Witajcie...
bylam z nim ponad rok. zaczelo sie przypadkiem, rozwijalo powoli. Pragnelam byc blizej, mieszkac razem, albo chociaz miec plan na wspolne zamieszkanie, zycie....
on sie bal. Bal sie zrobic krok naprzod. Bal sie, bo ma traume z przeszlosci, trudny rozwod , ktory dal mu do wiwatu, ogromne straty itd.
Nie chcial nawet rozmawiac o tym. za wczesnie, tak mowil.
Raz rozmawialismy. Przyznal, ze sie nadal boi. Ze chce, ale ten strach. Ze znacze wiele, bardzo wiele.
Ciekawe, ze nigdy nie powiedzial mi, ze mnie kocha. Zawsze mowil, ze mowi to czynami.
Nie wytrzymalam. jego strachu nie wytrzymalam. Skoro wciaz sie boi, to moze to...nie to dla niego? Moze to jakies oszustwo? Moze my jak kumple jestesmy, ale nie jak zwiazek.
Nie chcialam tak. Przezywal to tez. Widac bylo.
Rozumial mnie, ja rozumiem jego. a razem nie jestesmy.
Zle mi z tym. Tesknie za nim. Tesknie za tym zwiazkiem....
:-( bylam zbyt malo cierpliwa?
Podobne tematy
2 2010-09-23 23:36:36 Ostatnio edytowany przez Median (2010-09-23 23:38:29)
Dlugo czekalas. Ja tez czekalam i sie nie doczekalam. Bo sie bal, bo nie wiedzial co zrobic, bo mu zalezalo, ale widocznie za slabo itd. I tez mi zle i tez tesknie.
Jesli nie byl gotow tzn, ze nie chcial. Tlumaczenie sie przeszloscia nie jest argumentem - albo sie czegos chce i dziala w tym kierunku, albo sie nie chce, a wtedy nalezaloby odpuscic, ale mezczyzni boja sie radykalnych cięć. Bardzo czesto na tym forum pojawia sie zdanie "zjesc ciastko i miec ciastko"...
Nie zaluj, nowa jakos zycia przed Toba. Na poczatku bedzie ciezko, ale wszystko sie z czasem wyprostuje.
Ps. czego on sie bal? zaprezentuj argumenty, ktore on Ci podal dobrze...?
czego sie bal? porazki. Przyszlosci. Tego, czy nie powtorzy sie to samo co przezyl w poprzednim (byla to naprawde trauma na pograniczu chyba juz jakiejs choroby psychicznej...bywa....mial pecha).
I ja to rozumiem. ale wlasnie dlatego mysle, ze albo wciaz przezywa emocje tamtego zwiazku, czyli nie jest gotowy na nowe zycie, albo uczucia do mnie nie sa az tak silne. Albo moze jedno i drugie. nie wiem.
On chcial wiecej czasu. Ja jakos przestalam nagle wierzyc w dalszy rozwoj, bo mialam wrazenie, ze stanelismy w miejscu, i ze juz nic dalej nie ruszy. Stracilam jakby nadzieje.
A mozna powiedziec, ze w tym jest caly ten ambaras....
Chcial wiecej czasu, ale na co? Mysle, ze pod jakims wzgledem bycie z Toba bylo mu na reke. Byc z Toba i czekac sie nie bal? Ale bal sie zrobic krok na przod bo to powazna decyzja... Jesli na kims zalezy to chce sie z nim byc, bez wzgledu na przeszlosc. Bo przeszlosc mozna pokonac. Jesli chodzilo o pieniadze i majatek - co za problem zrobic intercyze?
Moge sie mylic, ale moim zdaniem on po prostu nie czul do Ciebie na tyle silnych emocji, aby dac wam szanse.
Jesli nie czul sie wystarczajaco silny psychicznie, to powinien byl zrobic cos, jakas terapia, psycholog, cokolwiek. Takie rzeczy sa dla ludzi, i sluza wlasnie temu, by poprawiac funkcjonowanie takiej delikatnej sfery jak psychika.
pika sciagnij sobie "nie zalezy mu na tobie" - wpisz w google, znajdziesz pdf i blagam - przeczytaj!
7 2010-09-25 07:44:08 Ostatnio edytowany przez Olina (2010-10-05 13:39:06)
Dzieki, Przeczytalam.
Zgadza sie, wszystko co napisali jest ok. tylko ze chyba nie znam ani jednego przypadku, w ktorym zycie byloby tak proste jak tam opisywali.
Trudny czas przechodze i potrzebuje chyba dystansu do tego, takiego wewnetrznego. To trudne.
Tak sobie mysle, ze caly ten zwiazek rozwijal sie dobrze, od poczatku, nawet zaskoczyl mnie wtedy, ze tak szybko bylo poznawanie rodziny, to ja wtedy bylam zdziwiona, ze tak szybko, bo sama zwykle zwlekam z tym. Byly i inne sprawy, ktore swiadczyly o duzym zaufaniu, takim, ktorym darzy sie kogos juz naprawde bliskiego. Okolo 8 miesiecy tak bylo. Potem zaczelam wspominac o idei mieszkania, moze nie od razu, w przyszlosci, jakiejs niedalekiej. I to byla jedyna sprawa trudna. Jego odmowy i argument, ze wiecej czasu, w pewnym momencie spowodowaly, ze pomyslalam "to czym my jestesmy w takim razie, skoro nie dazymy juz do niczego wiecej.
A znajomi mowili mi do konca, ze on we mnie wpatrzony. I co z tego? :-(
*******
Jeszcze chcialam cos dodac. Mysle, ze teraz jestem w pewnym zawieszeniu uczuciowym....Bo wlasciwie gdy mu powiedzialam, ze taki zwiazek nie pasuje mi, gdy mowilam mu, ze chce wiecej niz spotykanie sie po pracy i spedzanie weekendow razem, ze chce zrobic ten krok, ze przeszkadza mi to, ze jestem z facetem, ktory wciaz sie boi, wlasciwie to wtedy nie uslyszalam od niego nic. Powiedzial tylko, ze jestem duzo wazniejsza dla niego niz mysle.
