Witam ! Właśnie toczę kolejny bój o to, żeby uwierzyć, że to tylko kolejny kryzys "wiary", który minie, jak mijały wszystkie inne. Tak bardzo chciałabym wierzyć, że to co w tej chwili czuję, to wynik trudnej sytuacji materialnej, w jakiej się znaleźliśmy (oboje szukamy pracy po rocznym pobycie zagranicą, który był spowodowany utratą pracy w Polsce). Wyjechaliśmy, wróciliśmy, zajęliśmy się remontem mieszkania, w planach mieliśmy wyjechać jeszcze na rok, niestety nic z tego nie wyszło. Na dzień dzisiejszy oboje jesteśmy bez pracy, oszczędności się powoli kończą. I staram się sobie wmówić, że to jest główna przyczyna ochłodzenia naszych relacji. Właściwie to ochłodzenia z mojej strony. Czuję się pusta w środku, wydrążona, wiśnia bez pestki. Ogólny kryzys osobowościowo-związkowy. Widmo zbliżającej się "30-stki", a ja bez pracy, bez ślubu, bez dzieci. Wokół życie jakoś się toczy, dobrze się toczy. Tzn. innym się toczy. Co chwila wiadomość o ślubie, ciąży, urodzeniu dziecka. I cieszę się tymi nowinami, cieszę się szczęściem przyjaciół, znajomych, ale jednocześnie z każdą taką nowiną "spadam, ciągle spadam w dół". Podstawowe pytanie: czy mój związek ma jeszcze sens? Jesteśmy razem prawie 8 lat. I ja od jakiegoś czasu chciałabym być już żoną, matką, a u mojego partnera nie widzę takich chęci. On twierdzi, że kocha, ale rozmowy o ślubie nie należą do jego ulubionych. Zawsze jest dobra wymówka "teraz mamy inne problemy". Oczywiście, że najpierw muszę uporządkować sytuację zawodową, znaleźć pracę itp. A tkwię w martwym punkcie. I coraz częściej myślę, że mój mężczyzna nie dojrzał do roli męża czy ojca, a lata mijają, nie stajemy się młodsi. Wczoraj byliśmy u znajomych, którym urodziła się niedawno córeczka i sprawił mi komplement "ślicznie wyglądałaś z małą na ręku". Był to komplement z serii tych czułych. Nie wiem co miał na celu, bo zbyłam go ciszą. Staję coraz bardziej obojętna. Nie chcę teraz podejmować żadnych decyzji, bo to chyba nie jest dobry moment. Za wiele spraw się nie układa. Po za tym jak się jest z kimś 8 lat, to ciężko wszystko przekreślić. Chyba musiałam się wygadać.
A piszę, bo może ktoś jest lub był w podobnej sytuacji. Wiadomo, że wszystkie pary przechodzą kryzysy. Skąd wiedzieć, że to kolejny, po którym będzie lepiej? Czas pokaże. Poprostu czasem odnoszę wrażenie, że mój mężczyzna żyje w wyidealizowanym świecie i nie zauważa, że lat ubywa. A ja coraz częściej się pytam, czy nam jest pisane być razem i czy warto walczyć...
Podobne tematy
Witam ! (...)
Ogólny kryzys osobowościowo-związkowy. Widmo zbliżającej się "30-stki", a ja bez pracy, bez ślubu, bez dzieci. Wokół życie jakoś się toczy, dobrze się toczy. Tzn. innym się toczy. Co chwila wiadomość o ślubie, ciąży, urodzeniu dziecka. I cieszę się tymi nowinami, cieszę się szczęściem przyjaciół, znajomych, ale jednocześnie z każdą taką nowiną "spadam, ciągle spadam w dół". Podstawowe pytanie: czy mój związek ma jeszcze sens? Jesteśmy razem prawie 8 lat. I ja od jakiegoś czasu chciałabym być już żoną, matką, a u mojego partnera nie widzę takich chęci. On twierdzi, że kocha, ale rozmowy o ślubie nie należą do jego ulubionych. Zawsze jest dobra wymówka "teraz mamy inne problemy". Oczywiście, że najpierw muszę uporządkować sytuację zawodową, znaleźć pracę itp. A tkwię w martwym punkcie.
Witaj.
Nie byłam w podobnej sytuacji, ale potrafię się wczuć w rozterki, które przeżywasz.
Tyle lat razem i żadnego kroku do przodu w sensie zalegalizowania związku.
Wybacz za porównanie, ale dla mnie to taki stan byłby jak produkt po terminie ważności - jeszcze da się zjeść, ale już nie tak smakuje.
I coraz częściej myślę, że mój mężczyzna nie dojrzał do roli męża czy ojca, a lata mijają, nie stajemy się młodsi.
