Nie wiedziałam w jakim dziale napisać o moich przemyśleniach, więc postanowiłam, że zrobię to tutaj. Jeśli się nadaje gdzieś indziej proszę o przeniesienie :)
Nie ma do opowiedzenia żadnej NIEZWYKŁEJ HISTORII, a przynajmniej tak mi się wydaje. Chociaż czytając wpisy na forum można mieć wrażenie, że szczęśliwe małżeństwo, to jednak jakiś nierzeczywisty i niezwykły twór. Zastanawiam się dlaczego ludzie tak bardzo komplikują własne życie. Dlaczego nie potrafią docenić tego co mają i nie są w stanie pokierować własnym życiem w odpowiedni sposób.
Jestem młodą osobą, więc można powiedzieć, że niedoświadczoną przez życie. Być może. Wychowałam się w pełnej, normalnej rodzinie. Nie miałam problemów z rodzicami a oni ze mną. Oczywiście moja rodzina nie jest i nie była idealna, ale nie mam nic do zarzucenia moim rodzicom oraz dziadkom. Wszyscy wychowywali mnie tak jak potrafili i dawali tyle miłości ile mogli. Może w tym jest klucz do tego kim teraz jestem i jak patrzę na świat.
W wieku 17 lat poznałam pewnego chłopaka. Związek zaczął się burzliwie. Było wiele emocji, tych pozytywnych i tych negatywnych. Było wiele obaw. Ja nie miałam żadnego doświadczenia jeśli chodzi o związki, byłam zbyt młoda. On również nie miał za sobą żadnego poważnego związku, jedynie jakieś krótkotrwałe. Zakochaliśmy się w sobie niemal od pierwszego wejrzenia. Brzmi banalnie, ale naprawdę tak było. Od razu wiedziałam, że to TEN. Dużo kosztowało mnie, to żeby z nim być. Mieszkaliśmy prawie 400km od siebie. Ja chodziłam wtedy do LO, on studiował i pracował. Moi rodzice byli bardzo przeciwni. Uważali, że jeszcze mam czas na chłopaków, że powinnam skończyć szkołę a wyjazdy do niego będą mi w tym przeszkadzać. Mięli nieco racji.
Po dwóch latach związku 'na odległość' przyszedł czas na oświadczyny, które były dla mnie totalnym zaskoczeniem. Spodziewałabym się raczej rozstania niż oświadczyn. Źle działo się między nami od pewnego czasu. Byłam młoda i głupia, nie potrafiłam zrezygnować z niektórych rzeczy, nie rozumiałam tego. Chciałam być wolna będąc jednocześnie w związku. Narobiłam bzdur, po których powinien mnie zostawić.
W końcu zamieszkaliśmy razem. Zaczęły się przygotowania do ślubu. Było niesamowicie. Byłam przeszczęśliwa, On też. Wszystko robiliśmy razem, byliśmy nierozłączni. Miałam mnóstwo energii i pomysłów. Planowaliśmy kupno mieszkania. Oszczędzaliśmy i nie mogliśmy się doczekać kiedy pójdziemy 'na swoje'. Po około roku po ślubie udało nam się kupić niewielki domek. Jeszcze nie urządziliśmy go do końca, ale i tak bardzo nam się podoba. Jest lepiej niż można było sobie wyobrazić.
Jesteśmy ze sobą ponad 5 lat. Może to nie jest jeszcze duży staż, ale jak na moje 22 lata, to całkiem sporo. Przeszliśmy razem już dość dużo - niechęć rodziców, moje wybryki, mój okres bez pracy, brak pieniędzy, długi, nieporozumienia z teściową, a nawet poronienie...
Nie wiem, czy to dużo, czy nie, ale wydaje mi się, że mięliśmy kilka takich momentów, że moglibyśmy się rozstać, kiedy było naprawdę ciężko i gdyby nie to, że naprawdę się kochamy, to nasz związek nie przetrwałby próby czasu. Mimo tego wszystkiego co się stało (a może przez to) naprawdę jestem pewna, że nie mogłabym być z nikim innym. Kocham mojego męża ponad życie. Nie znaczy to, że zapominam o sobie, nie. Mam swoje plany, marzenia, rozwijam się. Tak samo mąż.
Jego skarpetki za łóżkiem, bałagan w całym domu, niepochowane ubrania do szafy, jego 'wyrafinowany' gust kulinarny (wybrzydzanie ;)), moje palenie papierosów, moja impulsywność, mój zadziorny charakter - to wszystko jest i czasem nawet wkurza, czasem nawet doprowadza do kłótni, ale czy z tego powodu mam być zła, niezadowolona, obrażona...
Nie chcę nikogo oceniać, bo to nie o to chodzi. Są różne sytuacje, każdy człowiek jest inny, inne ma doświadczenia.
Ta moja przydługa i nudna historyjka ma pokazać, to że każdy z nas ma 'swoją historię' i każdy z nas może powiedzieć, że kiedyś było mu ciężko w życiu, że było inaczej niżby chciał. Smutne jest to, że większość wątków na forum jest pesymistycznych. Ludzie decydują się być razem, ale nie chcą się zmieniać, dopasowywać. Trzeba być egoistą, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu, trzeba dbać o swoje, ale nie stawiać siebie zawsze na 1. miejscu. Czasem pozorne poświęcenia są tak naprawdę nagrodą. Trzeba akceptować wady i zalety partnera, bo każdy je ma.
W tym momencie życia, jestem znowu zakochana. Czuję się tak jak 5 lat temu. Mam 'motylki w brzuchu', będąc w pracy tęsknię za moim facetem. Wieczorem kładąc się spać, przytulając się do męża zapominam o wszystkim co się działo w dzień, nie liczy się nic, tylko to, że jesteśmy razem. Może to brzmi jak banał, ale to jest niesamowite. Sama nie jestem w stanie uwierzyć w to, że jestem tak bardzo szczęśliwa.
Chciałabym żebyście Wy też dały sobie same szanse żeby poczuć to co ja. Nie szukajcie 'dziury w całym' i problemów tam gdzie ich nie ma. Nie komplikujcie swoich związków, nie utrudniajcie sobie życia zamartwiając się bzdurami. Nie wiele jest takich problemów, których nie można rozwiązać.