I tak teraz mysle, ze wlasciwie to chcialabym uslyszec od niego konkret. Chcialabym uslyszec, nawet to, ze nie czuje do mnie poweru, ze nie chce ze mna zyc, ze przyjazn mu pasuje. Ale tego tez nigdy nie uslyszalam.
Widujemy sie, kawa, piwo, pisze do mnie i pyta co slychac. Ida pozdrowienia od rodzicow.
Mam ochote porozmawiac o tym co sie stalo. Mam ochote do bolu skomentowac to wszystko. Chyba mam ochote zeby powiedzial mi, ze mnie nie kocha.
Myslicie, ze warto go przyprzec do muru?
Bo zauwazylam, ze wciaz mam watpliwosci, czy dobrze zrobilam, juz minely ponad 3 tygodnie. A ja mysle sobie, ze chcialabym na nowo zaczac, ze moze zle zrobilam....
Widzialam sie z nim kilka razy. zaprosil mnie na kolacje, drinka. Delikatnie chcialam wybadac, chwycilam go przy okazji za reke, odpowiedz byla bardzo pozytywna, chwycil mnie tez i scisnal. Potem delikatnie chcialam do niego pojechac, luzno mu zaproponowalam, dajac mu mozliwosc wyboru. Widzialam, jak zastanawial sie. Powoli jednak skrecil do mojego domu.
Rozmowa po drodze. Powiedzialam wesolo, luzno, ze troche jestem rozczarowana, ze nie jedziemy do niego. On na to, Ze czego oczekiwalam po takim wieczorze. Powiedzialam, ze tesknie za nim. Odpowiedzial, ze tez teskni za mna. Powiedzialam, ze mam do niego uczucia, ze one sie nie zmienily, tylko wciaz nie rozumialam co sie dzieje, dlaczego wciaz byl na pol gwizdka w tym zwiazku. Odpowiedzial, ze nie jest gotowy isc w zwiazek na calego, bo dopiero jak skoncza sie wszystkie sprawy finansowego ze starego, bedzie wtedy mial spokoj i moze zaczac zyc. Powiedzialam mu, ze to nie ma znaczenia, bo to sa finanse, ktore i tak pociagna sie jeszcze pare lat. Ze liczy sie to, co do mnie czuje. I czy cokolwiek czuje albo czul. Ze to dla mnie wazne wiedziec. Wtedy zaczal mowic, ze gdyby nie ta trauma, ktora mial, ten bagaz, ktory nosi w sobie, juz dawno by ze mna zamieszkal, dawno by ze mna byl na calego. Ale nie ma nic dzisiaj, ma ten bagaz i dlatego nie jest gotowy. I nie chce mnie wciagac w to bagno. Powiedzialam mu, ze nie rozumiem tego, bo przeciez nie chodzi o pieniadze, ktorych duzo stracil. Odpowiedzial, ze o to, ze nie jest gotowy na nic. Wtedy odpalilam, ze w takim razie po co ze mna zaczal rok temu, po co caly ten zwiazek, poznawanie rodziny, dzien w dzien spotykanie, skoro nic nie chcial i czy to bylo mile wypelnianie czasu. I wtedy sie wkurzyl, ze nie bedzie juz rozmawial, ze jest koniec miedzy nami i to jest w takim razie fakt, zapalil auto, chcial ruszyc, wylaczylam stacyjke. Powiedzialam mu, ze mozna rozmawiac, ze to dla mnie wazne, ze zasluguje na to, zeby wiedziec, ze to nie jest w porzadku zeby tak sie wkurzal i konczyl rozmowe. Wtedy mi powiedzial, ze w tym jestesmy inni i ze mam sobie szukac ksiecia na bialym koniu w takim razie. I ruszyl dalej, pod moj dom. Zapytalam go po co spotkal sie ze mna, po co to wyjscie wspolne, czy to bylo po to zeby mi przyjemnosc zrobic (wiem, wiem...bez sensu ten tekst). I znow sie wkurzyl tylko, odpowiedzial, ze juz nie bedziemy sie spotykac. Wyszedl, otworzyl mi drzwi i odprowadzil do drzwi domu. Dobranoc. Tyle sobie powiedzielismy.
Zaczynam myslec, ze on ma problem psychiczny. I chyba dlatego mi tak ciezko sie pozbierac od tego. Bo z jednej strony caly czas mialam sygnaly pozytywne, gdy bylismy ze soba, ze jest to super zwiazek. Jedyne co, to ciagle "jeszcze nie" na dalsze kroki. Jedynie to...i az. Z czasem to zaczelo uwierac. Emocjonalnie sygnaly, ktore dostawalam, uczuciowo, choc nie wyartykulowane, nie moglam ich odbierac inaczej niz pozytywnie. Ale dochodzilo do momentu deklaracji, i mur. Nawet dzisiaj nie potrafil mi powiedziec, ze to nie to dla niego. Mozecie myslec, ze jestem glupia, ale troche go znam, i widzialam, czulam, ze chce. Ale caly czas bylo i dzisiaj tez to bylo, tak jakby chcial, ale jakby specjalnie robil wbrew temu co czuje. Dlatego mam wrazenie, ze ma cos z glowa. Moze to efekt jego traumy (tam byla przemoc i szantaz i kicha totalna). To juz jego sprawa. A moze po prostu wydaje mi sie tak, bo trudniej jest uwierzyc, ze po prostu nie kocha mnie. ale jak w to wierzyc skoro w zachowaniu, czynach robil co innego?
