problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych... - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 7 ]

Temat: problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Witajcie. Zajrzałam na to forum ponieważ starałam się znaleźć coś na temat problemu poczucia osamotnienia, wyizolowania.
Jestem stosunkowo młoda osobą.Od wielu lat towarzyszy mi nieustanne wewnętrzne cierpienie.
Staram się z tym walczyć poprzez ignorowanie , pozorne godzenie się z takim a nie innym stanem rzeczy jako nieuniknionym przy tak skomplikowanym jak mój charakterze.
Wmawiam sobie że jestem dziwadłem i pewnie wielu podobnych do mnie natchnionych wizją i wyobraźnią nadwrażliwców żyje na tym świecie ale skoro ich nie spotykam to znaczy że zwyczajnie nie jest mi to pisane.
Tłumacze sobie że silny człowiek jest w stanie zachować obojętność wobec tego co otrzymuje bądź raczej czego nie otrzymuje od innych.Tym bardziej że moje wcześniejsze doświadczenia z ludźmi wydawały się doprowadzać mnie do takich wniosków.
Nie chciałabym już nigdy nikogo prosić , za nikim chodzić i czuć się jak ofiara.Nie chciałam się narzucać.Czuje obrzydzenie do obnażania się przed kimś ponieważ zawsze gdy komukolwiek opowiem o faktach z mojego osobistego życia czuje przytłaczające uczucie dysproporcji..I takie napięcie..Jakbym była ekscybicjonistką...Z wielką początkowa satysfakcją obserwowałam w sobie rozwój ,jak mi się wydawało, cech samotnego wojownika.
Bariera pomiędzy mną a innymi ludźmi tworzyła się już w okresie dzieciństwa. Byłam nieśmiała ale pracowałam nad sobą.Dzięki pasji, grze w drużynie sportowej znalazłam osoby dzięki którym gładko przeszłam przez burze nieudanych relacji w domu rodzinnym.Z perspektywy czasu nadal uważam to za piękne i niezwykle rozwijające doświadczenie.Nabrałam wiary w siebie , w ludzi.A gdy wszystko się rozleciało z nadzieją poszłam swoja drogą pewna że na nowym etapie odnajdę podobną satysfakcje z kontaktów.
Przerastających mnie problemów życiowych było jednak coraz więcej. W krótkim czasie przytrafiło mi się więcej niż mogłam udźwignąć chociażby z racji wieku. W niektóre sprawy sama z naiwności się wpakowałam. Na początku starałam się bardzo odnaleźć osoby z którymi mogłabym dzielić te swoje utrapienia i odpoczywać od nich we wspólnych radościach.Uwieszałam się także na osobach z którymi tworzyłam związki .Jeszcze więcej się nacierpiałam przez to..Gdy doznawałam przemocy sądziłam że w ludziach budzi to interwencje  jak gdyby z urzędu tj że ten komu o tym powiem wyrazi chociażby oburzenie.Zawiodłam się kolejny raz i ostatecznie zaakceptowałam fakt że ze mogę liczyć tylko na siebie..Pozornie zaakceptowałam bo rana pozostała.
Nie złożyło się...Im więcej sfer mojego życia zainfekowanych było ciężkim doświadczeniami tym trudniej było mi o wchodzenie w konwencjonalne relacje z ludźmi.Czując się całymi dniami smutna, przytłoczona, pogrążona kłopotami nie miałam siły na rozmowy o pogodzie, filmach , kwiatach a przecież od tego zaczyna się relacje które ewentualnie mogą zmienić się w bliższe koleżeństwo, przyjaźń w których już nie trzeba udawać żeby kogoś nie urazić, nie przekroczyć granic albo nie popsuć humoru.
