... no właśnie. Czyli definicja życia każdego, również i mojego. Moją opowieść podzielę na dwie części R.1 i R.2
R.1
Od dziecięcia do panienki...
Zakochałam się będąc w szkole podstawowej, miałam 13 lat. On był prawie 3 lata starszy, brunet o zielonych oczach, wydatnej szczęce, z takim byronowskim wręcz loczkiem na czole. Wysportowany, zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, zawsze potrafił ze wszystkim rozmawiać. Uwielbiamy przez chłopaków, pożądany przez dziewczyny. Byłam w gronie tych dziewczyn, choć oczywiście wrodzona skromność pozwoliła mi jedynie na podziwianie go na odległość. Później coś we mnie pękło a to za sprawą coraz to bardziej zacieśniających się więzi między nim a moją koleżanką. Na marginesie powiem, ze była piękna dziewczyną teraz jest piękna kobietą. Problem z nią polegał na tym iż zdawała sobie sprawę ze swojej atrakcyjności? Ale to nie ważne.
Po raz pierwszy wyznałam co do niego czuję na jego 18, był zbyt podpity by to potem pamiętać. Oczywiście nic się między nami nie zmieniło, a ja schowałam głowę w piasek, odsunęłam się od całego tego towarzystwa, zakopałam się w książkach. Nadal twierdze, że szczęśliwie się złożyło bo w tym właśnie roku pisałam testy gimnazjalne. Ładnie wyszły a ja trafiłam do porządnego liceum. Zdawałam sobie sprawę, że się zmieniam. Z brzydkiego dziecka z nadmiarem dziecięcego tłuszczyku zamieniłam się w młodą kobietę z dość atrakcyjna figurą.
Centrum mojego życia była oczywiście nadal szkoła, nie interesowali mnie chłopcy choć oni coraz częściej interesowali się mną. Taki stan rzeczy był spowodowany tym, że widząc jego, nogi nadal mi miękły, robiło mi się gorąco, serce przyśpieszało rytmu a język stawał kołkiem. Pamiętam, że majówka w tamtym roku była wyjątkowo długa bodajże trwała 5 dni. Trafiliśmy na jedną imprezę, po raz pierwszy od niemała 2 lat. Oczywiście wtedy nadal wpierałam sobie, że nic już do niego nie czuję? Jak bardzo się myliłam. Chwilę ze mną pogadał, jak zawsze, doprawdy nie doszukiwałam się w tym nic nietypowego. Ja dopiero co straciłam ojca, on ukochaną babcię, która w dużej mierze go wychowywała. On zawsze rozmawiał, ze wszystkimi na tym chyba polega jego urok, ta otwartość i ten uśmiech którym obdarzał każdego.
A potem spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Nie tylko mnie pocałował ale tez nazajutrz spedził ze mną dzień. To było jak spełnienie marzeń.
I tak trwaliśmy- zdawało mi się- że szczęśliwie przez 5.5 roku dzień po dniu, miesiąc po miesiącu rok po roku. Matura poszła dobrze, bardzo mnie wspierał, zwłaszcza, że przed ustnym polskim dostałam istnej histerii. Miłośc kiełkowała a ja zrezygnowałam z weterynarii w Olsztynie i wybrałam zarządzanie na jednej z naszych miejskich uczelni. W szystko po to by być z nim? W piątą rocznicę oświadczył się o mnie. Płatki róż na łóżku, świece oświetlające cały pokój? Klęknął.
Jego mowa nie była kwiecista ale też wcale takiej nie potrzebowałam. ?Jesteś kobietą mojego życia. Wyjdz za mnie.?
I nagle zaczął się zmieniać. Nie mówię "troche", zmiany były ogromne. Wiele osób je dostrzegało, zwłaszcza narzekała jego mama? ale ja, cóż nie mogę powiedzieć, że w pierwszej chwili mnie nie irytowały ale, gdy się do nich przyzwyczaiłam przestały mi tak bardzo przeszkadzac. W końcu pokochałam i jego nerwowość i jakąś taką tajoną agresję i brak wrażliwości (zarówno uczuciowej jak i fizycznej). Często popijał z kuplami i kuzynami. Ale ja nie należę do tych nerwusów, które chciałyby monopolu na swojego mężczyznę. Rozumiem, że od czasu do czasu trzeba spotkac się tez innymi, ja również czasami spotykam się z przyjaciółką. Pewnego piątkowego wieczoru siedzieliśmy i oglądaliśmy film, nie widziałam, że tamte pocałunki będą ostatnie, że po raz ostatni usłyszę od niego ?Kocham? ale tak własnie było. W sobotę go nie widziałam, w niedzielę również. Ani sms?a, ani telefonu? Nic, głucho. A w poniedziałek w koncu zadzwonił, od razu zorientowałam się, że jest jakiś dziwny. ?Zejdz na dół. Musimy pogadac?. Od tygodnia byłam chora toteż zaprosiłam go na górę.