Cokolwiek to jest, to czas mam na to zeby uporac sie ze swoimi emocjami i uczuciami. To trudne, bardzo trudne....
Nie pisz, proszę, posta pod postem, a jeżeli chcesz coś dopisać to użyj opcji "edytuj", o czym mówi pkt 10 naszego Regulaminu. (Moderatorka Olina)
pika,ja nie znam sytuacji,traumy itd.i moim zdaniem moze byc tak ze on rozumial ale nie robil w kontekscie zblizenia z Toba. mogl chciec i sie bac,z tymze strach mozna niwelowac na rozne sposoby np wizyta u psychologa,praca samemu ze soba. mysle ze wielu ludzi ma w swojej historii zapisane nieprzyjemne scenariusze,z tymze to nie powod by pozostawac biernym. w czym w ogole roznica by tkwila gdybyscie zamieszkali od tego co jest teraz? moge wspolczuc mu,rozumiec ,ale nie tlumaczylabym go.zaproponowalas wspolne mieszkanie,nie adopcje 10 dzieci i wprowadzenie tresury do domu.spotykac sie z Toba sie nie bal,ale gdy doszlo do tematu mieszkania zauwazyl ze ma problem..nie winilabym sie ,bo zaproponowalas cos,co dla wielu zwiazkow jest norma, a przede wszystkim co sama chcialas.on moze sie otrzasnie,moze nie,nie wiem ale radze Ci patrzec rowniez na siebie w tej sytuacji i Twoje samopoczucie
9 2010-09-26 10:54:54 Ostatnio edytowany przez pika (2010-09-26 16:05:17)
dziekuje.
tak, to jest to co staram sie zrobic ze soba, czyli dbac o siebie.
Po 1) masz racje , ze proponujac mieszkanie wspolne wyrazilam to co czuje, czego chce, albo do czego chce dazyc, i mam i mialam do tego prawo w zwiazku, ktory nie byl zwyklym dorywczym romansem.
Po 2) jego strach tez moge zrozumiec po czesci, ale on powinien rozumiec moje potrzeby i moje dazenia. I nikt nie dal mu prawa reagowac na moje pytania w tej kwestii w sposob, w jaki reagowal. JEst doroslym czlowiekiem, grubo po czterdziestce, i jesli wie, ze ma emocjonalne przezycia i nie jest gotowy na zwiazek, powinien uszanowac mnie. Moze na poczatku myslal, ze "juz moze", potem jednak nie, wiec wystarczy zwyczajnie o tym powiedziec, odpowiedziec, tym bardziej widzac moje rosnace zaangazowanie. A nie reagowac nerwami, stanowczym stwierdzeniem, ze mam przestac naciskac, bo nikt nie bedzie na niego naciskal. Ja nie moglam o tym wspomniec nawet zeby nie bylo afery.
Po 3) nie podoba mi sie sposob w jaki to sie wszystko odbylo. Jego obrazanie sie na moje pytania, jego stanowcza reakcja wczoraj, wszystko to mialo caly czas jedno przeslanie: "nie waz sie mowic o tym znow, bo skonczymy od razu, bo nikt nie bedzie mi mowil co i kiedy mam decydowac". Prawie tak zreszta uslyszalam jakis czas temu. W sumie uwazam, ze to emocjonalny szantaz. Bo widzac kogos, kto angazuje sie totalnie, kogos kto chce normalnego wspolnego zycia, i on wie co to jest normalne wspolne zycie, i on wie, ze to normalne, ze ja tego chce, to widzac mnie taka zaangazowana, powinien zwyczajnie i otwarcie powiedziec, ze na dzien dzisiejszy interesuje go luzny zwiazek, i ze niczego nie moze mi obiecac. I wtedy traktowac to jak luzny zwiazek, a nie wlaczac w to rodziny itd. To jest nienormalne i chore. Bo wlasciwie to doszlam do wniosku, ze ... tresowal mnie, zebym przestala wyrazac swoje potrzeby, zebym nie odwazyla sie mowic, czego pragne. Ze to on bedzie decydowal. Moge sobie tylko dopowiedziec co mogloby byc w przyszlosci.
Wszystko razem, naturalnie, jest dla mnie trudne bardzo. Bo zawalilo mi sie to w co wierzylam, jego uczucia, nasz zwiazek. Zakochalam sie w nim i musze sie odkochac. Dobrze, ze ta rozmowa wczoraj byla, bo zobaczylam innego czlowieka od tego ktorego do tej pory widzialam. Bo usprawiedliwialam go, wlasnie rozumiejac ten strach, jego przeszlosc. Bo szanowalam to. Ale i on powinien szanowac moja terazniejszosc i przyszlosc.
Dodatkowo oczywiscie, przechodze teraz trudny czas, bo trzeba na nowo poukladac sobie zycie, nauczyc sie, ze jestem sama co wieczor, ze w kazdy weekend spie sama, ze dom jest....pusty...mimo, ze i tak nie mieszkal tu, ale przeciez w naszym zwiazku duzo czasu razem spedzalismy. Teraz jak wchodze do sypialni, to jest niewyobrazalna pustka, bo wiem ze go nie ma i nie bedzie. to tez trudne. Rano wstaje, i musze na sile zaplanowac dzien, zeby nie siedziec w domu samej. Tak, wiem, znajomi, jakies wyjscia, kawy...tylko to kurcze, nie zastepuje tego co bylo bedac z nim w zwiazku. to zupelnia inne zycie. W samotnosci. Ale coz...nic nie zrobie.
To co mi pomaga, to starac sie zrozumiec co to bylo, Wasze opinie pomagaja...