Od 3 lat jestem w szczęśliwym związku .Łączy nas wzajemna troska i doskonałe dopasowanie w codziennych sprawach. Różnią potrzeby duchowe, emocjonalne.Nawet w tym momencie słyszę narzekanie" o czym można tyle pisać!?"Tak więc związek ten nie uchronił mnie np przed niespodziewanym pojawieniem się objawów alergii która stała się dla mnie sygnałem że jeżeli nie zacznę z kimś rozmawiać, wyrażać uczuć które się we mnie kłębią najpewniej się rozchoruje.
Czasami tygodniami z nikim nie rozmawiam.
Zaczęłam drugi kierunek ale będąc na uczelni konieczność dostosowania się do wesołego gwaru budzi we mnie wstręt i z tego powodu uczęszczam tylko na zajęcia obowiązkowe.Zawsze mam przy sobie coś do czytania.O poprzednim kierunku nie wspomne bo ciężko cokolwiek skończyć nie posiadając nawet pół telefonu do kogoś kto ewentualnie poinformuje o zmianie sali albo planu.
Wszelka praca zawodowa uwzględniała ograniczone kontakty z innymi.A kiedy porwałam się na bycie instruktorką w klubie nie za dobrze mi szło.Wytłumaczyłam sobie że nie potrafie przekazać innym mojej miłości do sportu a bieganie w deszczu i mgle do wreszcie moje prawdziwe sportowe powołanie.
Mam wiele zainteresowań ale jakoś tak mam wrażenie że nawet na forum związanym tematycznie ludzie mnie odrzucą.Wydaje mi się że gadam za dużo, że pisze głupoty.Jestem na siebie wściekła zaciskam pięści i czytam literaturę.
Ponadto tak już całkiem obiektywnie to zawsze byłam dużą indywidualistka o dosyć niekonwencjonalnych może dla niektórych nawet rewolucyjnych poglądach.To nie jest chyba dla każdego do zaakceptowania co dodatkowo mnie blokuje.Wyjaśniam to jak zawsze małą postępowością polaków, hipokryzją i tysiącem innych teorii.
Kiedy mój dawno dorosły ojciec kolejny raz namawia mnie żebym rozwiązywała problemy mojej matki, żebym z nią rozmawiała to coś się we mnie gotuje i mam ochotę zwymiotować.Ja mam 24 lata i nie mam nic a ona 54 i dwa fakultety.I życie nie inne niż takie które sobie wybrała..Ona nie chce rozmowy a ja bym chętnie miała przy sobie takiego orędownika jakim jest dla niej w tej sprawie mój ojciec.
Często przeżywam problemy innych ludzi ale nie widzę powodu dla którego miałabym im pomagać skoro mnie życie pchnęło w stronę takiej emocjonalnej samowystarczalności.
Nie wiem jak sobie poradzić.Co z tym wszystkim teraz zrobić skoro już tak daleko zabrnęłam w tej izolacji.Na razie widzę to tak że musiałabym całymi latami krążyć koło ludzi z pełnym otwarciem, próbować  , wychodzić do nich aż może kiedyś znalazłabym jakieś bliskie osoby .Może w ogóle żal i niechęć do kontaktów by zniknęły..
Chociaż ja chyba tez nie moge przyjaźnić się z każdym kto mnie akceptuje.Mam chyba prawo do posiadania jakiś preferencji w tym względzie..Zawsze sobie mówie że pewnie ja lubie nie tych którzy sa w stanie mnie polubić.
   Boje się ponownego odrzucenia, zranienia..Czucia się jak idiotka.
Może któraś z osób odwiedzających to forum przezywa samotność z której nie umie się wyrwać i podzieli się doświadczeniami..Być może macie jakieś rady, sugestie..
W każdym razie potrzebowałam się wygadać.
Pozdrawiam.

