Z P. jestem prawie 2 lata. Po roku bycia razem postanowiliśmy ze sobą zamieszkać. W życiu jak to w życiu- raz z górki, raz pod górkę. Dziś, z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że mieliśmy częściej pod górkę. Nie chcę się rozpisywać na temat długiego i wyczerpującego kryzysu, po którym teraz się podnosimy. Przyznaję bez bicia- w większości ja nabroiłam. On oczywiście też nie jest aniołkiem, ale ja w jego sytuacji zachowałabym się chyba dokładnie tak samo. Ale przejdę do rzeczy.
Jednym z głównych powodów ostatnich kłótni były treningi. P. jest piłkarzem i trenuje codziennie po 2 godziny. Do tego dochodzą również weekendowe mecze, które pochłaniają mu na ogół pół dnia. Nie ukrywam, że piłka była, jest i będzie jego pasją, a tym samym sposobem na zarobek.
Dwa miesiące temu rozmawialiśmy na temat związany z weselem, na które mieliśmy niebawem iść. Dodam, że byliśmy zaproszeni do mojej rodziny, z którą nie utrzymywałam kontaktów od czasu Komuni Panny Młodej. Więc bądź co bądź nie było to aż tak istotne. Jak się później okazało, impreza wypadała dokładnie w ten sam czas, co mecz P. Był on najważniejszym meczem w sezonie, drużyna liczyła na P. chyba najbardziej. P. próbował pójść na kompromis i zaproponował, że lekko spóźni się na wesele (tj. nie pójdzie na ślub, tylko przyjedzie od razu na salę). Tłumaczył, że i tak nikt nie zauważy jego nieobecności, bo to daleka rodzina, z którą na dodatek nie utrzymywałam kontaktów. Sprawa po jakimś czasie ucichła, P. miał nie iść na mecz. Dzień przed weselem jednak zadzwoniła do mnie jego mama i powiedziała, że Przemek chciałby iść na ten mecz, że to dla niego bardzo ważne. Wściekłam się, bo byłam przekonana, że P. namówił mamę, by ta mnie przekonała. Zadzwoniłam do niego i zapytałam co jest grane, czemu chce skomplikować sprawę w ostatniej chwili. Wytłumaczył się, że o nic ją nie prosił, tylko odpowiedział jej gdy pytała, że mu przykro, że nie będzie mógł zagrać. Dodał, że porozmawiamy w domu na spokojnie, że nie chce się kłócić.
Ja jednak byłam przekonana o swojej racji i sprzeciwiłam się temu. Znam P. i wiem, że po takim meczu nie ma nawet siły zaparzyć sobie herbaty, a co dopiero przetańczyć całą noc. Później znowu rozmawialiśmy, zgodziłam się na to, że pójdę bez niego na ślub, a on do mnie dołączy na początku wesela. W ostatniej chwili zrobiłam głupotę i przekonałam go, żeby jednak ze mną szedł, że jak to będzie wyglądało, itd. Z ciężkim sercem i zawodem zrezygnował z meczu.
Poszliśmy na ślub i wesele razem, ale od początku nie zapowiadało się dobrze. Odstawiłam kino, jakiego będę chyba żałować do końca życia. P. dostał SMS, że drużyna przegrała 4:0. Zmartwił się, ale zachował kamienną twarz. Ja ubzdurałam sobie, że to przeze mnie i z tego wszystkiego się pokłóciliśmy. Powiedziałam mu, że piłka zawsze była ważniejsza ode mnie, że nie wiem jak on mógł w ogóle pozwolić, żebym sama szła na ślub (w sumie nie sama, bo była tam teżmoja rodzina). Tłumaczył, że przecież zrezygnował z meczu, a to chyba coś znaczy. Dodał, że jak zaczynałam z nim być, to wiedziałam o jego pasji. On chciał iść na kompromis, a ja uniosłam się "dumą". Nakrzyczałam na niego, rozpłakałam się, a w ostateczności opiłam. O 22.00 oznajmiłam, że jedziemy do domu. P. nie chiał, ale ja się uparłam. Zostawiłam prezent siostrze i ulotniłam się niezauważona. W domu kłóciliśmy się strasznie. Na drugi dzień atmosfera też nie była za ciekawa. Ślub był 21 sierpnia. Od tego moment dopiero dziś jest naprawdę dobrze.