10 2010-09-26 16:34:17 Ostatnio edytowany przez coffini (2010-09-26 16:58:47)
sama zauwazasz,ze jednak cos Cie niepokoilo-proby tresury,arogancki styl rozmowy no i nieszanowanie Twoich potrzeb.zreszta czy mieszkanie wspolne to az tak wielkie wyzwanie dla przecietnego faceta?sama bylam kiedys w podobnej sytuacji,bo z jednej strony czulam ta chemie z drugiej jednak w momentach prob ruszenia tego do przodu wyczuwalam opor.bynajmniej w jego przypadku nie wchodzila w gre trauma tylko dowiadywalam sie cytuje: nie bo ty cos tam.czesto uzywal ty,jakby to gigantycznym problemem bylo odpowiedziec ze nie.skonczylam wiec ta zabawe,na poczatku bylo ciezko ale z czasem przyszedl dystans i odpowiedzenie sobie na pytanie:czy facet bojacy sie zobowiazania to rzeczywiscie wielka strata?niekoniecznie.mam nadzieje ze i Ty pewnego pieknego dnia sie obudzisz z ta mysla,teraz wydaje mi sie ze wszystko jest u Ciebie swieze..
aha a okres bycia samej proponuje wykorzystac dla siebie.moze jest cos co chcialas robic ale nie mialas czasu?moze masz jakies zakurzone hobby,zainteresowania?to wcale nie musi byc tak smutny czas jak sie wydaje:)
Tak, wiem...2 lata temu tez rozstalam sie i wtedy tez bardzo bolalo i wlasnie poprzez sport, zajecia dodatkowe, stanelam na nogi.
Tylko to tak zupelnie inaczej sie zyje we dwojke, inna perspektywa.
Tak to prawda, chyba byly tendencje do tresowania...bo jak tak sobie przypomne jego uwagi czasem...np gdy nie podobaly mi sie w sklepie rzeczy, ktore jemu sie podobaly, kwitowal to tym, ze on lubi inny styl, elegancki, a ja inny. Niby nic, a jednak to nie brzmialo naturalnie, ze ja lubie co innego a on co innego, ale zawsze byl ten odcien w jego wypowiedzi, ze to co on lubi albo robi jest lepsze. Rozumiesz, on eleganckie, a ja inne. Czego swoja droga do glowy nie bralam, i dalej szukalam "swoich" rzeczy, bo lubie eleganckie ale jednoczesnie ciekawe, a nie sukienka niczym u cioci na imieninach.
Tak samo bywaly uwagi do tego, ze ja nie zwracam uwagi na pieniadze. W sumie jak pomysle, duzo tego bylo. A wlasnie przeciez jeszcze nie mieszkalismy nawet razem. Widzialam, bedac z nim, ze jest czlowiekiem, ktory uwaza, ze wszystko wie najlepiej, ale z drugiej strony nie przeszkadzalo mi to, bo ja mam dosc mocne zdanie na niektore tematy, i tez swoje wiem. Tyle, ze ja nie uwazam, ze ktos inny wie "zle" a ja "dobrze". Po prostu jest inaczej, a nie zle albo dobrze.
Cholera, chyba rzeczywiscie zapedy treserskie ma... Stad moze to jego potraktowanie mnie na koniec...
pika,co u Ciebie slychac?
Dzieki Coffini, dobrze w sumie, nie liczac tego, ze jestem sama. Ale przeciez sa gorsze problemy na swiecie niz to. Staram sie wiec myslec, ze to nowy czas dla mnie, czas na cos nowego :-)
Po tamtej sytuacji otrzasnelam sie jakos. Nie wiem co sie stalo, ale... nie ciagnie mnie do niego. Czar prysl. Moge z nim rozmawiac, jesli jest okazja, ale nie daze do spotkan. Siedze sama w domu i nie tesknie za nim.
Chyba zaczelam go widziec innymi oczyma. Nawet podczas tego tygodnia, w rozmowach, przy okazji spotkan wsrod znajomych, zobaczylam w nim czlowieka ciagle spietego, moze nawet bojazliwego. a moze teraz jest tak, bo moze troche sie bal lub boi jak to ze mna bedzie, czy normalnie sie zachowam. Juz chyba wie, ze nie robie problemow. Chcial sie spotkac, chcial wyjsc razem, ale powiedzialam mu spokojnie, ze..nie chce, ze teraz nie chce.
Bo nie chce naprawde. I niczego na zlosc jemu nie robie. Nie chce. tak zwyczajnie. I nie chce z nim byc.
Nie wiem czy to przezywa czy nie. To czlowiek bardzo skryty. Fakt, ze szukal kontaktu i pod byle pretekstem kontaktowal sie ze mna. Widze jednak, jak bardzo ciezki jest. Jest super na powierzchowne - nazwijmy to tak - kontakty, fajny kompan na imprezie, dobry do posmiania sie czy tez omowienia jakis spraw zawodowych. Ale ja juz nawet w tym widze spiecie. Kto go nie zna blizej, a nikt nie zna jak ja, uwaza, ze to swietny facet i wszyscy sie dziwia, ze ja nie chce z nim byc.
A ja nie chce i zyje swoim zyciem.
Hej pika, przeczytałam Twoje posty i czuje sie podobnie, jak Ty kilka dni temu i taka droga przede mna jak przed Tobą .Czasem mi się udaje osiągnąć stan, w którym widzę go innymi oczami i już mi nie zależy, ale to wraca i wraca i wraca, raz po raz, to mnie bardzo męczy i dołuje. Dziś miałam chwilę słabości i napisałąm do niego. Chyba jestem uzależniona od smsowania z nim. Od tej głupiej koperty na telefonie! dziś zaczęłam dopatrywać się w tym po prostu uzależnienia. Wszystkie objawy są. Broniłam sie, by nie napisać, napięcie rosło, w końcu nie wytrzymałam (ost udało mi się tydz wytzrymać, aż on sam napisał - wiem, że to bez sesnu takie coś, no ale tak), napisałam i napięcie opadło do rozsądnego poziomu. Potem było czekanie na odpowiedź i byłam jakby na haju ;(, a potem minęło trochę czasu - dobre dwie godz., dostałąm odpowiedź, która pozostawiła wiele do życzenia, uczucie haju ustąpiło miejsca rozczarowaniu i zawodowi, złemu samopoczuciu, jak przy trzeźwieniu... I wszystko wiem - że mu nie zależy, że nie ma się co łudzić, że trzeba się zająć sobą, być tu i tam, robić to i tamto. Ale uczuć się nie oszuka. I tylko czas leczy rany. Nie wiem, czy ja mam na to siłe ![]()
15 2010-10-03 22:34:53 Ostatnio edytowany przez pika (2010-10-03 22:39:57)
Witaj NotAGirl...
