Schudnąć, schudnąć, schudnąć, wejść w stare spodnie i nie udusić się:-)
Mam plan 10 kg do maja, przerabiałam wiele, diety w saszetkach, białka, głód, rozsądek, tabletki itd itd, a może porostu zrobić coś tak banalnego jak ... bieganie?
Wczoraj pobiegłam pierwszy raz, biegłam powoli i krótko, aby się nie zasapać i paść na twarz:-)
Nikomu oprócz Was tego nie mówiłam, a po co mają wiedzieć ? A jeśli się nie uda znów będzie ble ble ble.... więc mam romans z parkiem i bieganiem, ubieram się w tajemnicy, i wychodzę na godzinne tajemnicze spotkanie....
Nie wspomnę że w parku nie byłam sto lat, a tam drzewa, ptaki, ziemia... od razu zrobiło mi się lepiej, zostawiłam za zarętem smutki, ból głowy i mięśni od przesiadywania przy komputerze po 12 godzin.
Jutro się zważę ale z tego co pamiętam 170 cm wzrostu i 65 kg. NIGDY tak dużo nie ważyłam, w szafie leżą nowe jeansy rozm 36 i mogę je sobie na nos założyć:-(
Tak więc START.
Ktoś chętny aby spotkać się w moim wątku i opisywać, podtrzymywać na duchu, meldować jak było? Zapraszam, razem łatwiej.