Wiem, że popełniłam błąd. Powinnam iść na kompromis, pozwolić mu się spóźnić, a nie robić taki cyrk. W sobotę też mamy wesele i też P. powinien grać mecz. Poszłam do Przemka i powiedziałam, że pójdę na ślub z jego rodziną, a on do mnie dołączy. On nie zaczynał nawet tematu, bo nie chciał mnie drażnić. Ale wiem, że odetchnął z ulgą. Chcę tego kompromisu, bo wiem, że to dla niego bardzo ważne. A ślub, no cóż- wytrzymam 40 minut bez niego. Zrozumiałam swój poprzedni błąd w ostatnim momencie i NAPRAWDĘ nie mam nic przeciwko temu.
Zaniepokioła mnie jednak pewna rzecz. Poszłam wczoraj do przyjaciółki, która długo nalegała na spotkanie. W końcu zebrałam się. Pytała o co chodzi, co się dzieje. Mówiła, że mnie nie poznaje, że jestem przygaszona (a jaka mam być po tylu miesiącach kłótni?). Opowiedziałam jej dokładmnie sytuację z wesela, myślałam, że mnie zruga, przyzna mi rację, że zrobiłam źle... a ona najechała na P.! "Jak mogłaś na to pozwolić, ja nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, że idę sama na ślub! U mnie to by nie przeszło! Widać jaka jesteś dla niego ważna, skoro ciebie zostawia a sam idzie sobie piłkę pokopać!". Zszokowało mnie to. Przecież on się tylko spóźni, on przyjdzie na wesele! Tyle pracowałam na to, żeby zrozumieć, że to jego pasja, za którą mu w dodatku płacą. A ona zburzła mi konstrukcję całkowicie. Ironizowała, że na swój ślub też pewnie nie przyjdzie, bo będzie miał mecz!
I teraz pytanie do Was- czy ona ma rację? Czy powinno być tak, że mężczyzna bezapelacyjnie musi rezygnować z czegoś naprawdę ważnego dla niego po to, by kobieta czuła się ważniejsza?
Proszę o obiektywną odpowiedź, bo już za długo się z tym męcze.
Podobne tematy
Zgadzam się - nawaliłaś po całej linii.
Nie powinno być tak, ze on musi rezygnować ze swojej pasji (i zarobku, jak napisałaś) tylko dlatego, ze Ty musisz mieć go zawsze przy sobie. Moja siostra też ma męża piłkarza (nie zawodowego, grał w miejscowym klubie bardziej dla poruszania się) i wiedziała na co się decyduje. Chociaż cholernie była wściekła, gdy zamiast jechać na spotkanie z rodziną on musiał iść na boisko, ale trudno. Takiego sobie go wzięła i takiego go akceptuje.
Nie można partnera ograniczać i zabraniać mu jego pasji.
moim zdaniem ABSOLUTNIE(!!!!!) nie ma racji . pierwszy ślub: ON zrezygnował dla Ciebie wiec coś to znaczy prawda??? a wcale nie musiał rezygnować w końcu piłka nożna to jego pasja, a na drugie wesele lekko się spóźni wiec ja nie widzę w tym żadnego problemu.Z resztą sama nie będziesz bo jego rodzina będzie przy tobie.
Mój brat jest piłkarzem i w dodatku pracuje, ma 2 dzieci i żonę oczywiście. Piłka to całe jego życie. I na własnym slubie grał mecz i na ślubie naszej siostry tak samo. Na jego ślubie zrobiliśmy tak, ze wesele było w restauracji przy stadionie i w sumie prezesi klubu wpadli na pomysł, żeby połączyć. Oczywiście najpierw był ślub, życzenia i obiad. Goście byli zadowoleni i obejrzeli mecz. Były oczywiście kwiaty, zdjęcia i odśpiewane "sto lat" dla pary młodej. Brat po meczu wykąpał się, ubral w garnitur i tańczył do białego rana. Mieliśmy potem pamiątkę, bo wszystkie lokalne gazety pisały o meczu i ślubie. Na weselu mojej siostry chciał nie grać, ale to był zbyt wazny mecz i za zgodą mojej siostry grał. Był świadkiem, więc kolega go chwilowo na sali zastąpił (mecz był po ślubie i obiedzie). potem dotarł i bawił się do rana.