Przepraszam za taki długi tekst.Jak znam swoje szczęście to nie trafiłam z tym tematem w odpowiedni dział i tysiąc innych pomyłek..No i i tak będę miała kaca że to napisałam..

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Witaj smile Cieszę się, że do nas trafiłaś. Nie obiecuję, że napiszę tutaj coś absolutnie mądrego co przewróci Twój świat o 180 stopni ... ale być może to co napisze przyniesie Ci jakąś pociechę. Po pierwsze należałoby się zastanowić, czy mamy u Ciebie do czynienia z samotnością czy poczuciem osamotnienia. Często pojęcie samotność mylone jest z poczuciem osamotnienia, a przecież to dwa całkiem odmienne stany i pojęcia.Czym jest  samotność? Samotność to stan psychiczny człowieka, w którym dominuje świadome przekonanie o utracie lub zagrożeniu emocjonalnych dialogów z ludźmi. Samotny jest człowiek, który żyje sam sobie, nie zawiera znajomości i tak naprawdę nikogo nie obchodzi, co się z nim dzieje. Poczucie osamotnienia natomiast, występuje bardzo często i objawić się może w każdym miejscu i o każdym czasie. Jest to doświadczenie braku wzajemności ze strony innych, doświadczenie pustki i oczekiwania, poczucie braku więzi z innymi, brak poczucia bliskości i międzyludzkiej intymności. Może wynikać z poczucia niezrozumienia przez innych, odrzucenia, ?odmienności?, a także z braku osoby zaufanej, której moglibyśmy opowiedzieć o swoich problemach bo czujemy, że zostaliśmy z nimi sami. źródło znajduje się w psychosferze i może nim być niedojrzałość emocjonalna lub zbyt ciemny i niewyraźny autoportret własnego ?ja?. Oznacza to, że człowiek nie potrafi odnaleźć w sobie cech pozytywnych, gdyż brak mu poczucia własnej wartości.Wewnętrzny świat samotnego człowieka jest dla niego nie znany i niezrozumiały, a jeżeli nie rozumiemy samego siebie, nie potrafimy także rozumieć świata i ludzi którzy nas otaczają. źródłem osamotnienia jest najczęściej zamykanie się na drugiego człowieka  i tworzenie blokady w kontaktach z innymi. Uciekamy od innych, uważając, że nie mamy im absolutnie nic ciekawego do zaoferowania, często nie chcemy wtajemniczać ich w nasze kłopoty, bo zakładamy, że i tak nikt nas nie zrozumie, a także boimy się otworzyć, by nie zostać wyśmianym czy zlekceważonym. Piszesz o barierze między Tobą a innymi - podstawowe pytanie, które musiałabyś sobie zadać to kto jest odpowiedzialny za sukcesywne budowanie tego muru ? Kto postawił pierwszą cegiełkę ? Czy były to wydarzenia w domu rodzinnym, czy jakieś niesprzyjające okoliczności w kontaktach z innymi, które zachwiały Twoją wiarę w ludzi ? Myślę, że w okresie dojrzewania i buntu bardzo wygodnie jest przyjąć postawę Samotnego Wojownika walczącego ze światem. Niemniej, okres buntu mija i trzeba dojrzeć emocjonalnie do zmiany , że tak to ujmę , szat bo prędzej czy później okazuje się, że nie żyjemy na samotnej wyspie i ludzie są nam potrzebni. Tak czasem bywają denerwujący i trzeba rozmawiać z nim nie o tym co nas akurat jakoś osobiście interesuje - ale na tym polega sztuka komunikacji. Myślę, że wielu z nas godzi się w jakimś sensie zamienić słowo z koleżanką z pracy o pogodzie a z sąsiadką o polityce właśnie po to ,żeby nie uchodzić za odludka i mieć szansę na normalne kontakty z innymi. Może to konformizm na który właśnie nie chcesz się godzić - ale wierz mi działa ;)Lubimy ludzi uśmiechniętych, nienarzekających i podobnych do nas samych  niezależnie czy podobieństwo dotyczy wyznawanych poglądów, przekonań czy stylu życia itd. Przede wszystkim jednak lubimy ludzi ,którzy nas słuchają i zauważają. Dlatego tak ważne jest zamienienie chociaż jednego głupiego słowa o pogodzie z kimś z kim pracujemy czy kogo widzimy na co dzień. Oczywiście - jeżeli mamy kłopoty i problemy trudno się na to zdobyć. Ale z drugiej strony są w naszym życiu czasy lepsze i gorsze i w tych "lepszych" czasach tzreba szczególnie popracować nad swoją życzliwością w stosunku do innych ... Wiesz jakoś tak strasznie m isię sprawdza taka zasada w moim życiu , że to co dajemy innym wraca do nas potrójnie ... Jeżeli dajemy innym naszą obrażoną na cały świat minę, obojętność to samo do nas wraca ... Można pogodzić moim zdaniem indywidualizm z otwartością na inne osoby - to tylko kwestia naszego poczucia własnej wartości. Jeżeli jest ono duże to nie boimy się ,że nasze indywidualne podejście do życia czy nasz wypracowany latami punkt widzenia roztopi się w jakiejś miałkiej masie czyichś mało oryginalnych i typowych poglądów. Więcej, korzystamy na konfrontacji ! Nie bój się ,że ktoś Cię zrani i postaraj się zniszczyć - krok po kroku- mur który wybudowałaś miedzy sobą a innymi. Nie wszyscy ludzie są mądrzy i wyjątkowi. Nie dla wszystkich warto się starać. Ale jest wielu - dla których warto to zrobić. Nie oceniaj też siebie tak bardzo surowo ! Z tego co piszesz wynika ,ze bardzo wiele przeszłaś w życiu. Pomyśl, jak wiele ze swego doświadczenia możesz dać innym. Oj, ależ się rozpisałam. Nie mam pojęcia czy to cokolwiek Ci pomoże. Ale taki mam punkt widzenia w tej sprawie. Zawsze należy dać innym szansę ... Inaczej ciągle będziesz się zastanawiać, co by było gdyby ...

Wiele tracimy wskutek tego, że przedwcześnie uznajemy coś za stracone.

? Johann Wolfgang Goethe

3

Odp: problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Dziękuje za odpowiedź. Zastanowiłam się chwile nad tym na ile Twoje hipotezy mogą być trafione w kontekście mojego problemu..
Wydaje mi się że u mnie w tym momencie występuje chyba stan przejściowy pomiędzy osamotnieniem a samotnością.Nie zawieram i nie staram się podtrzymywać żadnych relacji ponieważ czując się w nich nierozumiana uważam je za niesatysfakcjonujące a przez to zbędne.
Nie ryzykuje mówienia o pełnej samotności w zasadzie tylko dlatego że być może gdybym zachorowała na jakąś poważną chorobę fizyczną to znalazłby się ktoś kto by na coś takiego zareagował jakimś np słowem wyrażającym współczucie.Nie może jedna znajoma para zdecydowałaby się odwiedzić mnie w szpitalu jeśli bym długo leżała.
Nie dotyczy to jednak samopoczucia psychicznego.Całymi miesiącami borykam się z natrętnymi myślami samobójczymi i mam pełna świadomość że raczej nikogo to nie zainteresuje.Przeżyłam też kilka lat temu załamanie nerwowe i mieszkając zupełnie sama usiłowałam zasygnalizować komukolwiek że tracę kontakt z rzeczywistością ale nie za bardzo dotarło a z perspektywy czasu sądzę że  szkoda bo jak na to patrze szczególnie rodzina powinna była mi zorganizować jakieś leczenie. Być może mniej bym poniosła szkód i strat.Samotność rozumiem z Twojego opisu jako stan bardziej obiektywny niż osamotnienie..
Ciężko mi określić kto postawił w tym murze pierwszą cegle. Wydaje mi się że to okoliczności.Natrafiałam także na nieodpowiednie osoby.Spotkało mnie wiele zawodów.I to nie tylko osobistych ale w pewien sposób doświadczenia pokazały że w życiu spotykają takie okoliczności w których zawodzą także powołane do pomocy instytucje.
Jak tak sobie analizuje moje relacje to nawet nie jestem jakaś strasznie zamknięta.Nie entuzjastyczna , nie chwytająca wszystkich szans do nawiązania kontaktu ale też nie  opryskliwa.
Może być też tak że ludzie czują że nosze bardzo wiele  w sobie i mam gotowość do podzielenia się tym a to może być przytłaczające. Mój świat wewnętrzny, emocje i przemyślenia ,  nieustannie ewaluują, często aż kipie tym wszystkim co się we mnie dzieje.To może przerażać jak sądze.
Na pewno nie patrze na nikogo z góry. Dostrzegam piękno w prostocie a na konfrontacje z odmienną opinia jestem gotowa i to bardzo. Wystarczyłyby mi poniekąd czysto intelektualne znajomości.Związane z pasjami , poglądami czymkolwiek ale na takie osoby jakoś tez nie natrafiam specjalnie.
Niską wartość jako tako przepracowałam w dzieciństwie.Potem pare osób usiłowało wzbudzić we mnie kompleksy właśnie z powodu tego zbyt jak to określali intensywnego wewnętrznego świata. Ale nie dałam sobie tego wmówić a właśnie wycofałam się żeby nie narażać dalej na szwank wrażliwości.

To wszystko jest jednej wielki paradoks.Ja nawet potrafię nie tylko nie być malkontentna ale kipić specyficzną pomysłowością i takim troche z pogranicza szaleństwa ale jednak poczuciem humoru..
Cierpę, żyje z depresją  ale mam do tego jaki takie dystans..W sumie to nawet spory.Mam więcej niż jedna płaszczyzne na której mogłabym zbudować porozumienie..A jednak tego nie ma..Musze głębiej się temu przyjrzeć.Sama nie mam w swoim słowniku pojęcia pech ale to wszystko jakoś podejrzanie zaczyna na niego wskazywać..:)
Zastanawia mnie to co napisałaś o zauważaniu innych..Czyli ktokolwiek może się czuć zauważony tylko dlatego że zagadnę go o pogode..Jak to działa..?Przecież i ty i ta osoba wiecie że to totalna konwencja żeby nie było krępującej ciszy..

No nic w każdym razie ciesze się że ktoś mi odpowiedział.To by na prawdę była już groteska jeżeli nawet gdy napisze o samotności odpowiadałoby echo..:)

4

Odp: problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Zainteresowała mnie Twoja historia, bo sama coś podobnego przeżyłam. Przyszło mi do głowy, żeby odpisać właśnie w momencie, kiedy napisałaś o swoim załamaniu nerwowym, kiedy mieszkałaś sama i nawet nikt tego nie zauważył, a np. wydaje się, że rodzina jest po to, żeby w takiej sytuacji jakoś zareagować, przynajmniej próbować pomóc. Mnie się przydarzyło dokładnie to samo. Kilka lat temu byłam w bardzo ciężkim stanie psychicznym. Moja rodzina nie zainteresowała się tym w ogóle - zero... Mimo że otwarcie nawet mówiłam o tym, że mam problem psychiczny, że potrzebuję leczenia.
Zastanawiam się nieraz, czego trzeba by było, żeby moja rodzina zaczęła uświadamiać sobie, że jest problem i jak bardzo on jest poważny. Próby samobójczej? Trwałego okaleczenia podczas próby zabicia się?
Nie chciałam sprawdzać tego empirycznie. Na szczęście dotarło do mnie, że na rodzinę nie mam co liczyć, dlatego że to właśnie najbliżsi ludzie (matka) wpędzili mnie w zaburzenia. Rozumiem dlaczego ona do końca odmawiała uczestnictwa we wspólnej terapii ze mną. Po prostu gdzieś tam może nie do końca w świadomości, ale na granicy między nieuświadomionym a świadomością, ona zdaje sobie sprawę, że systematycznie i celowo mnie krzywdziła. Dlatego nie chce, żeby to wywlekać przed kimkolwiek, nawet przed terapeutą. Po prostu czuje, że zrobiła coś bardzo złego własnemu dziecku i wstydzi się... Dlatego spycha to do podświadomości... Dlatego nie ma rozwiązania.... i nie ma możliwości żadnej wspólnej terapii, no a moja indywidualna długo nie przynosiła rezultatów dlatego, że w miarę jak mój stan się polepszał, matka systematycznie "dobijała" mnie, żeby nie pozwolić mi się wyrwać z zaklętego kręgu...

Teraz już nie utrzymuję żadnych kontaktów z rodziną. Pozmieniałam numery telefonów... Jeśli otrzymam jakąkolwiek wiadomość od nich, choćby o chorobie czy śmierci, zignoruję ją.
Mimo iż takie postępowanie jest sprzeczne np. z religią, którą wyznaję. I mam poczucie winy, grzechu. Ale też mam poczucie bezradności, braku konstruktywnego rozwiązania tej sytuacji. I jeśli kogoś zdradziłam, to dlatego, że ten ktoś wcześniej zdradził mnie. Najboleśniejsze, że tą zdradzającą osobą nie był mąż, chłopak itd, tylko moja własna matka....

5

Odp: problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Gdy byłam młodsza to jakoś mnie relacje z rodzicami bardziej bolały. Odkąd jednak sama poznałam jakie życie jest ciężkie i złożone . Od kiedy zobaczyłam w nich ludzi a nie wszechmocne rodzicielskie Bóstwa które miały akurat wole mi źle czynić a przecież nie wiadomo co powinni dla mnie uczynić.Od tego czasu  obwiniam raczej właśnie te komplikacje losu a nie ich.Dziecko chce bezgranicznie ufać.Świat jest za niego za duży, czas płynie zbyt wolno, ludzie za wysocy i wszystko silniej odbierane.Z tego biorą się urazy.
Nie wiem co takiego zrobiła Ci Twoja mama. Faktycznie np za przemoc taka osoba powinna wręcz odpowiedzieć nawet po latach.Jednakże jeżeli chodzi o różnego typu gierki psychologiczne to zwyczajnie wynika z jej osobistych uwarunkowań i kłopotów.Nie którzy nie rodzą się predysponowani do pracy nad sobą.Jeszcze kilka lat temu przed pojawieniem się kolorowej prasy nikt w Polsce nie słyszał o terapii..Także nad posiadaniem dzieci nie piało się latami i nie przygotowywało do tego bo to nawet dla wykształconych ludzi było zwykle jak jedzenie i spanie więc nad czym się rozwodzić.
Ja jakoś to rozumiem mimo wszystko.Owszem żal mi że nie jest inaczej ale rozumiem że muszę się z tym pogodzić .I tak udało mi się dobitnymi , długimi wskazaniami błędów oraz dyskusjami w jakiś sposób ich zmienić.Czuje że widzą we mnie człowieka od czasu do czasu .Choć tyle..Z tym że moim rodzicom przytrafiło się coś okropnego i bardzo im współczuje.Jeżeli miałabym zerwać z nimi kontakt za co Cie podziwiam to tylko z bezsilności,niemocy dzielenia z nimi frustracji..Nie przejmuj się moralnością bo Ty także masz tylko jedno życie i powinnaś je szanować. Źle się wzajemnie zatruwać.Tak sądzę..
Mnie najbardziej boli mnie to że to nie tylko oni nie za bardzo się w obec mnie sprawdzili ale że w innych ludziach także nie znalazłam oparcia.To że wszystko się tak nakłada jak w zaklętym kręgu.Wiele jestem w stanie znieść ale nie wszystko naraz..

6

Odp: problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Masz rację, że teraz oczywiście jest większa świadomość i wiele takich rodzinnych historii, które dawniej zmiatano pod dywan teraz trafia na łamy prasy (niekoniecznie kolorowej). Ale czy to znaczy, że żeby być przyzwoitą matką, to trzeba koniecznie przejść kurs przygotowawczy? Nie ma czegoś takiego jak jakiś naturalny zdrowy rozsądek, mądrość życiowa? A poza tym podobno jest coś takiego jak instynkt macierzyński... Podobno klacz wróci po źrebię do płonącej stajni...
A ja nieraz obserwując moją matkę zaczynałam się zastanawiać jak daleko może się posunąć kobieta w szkodzeniu własnemu dziecku. I wiem, że niestety odpowiedź brzmi: Do końca... Może to jest szokujące, ale naprawdę przekonałam się że tak jest. Co mi zrobiła moja matka? W sumie drobiazgi, w porównaniu z sytuacjami o jakich można ostatnio tu i ówdzie przeczytać... Kiedyś np. starała się doprowadzić do tego, żeby mnie zwolnili z pracy... Dzwoniła do mojej szefowej w tej sprawie... Ale to w sumie logiczne, bo przedtem starała się nie dopuścić do tego, żeby mnie w ogóle do tej pracy przyjęli... A kiedy zastanawialiśmy się z mężem nad dzieckiem, moja matka snuła plany, jak mi to dziecko odebrać.... Umyśliła sobie, że dziecko nie będzie przy mnie, tylko że to ona je będzie wychowywać, będąc w mieście oddalonym od 350 km od mojego miejsca zamieszkania... Takich przykładów, i to świeższych, z mojego dorosłego już życia, mogłabym przytoczyć więcej... Nawet nie wracając do tego, co się działo, kiedy byłam dzieckiem na jej łasce i niełasce...

Posty [ 7 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » SAMOTNOŚĆ » problem samotności - nie tylko w kontekście więzi erotycznych...

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018