Zauważyłam, że się ogolił mimo, iż zapuszczał bródke od miesięcy. Z uśmiechem wyciągnęłam rękę, odtrącił ją. I wtedy w zaciszu tego samego pokoju, w którym wczesniej mówił, że jestem tą jedyną, prosił bym za niego wyszła powiedział mi, ze to koniec. Pekło mi serce, słowo honoru, że słyszałam jak spada i roztrzaskuje się na miliony kawałeczków. Płakałam nie bedąc w stanie wycisnąc z siebie ani jednego słowa. Wyszedł a ja nie wiedziałam co ze sobą zrobic. Poprosiłam go by przyszedł raz jeszcze. Przyszedł, zaczęłam go wypytywac dlaczego? Nie usłyszałam nic konkretnego tylko jakieś kartonowe, nic nieznaczące słowa ?To nie twoja wina, zmieniłem się. Coś we mnie pękło. Czy twoim zdanie to był związek?. Straciłam resztę dumy, a słowo ?upokorzenie? zdawało mi się wtedy, że jest ono odległe, nieznane mi. Powiedziałam, mu że zawsze będę go kochac i że nie mogę uwierzyc, że on już nie kocha mnie. Rozpłakał się i wyszedł?
Dzwoniłam, raz, drugi, trzeci? ale on nie odbierał. Spakowałam wszystkie prezenty które od niego dostałam. Pierwszy wisiorek na moje urodziny, Piesek pluszowy na pierwsza wspolna gwiazdkę, pierścionek na dzień kobiet, lampka w kształcie serca na walentynki (szedł po nią z anginą ropną), rzeźba dwóch zbliżonych do siebie ust na pierwszą rocznicę, kolejny wisiorek, pozytywkę, wygrywająca piosenke ?Pamięc?, którą otrzymałam na któreś z kolei święta tylko dlatego, że powiedziałam mu, że jako mała dziewczynka tak bardzo pragnęłam takiej zabawki, aż w końcu wisiorek serce z moim ulubionym kamieniem perłą i pierścionek zaręczynowy, który wszyscy kwitowali stwierdzeniem ?Bardzo do ciebie pasuje?, drobny kwiatuszek z kamieni swarovskiego w otoczeniu białego złota.
Nie mogł tego zrozumieć, nie potrafiłam sobie z tym poradzić.
Poszłam do niego i błagałam by dał nam jeszcze jedną szansę. Nic? zero odzewu. A po 2 dniach "życzliwi" poinformowali mnie, że chodzi z 16-latką (!!!!) za rękę po swoim osiedlu
3 dni płakałam.
3 dni nie jadłam.
Nie wychodziłam nawet z łóżka.
PO 3 dniach ubrałam usmiech na twarz i wyszłam na uczelnię. Och grupa się mną zajęła, pamietam że przez dwa tygodnie solidarnie chodziliśmy na wszystkie studenckie zabawy zaczynaliśmy we wtorek, balowalismy w środę i w czwartek potem odsypialismy z czwartku na piatek i w weekend a piać to samo.
Nie było to dobre ale pomagało mi żyć z dnia na dzień w te dni kiedy wydawało mi się, że to niemożliwe.
W końcu moja przyjaciółka, wzięła mnie na stronę i zaczęła tłumaczyć, że nie mogę przesadzać, że alkohol i imprezy nie są wcale takie dobre na problemy. Sama wcześniej przezyła dość burzliwe rozstanie. Poradziła mi jakiś randkowy portal "Nie po to, żebyś sobie kogoś szukała, bop wiem, że to nie będzie takie łatwe ale mnie zawsze podbudowują te wszystkie komplementy".
Przystałam na to bo po pierwsze czułam sie już zmęczona tym wiecznym udawaniem, że tak mi dobrze samej i że złamane serce obchodzi mnie jak zeszłoroczny śnieg, a po drugie dlatego, że zapragnęłam romansu (więzi jedynie fizycznej).
I zalogowałam się, I faktycznie komplementy zaczęły pomagać a ponad to poznałam bardzo wielu ciekawych ludzi: Francuza zakochanego w Polsce, pianistę i kompozytora, chłopaka z 11 rodzeństwa i... fotografa-amatora zakochanego w górskich wschodach i zachodach słońca.
Nie wyróżniałam żadnego z nich, wszystkich traktowałam tak samo- wirtualnie. Czasami jak się nad tym zastanowię to chyba nie przyjmowałam ich jako rzeczywistych, nie bardzo do mnie dochodziło, że to realni mężczyźni z uczuciami. Nie myślałam o tym, że niektórzy mogą sobie robić nadzieję i faktycznie snuć plany na spotkania.
Przeżyłam szok kiedy jeden z nich zaczął nalegać na spotkanie. Ale w końcu się zgodziłam...
R.2
Pisał mi co wieczór, że jest podekscytowany naszym spotkaniem, że ma problemy w związku z tym ze snem. Myslałam, że tak sobie mówi... sama przecież nie odczuwałam, żadnych niepokojów. Zaczęło się coś dziać tego dnia gdy miał przyjechać (dzieliło nas 380 km), motyle w brzuchu, wyczekiwanie na coś ważnego. I wtedy zdałam sobie sprawę, że to moja pierwsza randka. Wcześniej nie byłam nigdzie... z nikim.
Miałam go oprowadzić po moim mieście, pokazać parki (których jest tu w bród), stare, zabytkowe kamienice itp.
Pech chciał, że padało. Zmartwiłam się bo nie miałam innego planu na ten dzień jak właśnie spacer, ewentualnie obiad w jakiejs restauracji.
Napisał sms, kiedy podjechał, było koło 13. Schodziłam już całkiem zestresowana.
Stał na klatce, tyłem do mnie z czarnym parasolem w jednej ręce i bukietem czerwonych róż w drugiej. A potem się odwrócił a ja (największa przeciwniczka bajkowej "miłości od pierwszego wejrzenia) zakochałam się od pierwszego wejrzenia. MIał najbardziej niesamowite oczy jakie widziałam. Pierwsza myśl? "Ma oczy jak sokół". Pomarańczowe...
Chodziliśmy w tym deszczu, potem byliśmy na obiedzie a potem? Usiedliśmy na ławce pod pomnikiem Kopernika... i gadaliśmy do 4 nad ranem. Spotkaliśmy się jeszcze dnia następnego i w przyszły weekend i w następny. Wprowadził się do mnie tydzień przed świętami Bożego narodzenia. A ja nadal miałam wrażenie, że on nie jest rzeczywisty, było zbyt idealnie.
Ten związek nabrał takiego pędu, że żadne z nas nie było w stanie go zatrzymać i tak? Po miesiącu znajomosci się oświadczył, na Szrenicy, [pośród zawiei śnieżnej. A ja? ZGODZIŁAM SIĘ.
Choć na początku myslałam, że się przesłyszałam. Wszystko we mnie krzyczało "Co ty robisz, głupia!" a jednak nie znalazłam żadnego innego przeciw poza "czasem". A przecież, kto jak nie ja wie, że czas nie jest wcale wyznacznikiem stałości związku, jego mocy, nie chroni też miłości przed rozsypaniem. Czas tak na prawdę jest tylko przeszkodą. A ja nie chciałam juz nigdy niczego odwlekać.
Po zaręczynach wreszcie odtechnęliśmy, bo wczesniej było trochę tak jakbysmy oboje wstrzymywali powietrze i nie mogli w swoim towarzystwie swobodnie odetchnąć. Każde było po prostu sobą, wreszcie pojawiły się sprzeczki(możecie się śmiać ale bez nich wydawało mi się, że żadne z nas nie jest sobą, że każde gra jakąś rolę), zmierzyliśmy się też z ogromnym problemem natury finansowej (problemy mojej mamy) a potem rodzinne (moja mama trafiła w bardzo złym stanie do szpitala i przez wiele tygodni toczyła się gra o jej życie). Ja dostałam jakiejś nerwicy przez to wszystko, miałam też ogromne problemy na uczelni do tego stopnia, że przerwałam studia. A on stał przy mnie... cały czas.
Teraz jestesmy już małżeństwem od miesiąca.
I tak od czasu kiedy wysłał mi wirtualną kawę na portalu randkowym winęło 7 miesięcy. A ja czuję się tak jakbym go znała od lat. Jakby to co było przed nim było jakimś nierzeczywistym snem. I możecie mi wierzyć lub nie (wiele osób nie wierzy, ba! tylko czeka, aż to się rozsypie) ale czuję, że tak już zostanie, nie wiem skąd i nie wiem jak ale dopiero teraz, z nim, będąc jego żoną czuję się sobą.