Masz sile, masz! Trzeba pamietac, ze to jest okres przejsciowy... Boli i przejdzie, bo nie masz zamiaru spedzac calego swojego zycia na tych bolesciach przeciez.
Wiem jak to jest gdy czlowiek szarpie sie z myslami, czy wyslac sms czy nie, albo jak sie czeka, ze moze on sie odezwie, bo przez ostatni rok albo dwa albo dluzej odzywal sie. To przyzwyczajenie najtrudniejsze jest chyba.
Dla mnie zawsze wazne jest zrozumienie mnie samej, co sie dzialo ze mna i dlaczego, chociaz nie wszystko da sie wytlumaczyc wprost, ale zawsze duzo rozmyslam i szukam odpowiedzi. Zawsze jest tak, ze po pierwsze, nie da sie nic na sile. Po drugie, czy na pewno ten facet, za ktorym placzesz, byl taki fantastyczny (dla Ciebie, wedlug Twoich oczekiwan, bo to jak ze wszystkim innym, jednemu pasuje biale, drugiemu czarne). Czy wiec byl az taki super? Jesli odpowiadasz sobie, ze tak, ze to bylo TO, ze to byl Twoj ksiaze, to odpowiedz na pytanie, dlaczego placzesz i plakalas przez niego? Dlaczego klociliscie sie? Moze jednak nie byl dla Ciebie az taki super, ale tak jest, ze my wkrecamy sie w te zwiazki, bo chcemy zeby to juz bylo TO, i potem duzo czasu nam zajmuje wyjscie z tego. Tez jest tak, ze po jakims czasie, jak juz Tobie przejdzie, juz bedziesz miala nastepnego, albo i nie, ale juz bedziesz sobie zyla swoim zyciem, spoktasz go i ....nie bedziesz w ogole juz zalowala. Stwierdzasz, ze kurcze, w zasadzie to nie jest atrakcyjny wcale. Czasem nawet zadajemy sobie pytanie "jak ja z nim moglam byc?".
nie mowie, ze zawsze tak jest, ale chyba w wiekszosci przypadkow, bo to, ze nie uklada sie cos, ze wali sie jakis zwiazek, swiadczy tylko o tym, ze nie pasujemy do siebie, ze nie jest ok. Wiec ....nic na sile...bo bez sensu. Koniec jednego, to poczatek nastepnego.... Pamietaj o tym. To koniec zwiazku tego, ale poczatek czasu, w ktorym moze masz sie przygotowac na cos nowego. Moze to teraz bedzie TO wlasnie? :-)))
Zanim obiektywnie na to spojrzalam, tez czekalam na sms, tez pisalam, cieszylam sie i mialam jakas nadzieje nawet, jak on sam napisal (wlasnie wtedy zaczelam ten watek). I wiesz, ciesze sie, ze potem nastapilo to niemile spotkanie, bo otworzylo mi oczy. Zwyczajnie - wedlug moich standardow, to nie jest facet dla mnie. Bo wedlug moich standardow, facet ma byc za mna, chciec ze mna zyc, i mam czuc sie z nim dobrze, a on ze mna (ogolnie mowiac, bo mozna bardziej szczegolowo o tym mowiac). No o motylach w brzuchu nie wspominam, bo to oczywistosc :-)
Wiec naprawde, byly powody, dla ktorych rozstaliscie sie, teraz zreorganizuj swoje zycie, bo wiadomo, ze 3/4 czasu on zabieral Ci. Pora wypelnic ten czas czyms dla Ciebie, a nie wzdychaniem za jakims niesympatycznym lub niemilym lub bojazliwym lub z problemami lub z czymkolwiek jeszcze innym typem! :-) Mamy byc z kims z kim jest fajnie, dobrze, super, milo, kto nas rozumie, wspiera, a my jego, z kim czas spedza sie super, a nie z kims z kim wiecznie cos jest nie tak.
Pozdrawiam!
pika,bardzo podoba mi sie Twoja postawa! jest extra dojrzala,stonowana,cool:) i ciesze sie,ze radzisz sobie,trzymam kciuki za Ciebie!
Not,zgadzam sie z pika,masz w sobie sile,jak kazda babka tylko kwestia uswiadomienia jej sobie i zobaczysz,ze swiat nie jest taki przerazajacy a Ty jestes dzielna
Skoro ma w sobie tyle strachu to widocznie nie pogodził sie jeszcze z utrata poprzedniego związku. Nie powinien budować nowego skoro tamtego nie skończył. Bo strach , ból, i wszystkie zle emocje powinien puscic w niepamieć z tamtym nieudanym.
Inaczej nigdy i z nikim nie zbuduje juz szczęsliwego nowego związku.
