witajcie,
w sumie pisze tutaj, bo czuję się totalnie zniszczona psychicznie. Mój problem polega na ciągłej walce o to, by rodzice mnie w końcu zaakceptowali. I trwa ona właściwie odkąd pamiętam. Kiedy, jako dzieciak z podstawówki, przychodziłam do domu i biegłam do taty pochwalić się -5 za każdym razem padały dwa pytania:
- dlaczego nie 5?
- co dostała Ania (wnuczka sąsiadki, która zawsze za zadania miała 5, bo odrabiała je z nią mama.Ja odkąd nie mogłam przeczytać "Ola ma kota", co wyprowadziło moją mamę z równowagi, zostałam pozostawiona sama sobie ze szkolnymi obowiązkami).
I tak przez całe życie usiłuje udowodnić rodzicom, że jestem coś warta i że nie jestem gorsza od Ani i innych Kaś. Wszystko, co dotychczas zrobiłam w życiu - dwa kierunki, w pewnym momencie nawet 3 (oczywiście dzienne i na najlepszych uczelniach w Polsce), praca, jeszcze w czasie studiów jako manager, stypendium dla tancerzy na uniwersytecie w Jakarcie, jest dla nich niczym. Cały czas słyszę, że jest ze mną coś nie tak - a to za dużo ważę, a to za długo siedzę w nocy przed komputerem, a przecież oni już śpią, a to niepotrzebnie coś mówię, a to źle wyglądam, a to nie powinnam tak czesać włosów, bo źle wyglądam. Uwierzcie mi, że mam dosyć. Co ciekawe moje rodzeństwo - kiepsko się uczące i pracujące fizycznie, wynoszone jest pod niebiosa. Za każdym razem kiedy jest jakiś zatarg w domu, łącznie z takimi, gdzie naprawdę to ja ewidentnie jestem poszkodowana, rodzice stają przeciwko mnie - czasem tylko brat się za mną wstawi i krzyczy do nich, co wyprawiają i dlaczego mnie tak traktują. Efektów z tego jednak nie ma żadnych. Teraz, wróciłam do domu po skończonych studiach i pracuję w rodzinnej miejscowości. Jako, że idę na doktorat, studia podyplomowe i kompendium MBA to przez najbliższy rok nie będzie mnie stać na samodzielne wynajęcie mieszkania. Nie wiem jak wytrzymam. Chce mi się wyć. Żyję w takiej paranoi, że kiedy tylko słyszę, że któreś z rodziców idzie do pomieszczenia, w którym akurat jestem (mimo, że mamy wielki dom nie mam swojego pokoju i jestem zawsze tam, gdzie w danej chwili nikomu nie przeszkadzam) to zaczyna mnie boleć brzuch. Wiem, że za moment usłyszę, że robię coś źle- mam źle spięte włosy, nie wciągam brzucha, albo za często oddycham
Jak nie trudno się domyślić moje poczucie własnej wartości nie istnieje.
Co ciekawe taki sposób myślenia o mnie towarzyszy także innym osobom. W momencie rozpoczęcia kursu usłyszałam: od brata, byłego chłopaka, a nawet instruktora, że nie nadaję się na kierowcę. Ten ostatni wysnuł to na podstawie tego, że nie rozróżniam, która to strona prawa, a która lewa, chociaż na koniec zajęć, jak zobaczył jak sobie radzę, przeprosił mnie i stwierdził, że jest dobrze. Dwaj pozostali stwierdzili, że "tak czują".
A ja .. no cóż. Za każdym razem kiedy słyszę krytykę staram się udowodnić, że nie jest tak źle jak się wydaje. Teraz np. nie wyobrażam sobie, że mogłabym nie zdać w pierwszym terminie. To byłaby dla mnie porażka tak wielka, że nie chce o tym nawet myśleć. I mimo, że dzięki takiemu nastawieniu osiągam wspaniałe wyniki we wszystkim, co robię to mam już dość takiego życia. Tym bardziej, że i tak moje starania nie są doceniane. Nie umiem tego jednak zatrzymać. Czuję się już zupełnie wyzuta ze wszelkich emocji. Jedyne, co czuję to siłę do rywalizacji. Proszę pomóżcie mi. Jestem na skraju załamania.