Witajcie. Zawsze zarzekałam się, że nigdy nie wybaczę zdrady, żadnej, choćby nie wiem co. Z moim chłopakiem byłam przez 2,5 roku, mamy po 21 lat. Wyjechałam na 4 miesiące na erasmusa, przed wyjazdem wspierał mnie, pocieszał. Szczerze mówiąc ten wyjazd w ogóle mnie nie cieszył. Straaaaaaaasznie tęskniłam. Potrzebowałam częstego kontaktu. On się oddalił. Po miesiącu do mnie przyjechał na tydzień. I to był najpiękniejszy tydzień z całego tego pobytu. Jednak po powrocie stamtąd mój ukochany zdradził mnie. 2 razy z tą samą dziewczyną na imprezach. Strasznie się upił (przez to, że ja tam jestem, że go zostawiłam, że on dla mnie wybrał tą a nie inną uczelnię i miasto a ja wyjechałam - tak tłumaczył). Stało się. Przyznał się jedynie do pocałunku. Wybaczyłam. Po powrocie jednak ciągle o tym myślałam i się z nią skontaktowałam - było coś więcej - ona twierdzi, że sex 3 razy, on, że wzięła go do pokoju, zrobiła loda, ale jak chciała więcej to ją odepchnął i wyszedł. Nie wierzę. Zerwałam z nim, nie potrafię zaufać ani szanować. On bardzo się starał przez 2 miesiące, bezskutecznie. Teraz trochę odpuścił. Wiem, że żałuje.
Czy ja dobrze zrobiłam? Widzę, że znajomi darzą mnie szacunkiem za to, że nie daję sobie w kaszę dmuchać, że jestem silna. Tylko, że ja ciągle o nim myślę... Nie, nie chcę go jako mojego chłopaka (tym bardziej męża!), ale nie potrafię też o nim zapomnieć.
Czy to może moja wina, że wyjechałam, zostawiłam go jak tyle dla mnie zrobił?? Tylko, że ja nie zrobiłam nic złego, byłam wierna, tęskniłam...