Pika, masz rację pisząc, że facet ma być z Tobą, nie obok, chcieć być z Tobą, chcieć budować przyszłość, masz czuć się przy nim dobrze i bezpiecznie, nie myśleć co będzie jutro, ani nawet za tydzień. Masz rację pisząc, że ludzie w dobrym zdrowym związku powinni się wspierać, rozumieć, szanować, tęsknić, oddać się bez stawiania granic, tu nie ma miejsca na niedomówienia, tu nic nie jest tymczasem. I choć czasem jest okrutnie trudno przed samym sobą przyznać, że ostatni rok, dwa, czasem pół życia to była pomyłka, że postawiliśmy na niewłaściwego konia, że to wszystko wyszło nie tak jak wyjść powinno- to jest to jedyna droga do nowego, lepszego, do szczęścia. Bo każdy człowiek na to szczęście zasługuje i każdy ma do niego prawo, ale szczęście jest pełne, nie połowiczne i na pewno nie od czasu do czasu.
Jeśli Twój mężczyzna wciąż czegoś się boi, od czegoś ucieka, twierdzi, że to jeszcze nie ten czas to widocznie tak jest i widocznie nie jest mu wciąż dane wejść w nowy związek oparty na silnych fundamentach. Każdy poprzedni musi się zakończyć wewnętrznym spokojem, ciszą, dojściem do zupełnej równowagi, bez tego nie ma mowy o budowaniu właściwej relacji z nowym partnerem. Pytanie tylko czy Ty zechcesz jeszcze na niego dłużej czekać??? Choć zdaje się na to akurat pytanie Ty już sobie odpowiedziałaś.
Dziekuje za Wasze posty. Naprawde milo, ze mozna porozmawiac tu.
Olino, przepraszam za tamte posty pod postami....zapomnialam...Obiecuje poprawe :-)
Coffini, czy jestem stonowana i cool, to nie wiem, czasem jest mi tez niemilo, ciezko. Ale wydaje mi sie, ze to raczej z faktu, ze jestem sama. Wszystko jest super gdy jestem zajeta, ale gdy przychodzi wieczor i gdy siedze sama, marze znow o tym, zeby....nie siedziec samej :-) I nie chodzi o ta fizycznosc, ale o swiadomosc, ze jest ta druga polowka. Jakos tak inaczej czlowiek sie czuje. Pewniej, radosniej.
Wiec mam swoje slabosci, to nie jest tak, ze jestem cool :-)))
Ale moze masz i racje, bo nie utozsamiam tej slabosci z nim bezposrednio. rozdzielam dwie sprawy: moj czasem smutek, ze jestem sama, od faktu, ze nie jestem z nim. Patrze na to z osobna.
Olino, tak jak piszesz, to nie jego czas. Widzocznie musi odnalezc swoj prawdziwy spokoj wewnetrzny. W sumie nalezy mu sie wlasciwie plus za to, ze postepuje zgodnie ze soba, z tym co w nim siedzi. Jesli ma tam jeszcze wewnatrz swoje strachy i obawy, jakis niepokoj, to rzeczywiscie, musi to poukladac sam ze soba. Chyba nawet to chcial mi powiedziec, ze dopiero jak wszystkie sprawy sie skoncza, bedzie mial swoj spokoj. Zycze mu, zeby go odnalazl, bo wiem, ze sa ludzie, ktorzy nigdy nie odnajduja i szamoca sie do konca zycia.
Ja z kolei rozumiem to wszystko i dlatego nie oceniam go, nie rzucam na niego epitetow, po prostu nie osadzam go. Taki ma czas w zyciu. Ale ja mam inny. Moze to moje wewnetrzne parcie na bycie razem jest zbyt silne dla tego zwiazku. ale takie jest, ja tego nie potrafie zmienic, bo ja ...tak mam/mialam z nim. Wiec spotkalo sie dwoje ludzi, ktorzy wewnetrznie sa w dwoch roznych etapach, i moze stad caly ten ambaras. Ale tak mam ja, tak ma on. Nic na sile.
Nie zamykam sie na przyszlosc. Nie mowie, ze ja z nim nigdy, nie mowie, ze ja z nim kiedys. Nic nie mowie. Bo co ja moge powiedziec o przyszlosci?
Wiem tylko jedno, ze rozumialam jego rozterki, ale nie potrafilam czekac. Meczylo mnie to. Naprawde, to wywolywalo jakies cisnienie, nieprzyjemne. Dlatego poczulam, ze nie moge juz tak dluzej.
Oczywiscie, byl ten nieprzyjemny wieczor, ale to sa sprawy niewazne, zlosc na niego mi juz przeszla o to, w sumie, to byla nasza jedyna awantura :-) Kazdy byl zdenerwowany, choc kazde z nas inaczej reagowalo. To niewazne. Wazne jest to, zeby szanowac decyzje. On rozumie mnie. Ja rozumiem jego. I tyle.
Gdy pisalam, ze patrzylam na niego inaczej wczesniej, to mialam na mysli to, ze gdy zaczelismy byc ze soba, wydawal mi sie facetem, ktory wie czego chce, ktory wlasnie chce zwiazku. To bylo tez to, czego ja chcialam przeciez, czyli faceta, ktory chce (plus naturalnie wszystko inne, czyli milosc itd...). I mysle, ze zrobilam projekcje tych swoich marzen na rzeczywistosc, czyli na niego. I bylam z nim, nie zauwazajac, ze moze on jeszcze nie jest gotowy. Mysle, ze chcial bardzo, dlatego zaczal ze mna byc, ale ...widocznie z czasem wyszlo inaczej. Ja tego nie widzialam. Stad ten stres. Bo wlasnie to wkrecenie sie nastapilo, o ktorym pisalam wyzej do NotAGirl, wkrecilam w glowe swoje oczekiwania, a nie patrzylam na rzeczywistosc. No i zaczelo rosnac napiecie, bo cos nie pasowalo w tym wszystkim: moja zaslonka na oczach kontra rzeczywistosc. Ale wszyscy tak mamy, gdy sie zakochamy, gdy czegos bardzo chcemy, to normalne. Tylko wlasnie dlatego potem wazne jest spojrzec na to trzezwo, zeby zrozumiec.
