Zastanawiałyście się kiedyś po co Nam kobietom miłość? Czym ona naprawdę jest? Czy powinna ranić? Jaka powinna być?
Wiele na tym forum znajdzie się historii, w której jest chłopak i dziewczyna, jest i miłość, są i rany, które niezależnie od swojej siły na samym końcu bolą tak samo, bo są zadane przez ukochaną osobę...
Wiele dziewczyn opowiadało swoją historię proszą o radę, czy dać MU drugą szansę... Ale czy naprawdę jest warto? Po wszystkim będzie dobrze przez kilka dni, może i dłużej... Ale z czasem pojawią się ponowne kłopoty i znowu zastanawiamy się "co zrobiłam nie tak"...
Są i te historię, w których ktoś wyczekuje upragnionej miłości, idzie drogą, która powinna prowadzić do tego uczucia i...nie znajduje po drodze nic...
Wiele jest również opowiadań opisujących szczęście u boku drugiej osoby...
Ale czy czasami warto? Zanim ta wspaniała miłość przyjdzie trzeba coś poświęcić... Czy My kobiety powinniśmy tyle wycierpieć dla miłości? Czy naprawdę taka jest jej cena?! Cena cierpienia, walki o miłość, oddanie siebie, poświęcenie... Czy czasem warto w momencie gdy jest to niezauważone przez TĄ OSOBĘ?!
A jeśli w którymś momencie zwątpimy i staniemy w miejscu? Wokół nas pustka, a w ciemności odpowiedzi nie znajdziemy...
Każda z Nas była/jest/będzie zagubioną duszą poszukującą spokojnej przystani. Przystani silnej, stałej, odpowiedniej... Takiej, która rozbudzi w Nas poczucie bezpieczeństwa, otwartości, miłości... Czy warto poszukiwać ciągle takiej przytani, bądź wracać do niej, mając za sobą nieudane starty, momenty, sytuacje...?
Bo co daje owa miłość po otrzymaniu rany ze strony tej drugiej osoby? Poszukiwanie kolejnej? A co z uczuciem bezsilności, strachem i niepewnością? Tego wcześniej nie umiałyśmy odczuć, gdyż była przystań... Ale ona odeszła... Więc czy miłość jest jakimś sprawdzianem dla dwóch osób, aby dowieść ich wytrzymałości i wytrwałości? A może jest po to by ranić siebie wzajemnie? Lub jest oddaniem siebie nie prosząc nic w zamian?
Więc pytam po co miłość?