Moja bratowa czasem ma pretensje, że siedzi w domu z dziećmi a mojego brata nie ma w domu, bo albo praca albo trening albo mecz. Ale z drugiej strony wie, ze z tego są pieniądze a poza tym to pasja mojego brata. U mnie cała rodzinka regularnie chodzi na jego mecze a mój tata to nie odpuści ani jednego meczu. Po prostu pogodziliśmy się z tym, że wiele rzeczy trzeba było organizować pod mojego brata i rozumiemy, że piłka to jego życie.
A wracając do Twojego problemu to rzeczywiście przegięłaś na tym weselu, bo to nie zbrodnia, ze na samym ślubie by nie był. A przyjaciółka nie ma racji, bo to jest nie tylko pasja Twojego chłopaka, ale i zarobek. Postaraj się zrozumieć, ze w Waszym życiu znajdą się sytuacje, gdy trzeba będzie wybrac między meczem a inną ważną sprawą. Postarajcie się dogadać, wybierz się czasem na jego mecz i pokaż mu, ze go wspierasz a on napewno będzie wdzięczny i nieraz pójdzie z Tobą na kompromis.
Odpowiem obiektywnie jako facet
Ta Twoja przyjaciółka gada straszne głupoty. Życzę jej faceta, który będzie jej codziennie udowadniał jak bardzo ją kocha. A jak któregoś dnia zapomni to ona mu urządzi taką scenę że popamięta kto jest najważniejszy w jego życiu
Wybacz, ale my faceci na takie dziewczyny mówimy zołza albo jędza. Niektórzy czasem gorzej
Co do wesela umowa, że on dojedzie na wesele po meczu był ok. Wilk syty i owca cała. Jego matka się wtrąciła niepotrzebnie, jak to mamy mają w zwyczaju. Szkoda, że nie porozmawialiście spokojnie tylko doszło do kłótni. I szkoda, że w ostatniej chwili niejako przymusiłaś go do zmiany tak ważnych dla niego planów. Ale najważniejsze, że zrozumiałaś że nie zachowałaś się do końca fair.
Otóż jesteś z nim już prawie 2 lata. Widzisz codziennie jaka ta pasja jest dla niego ważna. Znając go już troszkę powinnaś orientować się mniej więcej czy to był po prostu mecz, czy naprawdę ważny mecz. Kobieta akceptując pasję faceta powinna postarać się ją zrozumieć. Wiem to niełatwe, gdy kobieta np nie lubi piłki nożnej
Podam Tobie przykład. Kiedyś dużo grałem w koszykówkę. Chodziłem na mecze swojej półamatorskiej drużynki dwa razy w tygodniu. Moja ówczesna partnerka nie robiła z tego powodu problemów, często chodziła nawet pokibicować. I kiedyś naprawdę ważny (bo o awans do wyższej ligi) mecz wypadł akurat w dzień jakiegoś ślubu. Powiedziałem wprost, że gdyby to było wesele jakiejś naprawdę bliskiej nam osoby, to bym był na całym. Jednak skoro to ślub kuzynki widywanej raz na 3 lata (w porywach), to nic się nie stanie jak przyjadę 2 godziny później. I tak zabawa weselna trwa przeważnie do rana. Nie zgodziła się i zrobiła awanturę. Efekt był taki, że poszedłem z nią. Jednak kiedy na weselu padł z jej ust tekst w stylu "ciekawe jak tam twoi koledzy sobie poradzili, pewnie dostali po tyłku" odpowiedziałem coś i po prostu sobie pojechałem do hotelu, w którym mieli spać goście. Z perspektywy czasu jestem pewien, że ona wymusiła na mnie zmianę planów i rezygnację z tego meczu by zaspokoić swoją próżność. Nie chodziło o żadne "to nie wypada" czy "co powie rodzina". Po prostu chciała pokazać, że ona jest na pierwszym miejscu i ma być tak jak ona chce. Później jeszcze było tak kilka razy w różnych sytuacjach i z tego między innymi powodu się rozstaliśmy.
