Po prawie 5 latach małżeństwa mąż mnie zdradził i będzie miał dziecko z inną kobietą-mężatką zresztą. Przed ślubem znaliśmy się ok. 12 lat, to była taka miłość tych nastu lat, miłość, która przetrwała wszystko i zaprowadziła nas przed ołtarz. Pierwsze dwa lata małżeństwa wspominam bardzo dobrze. Coś złego zaczęło się dziać w 2009r (ślub odbył się w 2006r.) Zaczęły się kłamstwa, oszukiwanie mnie, ukrywanie telefonu, pieniądze znikały z naszego wspólnego konta. Tuż przed tym wszystkim, rozpoczęliśmy budowę domu. Mój mąż właściwie przekonał mnie do tego domu, bo ja nigdy tak naprawdę tego nie chciałam. Na budowę przeznaczyłam wszystkie moje oszczędności, rozwiązałam jedną, drugą, trzecią lokatę. Zaciągnęliśmy też kredyt hipoteczny. Bywało różnie - raz lepiej raz gorzej. We wrześniu 2010r planowana była przeprowadzka do nowego domu. Jednak już w sierpniu zaczęło się "coś" dziać, coś czego przedtem nie umiałam nazwać... Mąż zaczął bardzo chętnie jeździć do nowego domu pod pretekstem "pilnowania". Jednak jechał tam już o godz. 20, gdy w sierpniu czy we wrześniu jest jeszcze widno. Później wymyślił, że nawet rano nie będzie już wracał z "budowy" do naszego wspólnego mieszkania, bo mu się nie opłaci. We wrześniu, był to początek miesiąca w naszym nowym domu na podłodze w w łazience znalazłam długie czarne włosy i kolczyk, a raczej jego część. Mąż był wtedy na poligonie, zadzwoniłam do niego z pytaniem co tam się działo? Najpierw wymyślił, że był tam jego brat z żoną, ale w to nie uwierzyłam, więc powiedział, że byli znajomi na małej imprezce. Byłam wściekła, nie wiedziałam czy kłamie czy mówi prawdę, ale tak do końca nigdy w to nie uwierzyłam. W końcu zabrakło mi cierpliwości i postanowiłam sprawdzić jak wygląda to jego pilnowanie. Podjechałam pod dom, a on wsiadł w auto i najzwyczajniej w świecie odjechał. Później było już tylko gorzej... Dwutygodniowy poligon, z którego nie zadzwonił do mnie nawet jeden raz, ale rachunki za telefon przychodziły na kwotę ponad 200zł. Zaczął się do mnie odnosić strasznie, bez odrobiny szacunku. Jak pytałam na co brał pieniądze z banku odpowiadał mi, że miał taką potrzebę, że nie musi mi się tłumaczyć itp. , na pytanie gdzie był tak długo odpowiadał - to moja sprawa, bądź byłem tam gdzie miałem być... On i jego telefon stali się nierozłączni. Dowiedziałam się, że pożyczył w tajemnicy przede mną pieniądze od sąsiadki i nie oddawał ich przez pół roku. Bomba wybuchła w październiku, kiedy to mąż wyprowadził się z domu do mamy. Ja kochałam tego człowieka najbardziej na świecie, nieba bym mu uchyliła jeżeli bym tylko mogła. Myślałam najpierw o nim, a dopiero później o sobie, miał wszystko czego dusza zapragnęła. Dodam, że z domu rodzinnego wyszedł właściwie z niczym. Po ślubie to ja spłacałam jego dwie pożyczki. Moi rodzice pomagali nam bardzo. Płacili za nasze mieszkanie, robili to dla nas po to, abyśmy my mogli jak najwięcej pieniążków sobie odłożyć na budowę. W każdą niedzielę chodziliśmy na obiad do moich rodziców (teściowa przez pięć lat małżeństwa nie zaprosiła nas nawet jeden raz) Przy budowie domu, pracach wykończeniowych moi rodzice byli zawsze, pomagał też mój brat. Z rodziny męża nie było nigdy, nikogo. Na zakupy jeździłam zawsze z moimi rodzicami, bo mąż miał jak zwykle co innego do zrobienia, ważniejszego. Czułam się źle w tym wszystkim. Widziałam, że odsuwamy się od siebie, że mąż gdzieś ucieka, oddala się, unika mnie i rozmowy ze mną. Wolał przebywać na "budowie", nocować tam niż być ze mną. Już wtedy zaczęłam coś podejrzewać. Taj jak pisałam burza rozpętała się w październiku. Przez dwa miesiące mąż mieszkał u swojej mamy. Nagle okazało się, że z dnia na dzień przestał mnie kochać, że nie chce ze mną być, że mu mnie nie brakuje, że nie tęskni itd. Jego słowa bolały bardzo, uderzał prosto w serce. 01 grudnia już nie wrócił do mamy, okłamywał wszystkich że mieszka w internacie w jednostce, tymczasem wynajmował przez miesiąc mieszkanie (znalazłam umowę najmu) Przez cały czas tj. październik, listopad, nie mogłam się pozbierać, dzwoniłam do jego mamy, brata, nie wiedziałam co tak naprawdę się dzieje. Pomyślałam, że kogoś ma, ale on stanowczo zaprzeczał. Około 10 grudnia przestałam się już odzywać. Minęły dwa tygodnie i wtedy mąż się otrząsnął i postanowił wrócić. Błagał o wybaczenie, prosił, abym go przyjęłam, mówił że wszystko jest nieważne, a liczy się tylko to, że mnie bardzo kocha. Przyjęłam go, w styczniu przegrał kolejną wypłatę - już trzecią, a poza tym zaciągnął w różnych bankach pożyczki na kwotę ponad 15 tys. Myślałam jednak, że razem jakoś damy radę. Prosił, abym go nie odrzucała, że beze mnie nie da rady, że chce być lepszym człowiekiem, ale ja muszę mu pomóc. Faktycznie pomagałam, wyprowadziłam na prostą wszystkie jego zaległe raty pożyczek, był na moim utrzymaniu, ale znosiłam to wszystko, bo był miłością mojego życia. Było dobrze do końca lutego. Znów zauważyłam, że coś złego się dzieje z moim mężem. Prosiłam go każdego dnia, aby mi powiedział o co chodzi, bo tak nie da się żyć. Nie wiem co go skłoniło raz w życiu do szczerości, ale powiedział, że w tym czasie, kiedy nie byliśmy razem zdradzał mnie, kochał się z inną kobietą i ona teraz jest w ciąży. Twierdził, że nie wie czy ją kocha czy nie, że teraz myśli tylko o dziecku (kobieta jest mężatką). Pytał czy już go całkowicie przekreśliłam czy po tym wszystkim umiałabym z nim być... Po tym wszystkim znów uciekł do mamy, ukrył się przed światem. I znów ze skrajności w skrajność. Jego wielka miłość, o której mnie zapewniał z dnia na dzień przerodziła się w nienawiść. Dostaję od niego sms-y, że nigdy mnie nie kochał, że nie chciał ze mną być, że nie był ze mną szczęśliwy itd. Boli, boli strasznie... Nie wiem co się wydarzyło - być może z tamtą dziewczyną planował swoją przyszłość, ale ona mu podziękowała za "dobrą zabawę" i wróciła do męża, a mój kochany mąż został na lodzie - bez kochanki i bez żony. Myślę, że przemawia przez niego złość, ogromna złość, że został odrzucony, porzucony... Mimo wszystko cierpię strasznie. Wiem, że z nim nie będę bo nie da się żyć w związku opartym na ciągłym kłamstwie i obłudzie. Co sądzicie, pomóżcie...