Tak mi sie wydaje....
Pika,ja miałam na myśli Twoją postawę i już wyjaśniam dlaczego:). Po prostu nie uznaję szufladkowania ludzi do kategorii-cool nie cool,śmiały-nieśmiały itd,bo wg mnie reakcje bywają tak zaskakujące,że taka kategoryzacja bierze w łeb a i człowiek może się dziwnie czuć ,gdy wszyscy wokół uważają go za np ekstra zorganizowanego a mu się właśnie zdarzyło coś zgubić:)
Ach, no popatrz, a ja myslalam, ze mnie chwalisz, ze jestem coooool i szybko sie pozbieralam i nic mnie nie rusza :-) :-) :-)
;-)
Pozdrawiam!
hahaha,no właśnie tego się skrycie obawiałam pisząc moją filozoficzną refleksję;D Cool reagujesz,o!:))
:-) No i trzeba sie i posmiac w zyciu a nie wszystko serio brac :-) :-)
Poza tym, wciaz powtarzam sobie, ze ludzie maja wieksze problemy. na tym forum mozna nawet poczytac...
wal jak Ci bedzie rowniez zle,w koncu to Twoj watek i Twoje emocje:)
Dzieki :-) Bede pisac. Ale teraz coz...nie bede powtarzac oczywistego, ze powinnam byla dzis umowic sie z kims na jakas kawe, etc. Trzeba sie poprawic na przyszlosc :-)
Pozdrawiam!
Dzieki dziewczyny za odp.
No tak... dokładnie. Jeśli ktoś jest na innym etapie to należy to po prostu uszanować i zaakceptować, rzeka życia sama popłynie do przodu... U mnie też tak jest, że on jest na innym (to widać gołym okiem, brak dążen do zacieśniania relacji), a ja na innym - ja bym chciała;). No ale cóż. Ze mną też jest tera ztak, że skoro on to wszystko niejako "przytrzymał" swoją obojętnością ostatnimi czasy, to ja sie na to zdaję. Nie naciskam go już, choć nadal cieszę się, jak napisze, staram się jakos inaczej traktować tą relację, po prostu czerpać sobie z niej, co się da - ale nie robie sobie nadziei. Ogólnie to ja bym chciałą czegoś powazniejszego, ale w sumie to nie wiem, czy jestem na coś takiego gotowa. Jkaiś czas temu przeszłam wiele w nieszczęśliwym związku i jak sobie pomyślę o jakimś stały mzwiązku, to w sumie, na razie mogę się jeszcze wstrzymać. Przyjdzie czas i odpowiednia osoba - będzie. Na tego mojego delikwenta raczej sie chyba nie doczekam, bo nie wierzę, żeby ktoś nie chcąc nagle zaczął chcieć i mieć ochotę na coś poważniejszego. Nie wierzę, że można się zmienić tak diametralnie heh;). Wy w to w ogóle wierzycie, że tak mogłoby się stać?;) że ktoś czegoś nie chciał, bał się, a potem, po czasie nagle sie decyduje i jest zmiana o 180 stopni?;)
Witaj!
Wiesz, ja we wszystko wierze.
Bo zycie naprawde pisze rozne scenariusze. Naprawde trudno jest powiedziec, co sie wydarzy.
Jesli pytasz, czy ktos moze zmienic zdanie, to tak, znam przypadki ...dwa...W jednym oni wrocili do siebie po latach i po innych zwiazkach...po prostu on "dorosl" do decyzji (pozno ale zawsze :-)) Naprawde roznie bywa.
To nie znaczy, ze nalezy teraz zyc jedynie nadzieja, ze oni sie zmienia i czekac. Bo nie o to chodzi. (chyba ze czekanie nie przeszkadza komus, to nie ma sprawy, kazdy musi robic i zyc tak, by dobrze sie z tym czul).
Mysle, ze wazne jest spojrzec na siebie. Na to, jak sie czujemy, czulysmy w tym zwiazku, co dobrego w nim bylo, co zlego, czego sie nauczylysmy o sobie, o zwiazku. A moze tez w jakim stopniu bylysmy teraz inne niz w tych poprzednich zwiazkach, czy zrobilysmy jakis postep, czy bylysmy dojrzalsze. To jest wiedza, doswiadczenie, ktore wzbogaca nas na przyszlosc. I to jest wazne. Chodzi o to, by nie skupiac sie na tym partnerze i nie rozwazac wylacznie tego, czy i dlaczego on sie zmieni czy nie zmieni. Jesli sie zmieni, to fajnie, moze znow sie spotkasz z nim i bedzie pasowalo. A jak nie, no to w koncu jego sprawa jak bedzie zyl.
Mamy nowy czas w zyciu, NotAGirl! :-) To moze byc ciekawe! :-) Z tymi doswiadczeniami wkraczamy w kolejne etapy. Ciekawe jak bedzie dalej, jakie beda nasze nastepne zwiazki, jakie MY w nich bedziemy :-)))
Glowa do gory!!! Nie zamykajmy sie na przyszlosc, cokolwiek ona przyniesie! Zupelnie nowe zwiazki, czy tez nowe "stare" zwiazki.
:-)
Jesteś kochana pika i mądrze prawisz :*
29 2010-10-08 20:25:42 Ostatnio edytowany przez pika (2010-10-08 20:39:44)
czy ja wiem czy madrze? mimo wszystko raz jest lepiej, raz gorzej.
Pierwsze zlosci opadly, zastanawiam sie czasem nad soba w tym wszystkim, czy moglam jakos inaczej, dlaczego tak czulam, dlaczego takie napiecie mi roslo. Czy nie moglam czekac i rozkoszowac sie dalej tym co bylo?