Widzisz najważniejsze w Twojej historii jest to, żebyś wiedziała czy ten mecz był naprawdę tym ważnym meczem, czy tylko meczem jaki jest co tydzień. Jeśli to było coś naprawdę ważnego, to można iść na kompromis. W innej sytuacji przecież możesz wymagać by to on poszedł na kompromis i zrezygnował dla czegoś, co dla Ciebie będzie naprawdę ważne. A chyba ten ślub nie był. Przyjaciółki nie słuchaj, bo ona z takim podejściem to albo sobie znajdzie pantoflarza bez własnego zdania, albo każdy normalny facet zostawi ją po kilku takich scenach ![]()
Pozdrawiam i głowa do góry. Nie postąpiłaś jakoś tragicznie, bo w końcu chciałaś mu ustąpić. Może gdyby nie ta jego mama i jej wtrącanie się. Przynajmniej teraz wiesz, że trzeba iść na kompromis i będziesz tego kompromisu szukać. Tylko uważaj, by facet nie zaczął tego nadmiernie wykorzystywać ![]()
Ja uwazam ze przyjaciolka absolutnie nie ma racji!!!
Wkoncu poprzednim razemz zrezygnowal z meczu i poszedl z toba tak?? wiec rzeczywiscie uległ ci mimo,że mecz był napewno dla niego ważniejszy. Pozatym świat facetów jest inny,...i my kobiety musimy sie z tym w pewnym stopniu pogodzić. Mój mąż też ma pasje i wiem jak to jest. Ale niestety bycie kobieta, żoną polega by i faceta czasami zrozumiec, wiedzialas o tymn zema mecz, ze mowi ci prawde, itd itd nie powinnas naciskac az tak bardzo. A tym bardziej ze to byla dalsza rodzina, ja zastanowilabym siem czy wogole na ten slub pojsc!!
Jezeli go kochasz i on rownie mocno cie kocha musicie obydwoje isc na kompromisy bo inaczej nic z tego zwiazku dobrego nie bedzie. A faceci w gruncie rzeczy nie lubią kłótni, szczegolnie ze swoimi kobietami. Ja nie namawiam cie zeys ustepowala na kazdym kroku, tylko w naprawde wyjatkowych sytuacjach. A przyjaciółka ... hmmm... no cóż powiedziała to co ona mysli naprawde, chcialas uslyszec od niej calkiem inna wersje a ona powiedziala ci tylko to co ona by zrobila. Ale nie zawsze przyjaciolki maja racje i dobrze radą. Pozdrawiam i trzymam kciuki
P.S zrob swojemu facetowi jakas extra kolacyjke, zaplanuj jakis wieczor tylko we dwoje i pokaz mu ze zalezy c na waszym zwiazku i ze szanujesz rowniez jego pasje jaka jest piłka.
Przyjaciółka nie ma racji... To czy on zrezygnuje z meczu czy na niego pójdzie nie jest wyznacznikiem Twojej wartości w klasyfikacji jego priorytetów. Zwróć uwagę, że on starał się znaleźć kompromis i udało mu się to. Niestety uległ Twoim naciskom i zrezygnował z meczu. I co z tego wyszło dobrego? Nic. Ty miałaś poczucie, że go do tego zmusiłaś, on czuł się ograniczony i przyparty do muru. Żadne z Was się z tym dobrze nie czuło.
Nie wolno walczyć z pasją partnera! Powinnaś go wspierać i cieszyć się z jego sukcesów. Czy to, że dla Ciebie będzie rezygnował z tego, co dla niego ważne da Ci poczucie, że Ty jesteś najważniejsza? Może i chwilowo tak, ale w dalszej perspektywie stanie się to przyczyną nieporozumień. Przestaniesz być dla niego najważniejsza, staniesz się za to przeszkodą, problemem.
P&P - nie warto tak się zachowywać. Mój były walczył z moimi pasjami. Dla wielu rzeczy dla niego zrezygnowałam, w końcu miałam dość podcinania skrzydeł. Dojrzały związek polega na tym, że dwoje ludzi pozwala sobie wzajemnie poznać swoje światy, a nie na tym, że stają się dla siebie wzajemnie jedynym światem. On ma swoje życie, Ty miej swoje, miejcie też swój wspólny świat, do którego się wraca ze swoich odrębnych żyć. Jeśli będziesz jego przyjaciółką, jeśli będziesz go wspierać - będziesz dla niego najważniejsza. I nie będzie miało znaczenia, czy wybierze mecz czy ślub kuzyna. Ja jestem przeciwniczką teorii, że związek to poświęcenie. Wg mnie ludzie po to się wiążą ze sobą, żeby obojgu było lepiej i łatwiej - nie po to, żeby z czegos rezygnować, tylko po to, żeby mieć więcej.
8 2010-09-15 13:06:19 Ostatnio edytowany przez P&P (2010-09-15 13:12:13)
Wiedziałam, że mogę na Was liczyć. Po wczorajszej rozmowie z nią, w której przekonywała mnie, że "skoro on tak robi, to ja nie widzę dla Was przyszłości" nie liczyłam na jakieś rewelacje. Dziękuję ![]()
Ja również uważam,że koleżanka nie ma racji.
Musisz uszanować pasję swojego chłopaka,bo to część jego życia.Wiedziałaś o jego zainteresowaniach wcześniej i musicie nauczyć się kompromisów.Jeśli tak nie będzie to oboje będziecie cierpieć jeszcze nie raz...
Jak na moje to układ taki,że pójdziesz na ślub bez niego ,a on dołączy w trakcie wesela jest ok.Przecież to nic strasznego bycie w kościele na ślubie bez niego.Nawet jak ktoś zauważy,że jesteś sama to myślę,że się domyśli,że P jest na meczu,a jeśli nie to niech się przyzwyczają i to zaakceptują,bo o jego pasja,praca i tak będzie nie raz.:)
Powiedz mu,że przemyślałaś to i postarasz się więcej tak nie "szaleć" i będzie ok.
Każdy ma prawo błędów.Ważne,że to zrozumiałaś.
Powiem Ci, że ja byłabym nawet dumna, gdyby mój chłopak miał taką pasję, której poświęcałby wiele czasu i uwagi. Wszystko oczywiście z umiarem. Czasem jednak warto pójść na kompromis... Jestem pewna, że żałujesz tamtej swojej decyzji- wiesz już przecież ile nerwów was obydwoje to kosztowało. Życzę powodzenia ![]()
11 2010-09-15 19:53:34 Ostatnio edytowany przez dobrawa (2010-09-15 19:55:27)
Z perspektywy czasu jestem pewien, że ona wymusiła na mnie zmianę planów i rezygnację z tego meczu by zaspokoić swoją próżność. Nie chodziło o żadne "to nie wypada" czy "co powie rodzina". Po prostu chciała pokazać, że ona jest na pierwszym miejscu i ma być tak jak ona chce.
Rafix bardzo trafna ocena sytuacji. Wstyd się przyznać, ale ja też się tak zachowuje jak twoja była i jeśli się nie opamiętam to może się skończyć rozstaniem tak jak u Ciebie. Często wydaje mi się, że moje wymagania czy pretensje są na miejscu, ale tak na spokojnie analizując pewne sprawy to zero w tym jakiejkolwiek słuszności. Swoimi fochami, czy wyrzutami manipuluje swoim mężczyzną po to by właśnie zaspokoić swoją próżność i na siłę udowodnić sobie, że jestem ważniejsza, a prawda jest taka, że to co samo nie wyjdzie z niego tylko wymuszę to ja- to nic nie znaczy. Tylko jak pamiętać o tym w danej sytuacji, jak nie dać się ponieść emocjom?
P&P Twoja przyjaciółka nie ma racji i choć sama pewnie zachowałabym się tak jak Ty to po czasie zrozumiałabym że to było nie fair, a już na pewno nie świadczyło by o tym, że szczęście mojego faceta jest dla mnie ważne. Ciesz się z tej lekcji życia, bo pomimo tylu dni męki nic tak nas nie kształtuje jak nasze własne błędy.