A ja myślę, że po prostu jest mu tak wygodnie w roli wiecznie " starającego się ", polubił ten stan i dobrze się czuje w swojej roli. Bardzo to egoistyczne z jego strony, a gdy rozmawiasz z nim o zmianie, to czuje się "przyparty do muru". Nie bierze pod uwagę faktu, że Twój zegar biologiczny tyka nieubłaganie do przodu.
A ja coraz częściej się pytam, czy nam jest pisane być razem i czy warto walczyć...
Skoro go kochasz, to warto zawalczyć...
Pozdrawiam Cię i trzymam kciuki za pomyślne rozwiązanie sytuacji.
Porozmawiaj z nim szczerze wiem że to nie będzie łatwe ,zapytaj się go nie tylko o małżeństwo ale też o dzieci czy je chce .Powiedz mu jak się teraz czujesz .Powinno wszystko się wyjaśnić .powodzenia.
Hej. a ja jestem w podobnej sytuacji, też z długim stażem,bez ślubu i bez dzieci, bez perspektyw na przyszłość. Niedawno bo 6 msc. temu zamieszkaliśmy razem.przez pierwszy miesiąc no może dwa było super wspólne meblowanie naszej góry w domu jego rodziców. skończyło się na kuchni w którą włożyłam serce,na resztę zabrakło kasy . on oglądał się na mnie a ja dlaczego. nie jestem jego żoną ani narzeczoną, jak bym nią była dla czego miała bym nie inwestować. Właśnie wtedy wszystko zaczęło się psuć, sprzeczki, kłótnie. podczas jednej z nich usłyszałam "to się wyprowadz".wyjechałam na urlop sama. po powrocie spakowałam się już miałam zejść mu z oczu. a tu niespodzianka, żyć be ze mnie nie umie, kocha ,w rozmowie długiej, oświadczył, że wszystko naprawimy, ma zrobić resztę i mamy pomyśleć o ślubie. ale jakoś ciężko mi w to uwierzyć. czas już go nie mam,ale daje nam miesiąc jak nic to nie zmieni to spadam.
w takich związkach długoletnich, oprócz miłości jest przyzwyczajenie i nie łatwo się z tego wyplątać, i odejść.
Niestety kobietki, ale to są "uroki" bycia z kimś wiele lat. Niby zawsze są jakieś plany wspólnego życia, małżeństwa, dzieci, a jednak wciąż odkłada się to na później.
Ja przed ślubem byłam z mężem także prawie 7 lat. Był to czas i szczęśliwy i smutny, za wcześnie też zaczęliśmy być razem (ominęło nas obu szaleństwo czasów wolności
), bo ja miałam 16 lat, a on 17. Kiedy miałam 23 lata wyszłam za niego za mąż i wiecie co? - gdybym kiedykolwiek miałabym cofnąć się do tamtych lat-nigdy nie byłabym przed ślubem z kimś tak długo. Poznaliśmy się przez ten czas b. dobrze, ale po ślubie to już jak stare małżeństwo, pojawiało się częściej coraz więcej niedomówień, potwierdzało się to, że jesteśmy różni, było wiele kryzysów, z którymi można powiedzieć walczę do dziś (to inny wątek).
Arania-piszesz o kłopotach finansowych, na pewno to w dużym stopniu doprowadza do tego, że się zastanawiasz nad życiem i Waszym związkiem. Myślę, że pewnie łatwiej byłoby Ci ogarnąć ten problem, gdybyś miała jakieś perspektywy na przyszłość. Gdybyś wiedziała, że ukochany ma jakieś plany małżeńskie i chce mieć dzieci. Nie macie już po 20 lat, a życie upływa i zegary biologiczne również tykają, co trzeba mieć koniecznie na uwadze. Pogadaj z nim, powiedz co myślisz, nie daj się zbyć, nawet postaw sprawę jasno, żebyś wiedziała o czym o na tak naprawdę myśli i jak to wszystko widzi. Ciężko być przecież w takim zawieszeniu, rozumiem Cię doskonale. Kochasz go, więc Ty weź sprawę w swoje ręce ![]()
Elizabeth, napisałaś -"w takich związkach długoletnich, oprócz miłości jest przyzwyczajenie i nie łatwo się z tego wyplątać, i odejść", to PRAWDA i należy się nad tym głęboko zastanowić. Ja mimo młodego wieku też tak myślałam i zostałam w końcu żoną, do tego dochodziła myśl-że już nikogo nie znajdę, czułam się uzależniona od niego, od tej miłości i tego przyzwyczajenia. Dziś czasem myślę, że szkoda, że wtedy nie miałam tego rozumu co dziś.
Pozdrawiam Was dziewczyny i życzę wyjaśnienia sytuacji i owocnych przemyśleń ![]()
Liwia widzę,że myślimy zupełnie tak samo, wiele niedomówień i różnic.A co do rozumu i wieku, to było by dobre.;)
Arania, jeśli jesteście w podobnym wieku, to ON jest poprostu młodym facetem, który ma przed sobą całe życie, aby zostać ojcem. Tobie natomiast zegar biologiczny bije! Ile jeszcze lat pozostało by zajść w ciążę i urodzić dziecko? Za dziesięć lat będziesz dobiegac czterdziestki! Kobietom inaczej niż mężczyznom biegnie czas. Jemu się nie spieszy, Tobie wręcz przeciwnie.
To jest przyczyna kryzysu moim zdaniem. Partner trzyma Cię w stanie "zawieszenia" i niepewności. Inaczej byś się czuła, gdybyś miała pewność, że np. za rok weźmiecie ślub.
Porozmawiaj z nim otwarcie o swoich niepokojach i o swoich potrzebach, odkryj karty. Niech on się określi, wymagaj tego od niego. Masz prawo wiedzieć jaki jest jego stosunek do małżeństwa i rodzicielstwa i jakie ma plany. W końcu jesteście ze sobą 8 lat, nie 8 miesięcy!
Jak się analizuje sytuację to nigdy nie ma dobrego momentu, ani na ślub, ani na dziecko
Pewnie rozmów macie już za sobą dziesiątki, ale chyba to jest jedyne rozwiązanie. Czy Twój mężczyzna widzi w ogóle dziecko w swojej przyszłości? Jeżeli tak, to ja na Twoim miejscu bym poszukała jakiegoś filmu /książki o ryzyku powikłań w czasie ciąży u kobiet powyżej 30... To powinno do niego przemówić, bo przecież powinno mu zależeć na Tobie i twoim zdrowiu. Odnośnie do ślubu... ciężko może być, bo skoro tyle lat bez ślubu było dobrze, to po co mu teraz ślub? Zastanów się też dlaczego Ty tak naprawdę chcesz ślubu? Czy to presja rodziny? Czy pragnienie włożenia białej sukni? Czy pragnienie aby wszystko było jak w miodowym miesiącu? Jak zrozumiesz siebie łatwiej dotrzesz do swojego mężczyzny.
9 2011-07-24 13:19:39 Ostatnio edytowany przez Liwia (2011-07-24 13:22:55)
Liwia widzę,że myślimy zupełnie tak samo, wiele niedomówień i różnic.A co do rozumu i wieku, to było by dobre.;)
Myślimy, myślimy
Ech, Elizabeth, żeby tak było można mieć rozum 30-latki mając 20 lat
Ile rzeczy zrobiłoby się inaczej, co?!
Ale cóż, nikt nam nie da takiej możliwości i podejrzewam, że przez to, że są dzieci, jest przyzwyczajenie, jest raz lepiej raz gorzej będziemy w tych związkach. Z resztą poniekąd to też nasze tchórzostwo chyba... ![]()
Cześć Dziewczyny. Ja ma niestety również trudną sytuację i myśli czy to nadal warte walki. Jesteśmy razem 10 lat, mieszkamy razem jakieś 8. Przez te wszystkie lata byłam na 100% przekonana, że on chce ze mną być i jakoś ślub nie był mi niezbędny. Do tego nigdy nie było odpowiedniego momentu żeby go wziąć. Po studiach wyjechaliśmy za granicę, teraz mieszkamy w Polsce, ale daleko od rodzinnych stron. Najgorsze jest jednak to, że ani nasz związek ani nasze życie nie posuwa się naprzód. Znajomi kupują mieszkania, rodzą dzieci i mają fajne poukładane życie. Ja gnieżdżę się w wynajmowanym mieszkaniu (on nie chce kupić, bo nie podoba mu się miasto w którym mieszkamy, a jeśli ja sama bym kupiła to jego noga tam nie postanie), nie mam żadnych planów na przyszłość z moim partnerem, który dodatkowo kilka miesięcy temu rzucił pracę i jest bezrobotny
jesteśmy oboje około 30stki i jestem wściekła, że nadal żyję jak żyję. To głównie przez jego wieczne malkontenctwo życiowe, niezadowolenie i nieumiejętność jak prawdziwy facet podjęcia decyzji i zabrania się za siebie. To, że beztrosko rzucił pracę i to że raczej nigdy się nie zmieni powoduje, że zastanawiam się nad rozpoczęciem życia na nowo. Najgorsze jest to, że kiedyś po powrocie z zagranicy podobnie jak u Aranii szukał pracy 10 miesięcy i był to najgorszy okres w naszym związku, teraz na jego życzenie mam powtórkę i zastanawiam się, czy nie stanie się to normą... po przeżyciu 1/3 zycia razem chyba pora na zmiany.