Z drugiej strony moze niedostatecznie czulam sie kochana...A moze on taki wlasnie jest, przeciez wiem, ze nie jest wylewny.
Tak patrze na nas w przeszlosci, patrze i teraz, gdy rozmawiamy czasem "o pogodzie"... I jednak nie rozumiem tego wszystkiego. Powinien zachowywac sie inaczej, powinien unikac mnie, a ja jego, albo byc z wielkim dystansem, a ja do niego. A tak nie jest. Wlasciwie czasem czuje sie tak jak wtedy zupelnie na poczatku. Interesuje sie tym co u mnie z roznymi moimi sprawami, albo proponuje pomoc czy tez podwiezienie, sam z siebie, przeciez o nic nie prosze. Tyle, ze robi to rzadziej, niz kiedys. Mowi, ze odezwie sie w weekend. Sam do mnie podchodzi.
Dziwne. Albo taki szarmancki, albo nie wiem co.
Dziwne tez jest to jak ja to przezywam. zupelnie inaczej niz kiedys rozpadajace sie zwiazki. Wtedy byla histeria, placze tygodniami, wrecz fizyczny bol i rozstrzesienie. TEraz jest mi przykro, tesknie za nim, ale nie tak fizycznie, raczej...metafizycznie, psychicznie, nie wiem jak to okreslic. Inaczej. Tesknie za nim spokojnie. Smiesznie to brzmi, nie? Tesknic spokojnie. NIe miesci mi sie w glowie, ze nie wyszlo to nam. Jakos tak...czulam sie jak jednosc. Kurcze, a moze wlasnie pierwszy raz bylam zakochana naprawde? Ale kiedys tez tak mowilam przeciez. Jednak bylo inaczej...Albo zestarzalam sie :-)
I ile jeszcze pytan bede sobie zadawac? ile odpowiedzi znajde?
Hmm, no to rzeczywiście zastanawiające to jego zachowanie... Możliwe, że na to go stać teraz, bo "groźba' większego zaangażowania zniknęła i znów możliwy jest etap zdobywania, na którym on może chce się zatrzymać. Miłe to... ale czy Ty, czy my (bo ja też zauważam coś podobnego czasem) tego chcemy...:)
Fajne określenie "tęsknić spokojnie". Myślę, że takie tęsknienie spokojne pojawia sie wtedy, gdy człowiek potrafi z dystansem spojrzeć na sytuacje i z dystansem podchodzić do spraw. To zbawienny dystans potrafi, nawet w najsmutniejszej i najbardziej przykrej sytuacji, przelać do naszej duszy trochę spokoju, niezbędnego, kojącego spokoju...:) Wiesz, mi tez się właśnie nie mieści w głowie, że wyszło, jak wyszło - a może jeszcze nie wiadomo, co wyjdzie? (jak widzisz, wciąż jest nadzieja, ona umiera ostatnia ;P). Ależ my się mamy z tymi facetami. Czasem naprawdę widzę w nich całkiem odmienny gatunek. Choć często staram się postawić w roli takiego faceta,,,hmmm. W sumie ja też jestem taka niedostępna dziewczyną dla wielu chłopaków, którzy chcieli ze mną być, a ja nie. No ale w sumie, z drugiej strony, nigdy, ale to nigdy nie bawiłam się niczymi uczuciami, jak myślę. Choć fakt - byłam z chłopakiem i nie kochałąm go, ale bałam się sama przed sobą do tego przyznać. I być może on też mnie wtedy tak postrzegał, jako dziewczynę, która boi się zaangażowania i nie chce... nie wiem już ;/. W sumie odrębny wątek - nievermind.
Jakos tak...czulam sie jak jednosc.
:
http://blondkarolajna.wrzuta.pl/audio/3 … hazel_eyes
"Seems like just yesterday, you were a part of me
I used to stand so tall, I used to be so strong
Your arms around me tight, everything it felt so right
Unbreakable, like nothing could go wrong
Now I can't breathe, no I can't sleep
I?m barely hanging on
Here I am, once again
I?m torn into pieces, can't deny it, can't pretend
Just thought you were the one" ... czyż nie tak właśnie?
można przeżyć katharsis dzięki niej...
To może spróbuj z nim pogadać po raz ostatni powiedz jak bardzo za nim tęsknisz, może to coś da?
32 2010-10-27 20:36:49 Ostatnio edytowany przez pika (2010-10-27 20:39:40)
mam dola.
pisalam wczesniej, ze nie ma dystansu. Jest. Zaczal sie powoli. Gdy widzimy sie, z jednej strony czuc, ze sie znamy dobrze, ale z drugiej strony jest jakos ...sztywno...Tematy sa zawodowe, ogolne, pogoda...ale jest inaczej...No musi byc inaczej, wiem...nie jestesmy razem...
Zaczelam zalowac calej tej decyzji...zaczelam sobie wyrzucac, ze niepotrzebnie parlam na wiecej. Z drugiej strony ile mialam czekac? Skoro widzialam, ze nastepuje takie zatrzymanie..ze doszlismy do jakiegos momentu i dalej nic.
Mam dola, bo nie jestem silna. Mam dola, bo widze, ze nie jest mi obojetny. Mam dola, bo widze, ze ja jestem mu obojetna. Znaczy, w sensie, ze np nie stara sie spotkac...Czasem moze tak, ale wtedy te spotkania takie z dystansem. A ja sie ciesze na kazde.... Nie narzucam sie z niczym. Ale marze o tym zeby spotykac sie ...Cholera, czemu to tak trudne jest!!!
mam wrazenie, ze on sie pozbieral, ze daje rade. Glupie to...moze chcialabym uslyszec, ze mu zle, pewnie w swojej glupiej wyobrazni chcialabym uslyszec wiecej, ze mu zle, ze zaluje i ze chce...powrotu...Zupelnie jakbym miala 15 lat!