Już nie mogę się doczekać kiedy ten cały koszmar minie i kiedy będę mogła być normalna.
Wariuję już i rozchrzaniam sobie całe życie.
Był sobie kiedyś 1. Wcale ni jakiś ohc i ach. Było fajnie, aczkolwiek nie górnolotnie. I tak pół roku.
Po pół roku z dnia na dzień powiedział "bye bye". Świat mi runął na łeb. Nawet nie znałam powodu. Jak głupia łudziłam się, że wróci, że będzie lepiej. Kontakt wkońcu się urwał.
Po pół roku pojawił się 2. Początkowo miód malina, motylki w brzuszku. Potem razem zamieszkaliśmy i magiczność uleciała. Zaczęłam kłamać co do wielu spraw bo bałam się że on nie zaakceptuje i go stracę. No i wpadłam w błędne koło. W międzyczasie przyszła masa problemów i kłopotów. Straciłam jego zaufanie i miłość. Za trudne było dla mnie przede wszystkim mówienie całej prawdy.
Teraz...Hmm... jesteśmy po wielu próbach i szansach.
Najgorsze, że ja cały czas mam w głowie 1. Czasem ni stąd, ni z owąd przyjdzie na myśl, skojarzy się coś z nim. I cały czas na nowo coś zyje. Nie wiem czy to niemożność pogodzenia się z tym, że ktoś odrzucił?
Przez to chyba mój związek to ruina.
2 uważa, ze 1 to była moja prawdziwa miłość, że jego kocham bardziej, a z nim jestem z rozsądku.
Kocham 2... Tylko czasem nie umiem dać z siebie tak wiele ile by chciał. Czasem przez problemy - nie mam siły...
Do 1 bym nie wróciła...
I koło się zamyka i nie wiem co robić....