Kiedy o tym myślę, przed oczami widzę dumną minę babci, która opowiada jak w ciągu dnia ledwie zdążała na wszystkie randki. Żegnała się, skręcała w najbliższą wąską uliczkę i znów się spotykała z adoratorem numer 2, czy numer 3? kto wie, jakim. Zastanawiam się, co czują te kobiety lub ci mężczyźni, którzy angażują się w kilka związków jednocześnie. Po co? Jaki w tym sens? Co czerpią z takich związków?
Mój ojciec w odróżnieniu od poligamicznej babci, był wiernym monogamem? Zanim się ożenił na mojej mamie ? Ale weźmy pod uwagę tylko wolnych ludzi, których nic nie zobowiązuje i mogą się spotykać kiedy chcą, z kim chcą i nie muszą o tym informować. Czy to takie przyjemne rozdzierać się między kilkoma związkami? Rozumiem, czasami coś takiego pomaga odbudować pewność siebie, wzrasta samoocena, ale na dłuższą metę czy to nie jest męczące? Mogę jeszcze założyć, że np. kobieta zauważyła brakujące cechy, wartości w różnych mężczyznach i teraz spotykając się z każdym z nich ma wszystko, czego potrzebuje w związku. Ale jednocześnie, czy się sumienie nie odzywa w takiej sytuacji? I jak się je zagłusza?
Opowiedzcie jak to jest? W końcu, jeżeli się praktykuje podobne związki, więc do czegoś służą.
Podobne tematy
Zupełnie nie rozumiem jak można być w kilku ZWIĄZKACH jednocześnie, bo związek nie polega tylko na spotykaniu się, aby spędzić miło czas. To dawanie czegoś od siebie, zaangażowanie i szczerość przede wszystkim. Nie potrafię sobie wyobrazić jak ja bym się czuła, gdyby chłopak po spotkaniu ze mną biegł do innej dziewczyny. To nie do pomyślenia... bycie ze sobą nie jest zabawą! Według mnie takie zachowanie świadczy o tym, że dana osoba nie wie czego chce i nie dojrzała do bycia w prawdziwym związku.
Nawet jeśli powiemy sobie: nic nas nie łączy, chcemy tylko spędzić razem czas i dawać sobie to czego nam brakuje, ale nie jesteśmy razem więc możemy robić co chcemy, to i tak któraś z osób się zaangażuje i będzie mieć poczucie żalu, niespełnienia, bo będzie wiedzieć, że nie dostanie tego co najważniejsze.