeciwko samotności (byle nie permanentnej i trwającej aż do śmierci
) to bardzo bałabym się, że nie przeskoczyłam swojego schematu i że następny mężczyzna w moim życiu go powieli.
Sama po sobie widzę, że interesuje mnie taki, a nie inny target, mogłabym nawet powiedzieć dość konkretnie, że to M 33+ z dużego miasta, z zakamuflowaną chorobą psychiczną
)
Interesuje się mną wielu mężczyzn (nie umiem tego zjawiska zgłębić, nie wyglądam jak Angelina Jolie, a i wykształcenie cokolwiek nie takie - żart, żart, żeby nie było, że mam coś na bakier z własną wartością
) ale mam wrażenie, że to są zawsze mili, słabi chłopcy, którzy chcą bezpiecznie skryć się za moimi plecami, albo jakieś inne dziwne jednostki, 0 charyzmy, 0 ogarnięcia, 0 testosteronu.
Natomiast ci faceci, których ja "chcę"... efekt opisany powyżej.
Trochę mnie te dywagacje przytłoczyły - czy to znaczy, że następnym razem, jak będę mieć pomysł na znalezienie partnera, to wbrew swojemu pragnieniu mam zmuszać się do spotykania się z panami, którzy nie są dla mnie specjalnie interesujący, ale za to rokują na "spokojnego misia myślącego o małżeństwie", czy mam spotykać się ze sk***synami z depresją i potem kończyć to w bólu?
Czy jest tutaj trzecia droga??
Czy mój "radar" nieomylnie wybiera mężczyznę z depresją? Czy ma to związek z chorobą mojej matki (nie wiem, na tej zasadzie, że nie umiałam zdobyć miłości chorej mamy, bo była chora na depresję, a teraz podświadomie chcę tę walkę powtórzyć i tym razem wygrać, co jak, na zdrowy rozsądek, wiem - jest niewykonalne). Czy wybiera po prostu mężczyzn niedostępnych emocjonalnie, a to, że akurat 2/3 miało depresję, jest spowodowane statystyką?
Ostatnio nawet jak pomyślę o spotykaniu się z kimś, to jakoś tego nie widzę. Nie mam kompletnie na nic ochoty, po za pracą i snem... Pewnie normalne po rozstaniu. Chociaż nie nie przeżywam tego jakoś. Mam nawet momentami wrażenie, że ja żadnego z tych facetów nie kochałam...
Nie wiem, może na to wszystko ma też wpływ to, że obracam się w dość specyficznym środowisku, w specyficznym mieście, w specyficznej grupie zawodowej... Nieraz zdaje mi się, że wszyscy ludzie, których znam, to jednostki tak jak ja dość mocno okaleczone.
Z resztą, planuję wyjazd z tego miejsca, nie mam złudzeń, że zmieni to coś w moim życiu... Ale pomysł wyjazdu mieszka w mojej głowie od sześciu lat i teraz przybrał na sile...
Dzięki wszystkim, pozdrawiam...