To może być ta próżność, o której powiedział Rafix i też wystawianie na próbę "ile on może znieść, skoro mówi, że kocha". Ale ja wychodzę z założenia, że z tego się wyrasta. Jak już stoisz nad przepaścią i wiesz dobrze, że musisz to zmienić, to zaczynasz nad tym pracować. Nie powiem, że jest lekko, ale każdy musi w końcu iść po rozum do głowy.
Dobrawa, czytałam Twój wątek, na który nie zdążyłam odpowiedzieć. A chciałam, bo wyczułam pewne podobieństwo w naszych zachowaniach i sposobie myślenia. To jest tak, że jak z kimś jesteś, dzielisz wszystko przez dwa. Wsiąkasz w jakiś sposób w jego życie (nie myl tego z uzależnieniem od drugiej osoby) i wszystko przeżywasz razem z nim. To jest (chyba) normalne. Jeszcze do tego tak do końca nie doszłam. A co do tych wyznań miłości, tęsknoty i komplementów. Ja też się kiedyś zbuntowałam, chociaż wstydziłam się powiedzieć to głośno. Zauważyłam jednak coś innego. Przychodzę z problemem, to nie ma "nie mam czasu", albo "wymyślasz niepotrzebnie". Słyszę: "poradzimy sobie, zobaczysz". Nie jestem co 5 minut zapewniana, jaka to jestem piękna i kochana. Jak jest mi zimno, ma mnie kto okryć kurtką. Kiedy mam chandrę, dostaję swoją ulubioną czekoladę, albo chrupki
Zapewniam Cię, że to jest fajniejsze!
P&P problem w tym, że JA JESTEM UZALEŻNIONA od swojego faceta. Niestety tak jest, zabrnęłam w to bardzo daleko. Weszłam w jego życie z butami i mam wrażenie że go niszczę, duszę, osaczam, choć nie okazuje tego w jakiś straszny sposób czyli np przez zazdrość czy jakieś nakazy, zakazy, po prostu nim manipuluje, wciąż mając pretensje, wymagając, krytykując. To straszne
Zawsze jednak po czasie wiem, że źle robię, co w całej tej sytuacji jest plusem że w ogóle zdaje sobie z tego sprawę.
On też gra w piłkę, to jego pasja, poza tym ma dużo innych obowiązków i zainteresowań, a ja w tym wszystkim czuje się gdzieś na końcu. Czuje że żebram o jego uczucia, jego uwagę. To jednak moja wina, bo jak się wchodzi z butami w czyjeś życie nie pozostawiając mu przestrzeni a samej się nie jest za krzty tajemniczą to tak się to kończy. Czym ja go intryguje? NICZYM... bo przecież nie tym, ze mogłabym siedzieć przy nim non stop i trzymać go za rękę. To chore. On ucieka, bo brak mu oddechu, ale ja nie robię tego celowo, to się dzieje wbrew mnie, bo ogólnie chodzę mu na ustępstwa, dostosowuje się do niego i NIGDY nie zabroniłam mu iść grać., czy czegokolwiek innego. Brakuje mi jednak szaleństwa w tej miłości, spontaniczności. Muszę się pozbierać jakoś, bo trafiłam w jakąś ślepą uliczkę i muszę się troszkę cofnąć by odnaleźć właściwą drogę...
14 2010-09-15 21:26:54 Ostatnio edytowany przez P&P (2010-09-15 21:29:13)
Gdybym miała tutaj napisać jakieś pół roku temu, napisałabym słowo w słowo to, co Ty. Nie jesteś odosobnionym przypadkiem. Ja Cię rozumiem, też wydawało mi się, że na tle takiego "światowego" człowieka wypadam co najmniej szaro, że jestem tylko dodatkiem do niego. A okazało się, że to nie był problem z nadmierną miłością, albo uzależnieniem, ale zbyt niską samooceną. Ty uciekałabyś tak samo jak on, mimo tego, co Was łączy. To da się zmienić, ale musisz się w porę obudzić. Odczepiłam się od jego, zaczęłam żyć swoim życiem, które trochę zaniedbałam i widzę różnicę. On sam do mnie przychodzi, jest czuły i mówi, że tęsknił. Wcześniej tego nie robił, bo nie dałam mu tej szansy.
Poszperaj sobie na forum, ja tutaj znalazłam dużo odpowiedzi i dziwiłam się, że nie tylko ja i Ty mamy takie dylematy. Mi to naprawdę pomogło. I wcale nie musisz się cofać, tylko zmienić tok myślenia i uwierzyć, że to Ci pomoże. Głowa do góry!
Jak będziesz chciała pogadać, pisz na e-mail.
P&P, spytam z ciekawości, ta przyjaciółka jest w stałym związku? I jeśli tak to wiesz jak on wygląda od wewnątrz?
16 2010-09-16 10:41:38 Ostatnio edytowany przez P&P (2010-10-05 15:05:01)
Tak, są ze sobą trzy lata. O ich związku wiem duzo, bo nie raz wypłakiwała się na moim ramieniu.
Nie będę zakładać kolejnego wątku, bo to, co chcę napisać, poniekąd łączy się z tym poprzednim.
Właściwie to nie wiem, w czym problem. I czy on w ogóle istnieje, czy to tylko moje przewrażliwienie.
Kryzys był, kryzys się schował i tak jakby go nie ma. Na weselu nie było całkiem OK, ale to nie ma nic wspólnego z jego meczem (na który poszedł i całe szczęście, bo przyczynił się do zwycięstwa). I tyle o tym.
Przyjaciółka zdania nie zmieniła, cały czas utrzymuje, że pasja jest jakoś tam ważna, ale nie kiedy kobieta schodzi na drugi plan.
Takie jej zdanie, ja tego nie mam zamiaru zmieniać. Widzę jego zaangażowanie i nie staję temu na drodze. Jak to wcześniej mówiliście: "Widziały gały co brały".
Tylko.
Przemek mówi, że za dużo myślę. Że przekręcam, że dodaje swoje, że źle interpretuje jego słowa. I stwierdził, że po co ma gadać, skoro ja i tak wiem swoje. A ja po prostu chcę, żeby zaczął mówić. On boi się rozmów na delikatne tematy, a wręcz ich unika. Bo wie, jak one się kończą i do niczego dobrego nie prowadzą. I bez bicia przyznaję, że to była moja wina, bo rozdmuchiwałam sprawy z przeszłości. Fochałam się o wszystko, np. niedzielne wyjście na boisko z chłopakami (bo tylko w niedzielę wszyscy mają czas). To jest kwestia 2-3 godzin. A ja NIE, bo Przemek w niedzielę nie ma meczu i ma siedzieć z Pauliną. I chłopina nigdzie nie szedł. Potem "dobre" się skończyło, wyprowadziłam go z równowagi, usłyszałam, że cały czas go kontroluje, nie może czuć się swobodnie, bo wie, jaka będzie moja reakcja. I że on tak nie chce, że nie ma siły. Auć.
Pomyślałam, doszłam do wniosku, że ma rację. Od 9 m-cy mieszkaliśmy ze sobą, a że mieszkamy w miejscu oddalonym od "cywilizacji", ja nie miałam co robić, dlatego jedyną moją rozrywką był P. Nie wychodził nigdzie, chyba, że coś załatwić, bo nie chciał mnie zostawiać samej w domu. ( mimo, że tłumaczyłam mu, że lubię być sama). Nie miał tyle swobody, żeby płacąc rachunki na poczcie móc później jechać spontanicznie do wujka, czy kolegi. Nie mieliśmy wspólnych rozrywek, chyba, że maratony wściekłości na koniec dnia.
Teraz jest inaczej. Po treningu, czy meczu ma czas wyjść na piwo. Oboje mamy więcej luzu, swobody, mamy czas i dla siebie i na rozrywki. Nie kłócimy się, wychodzimy do ludzi. Ale jak napisałam wcześniej, mi nadal czegoś brakuje. Jeśli ktoś mnie zapyta, czy czuję się kochana, to odpowiem, że nie wiem. