Witam serdecznie na forum dla kobiet, choć jestem mężczyzną. Potrzebuję jednak kobiecej rady. Po 6 latach związku stanąłem w sytuacji: być, albo nie być. Opiszę jak się sytuacja u mnie układa.
Pierwsze 3-4 lata były bajeczne. Po prostu lepiej być nie mogło. Rozmowy, czułości, randki, flirt, dobry seks. Później poszedłem do pracy, niestety w innym mieście. Spotykaliśmy się tylko jak przyjeżdżałem na weekend, czasem bywało, że nie widzieliśmy się po 4-6 tygodni, ale to była rzadkość. W międzyczasie się oświadczyłem, bo wreszcie było mnie stać na pierścionek z białego złota i z brylantem (choć skromnym). Pewnego razu po kilku tygodniach wróciłem do domu. Niestety nie mieszkamy razem, a nie mogla przyjść na dworzec, bo jak stwierdziła źle się czuje: boli ją głowa, jest zmęczona i wogóle jakieś choróbsko ją rozkłada. Ok - bywa. Spotkaliśmy się następnego dnia. Choć nie był to ranek wyczułem alkohol. Przyparta do muru przyznała się, że była w klubie. Ale tylko potańczyć, podobno nie piła dużo. Że niby stres, że ją takie życie na dwa domy przytłacza i wogóle. Od tej chwili wszystko się zmieniło. Zaczęła strasznie marudzić, że brakuje jej mnie, czułości itp. Jako, że praca nie była rozwojowa, a w dodatku była niepewna i stanąłem przed szansą założenia firmy to postanowiłem zrezygnować. Niestety nie wyszło tak jak chciałem, bo inwestor się wycofał, a z poprzedniej pracy już zrezygnowałem i nie mogłem wrócić. Tak więc od kilku miesięcy jestem bezrobotny i choć szukam pracy to udaje mi się też od czasu do czasu dorobić 'na lewo', choć są to grosze. No ale do rzeczy. Wróćmy do tego klubu. Po paru miesiącach kłótni przyznała się, że spotkała się dawnym kolegą. Niby przypadkiem, niby nic ich nie łączyło. Mija rok, dalej się kłócimy, jest coraz gorzej. Ostatnio przyznała się, że z tym kolegą była na kilku randkach, zakończonych seksem oralnym (nie znaliśmy się wtedy). Długo się zbierała, żeby mi o tym powiedzieć i dlatego mam wątpliwości, czy to spotkanie z nim, faktycznie niczym się nie zakończyło, bo wiem, że ten koleś strasznie się jej podoba. Od czasu tego jej wypadu do klubu (i spotkania z tym kolesiem, choć podobnie z nim w klubie nie była) wszystko się sypie. Straciła zainteresowanie mną jako mężczyzną, seks ogranicza się do szybkich numerków bez gry wstępnej raz na miesiąc (jak dobrze pójdzie), choć wiem, że ochotę na seks ma bardzo często - tyle że nie ze mną. W tym czasie strasznie narzekała, że nie okazuje jej czułości, choć jak chciałem z nią iść za rękę, to nie chciała, a jak chciałem objąć ją ramieniem to zawsze było jej niewygodnie. Pocałunki kończyły się na zwykłym cmoku jak u dzieci w przedszkolu. Ostatnio (dzisiaj) odkryłem, że ma profil na portalu randkowym, a w jego opisie, że chętnie spotyka się ze znajomymi i nieznajomymi, że szuka mężczyzn, przygody i seksu. Ma go od wielu lat (kiedyś mi o tym wspominała, to fakt), zakładała go jak jeszcze się nie znaliśmy, ale to jej nie usprawiedliwia, bo zdjęcia ma aktualne (sprzed 2 miesięcy), a logowała się tam w ciągu ostatniej doby. To oczywiście nie wszystko, bo sytuacja jest opisana przeze mnie jedynie z grubsza. Kocham ją, a przynajmniej tak mi się wydaje. Jednak nie mogę tak żyć. Ze świadomością, że moja narzeczona brzydzi się mną (pod kątem seksu), a poprawę w tej materii uzależnia od tego czy znajdę pracę. To tylko jedna strona medalu, sam oczywiście też mam swoje wady i idealny nie jestem....ale....jestem tak sfrustrowany (całą tą sytuacja i jej podejściem do seksu ze mną), że to odbija się bardzo negatywnie na mojej psychice i prawidłowym postrzeganiu sytuacji w jakiej się znalazłem. Potrzebuję dystansu, ale znam siebie i wiem, że zajmie mi to lata, bo pamiętliwy i zazdrosny ze mnie skurczybyk.....dlatego pytam Was, co Wy o tym sądzicie....dać sobie przerwę, starać się zapomnieć i dać szansę, czy też odpuścić i niech każde idzie własną drogą?
A co Wy o tym myślicie drogie Panie?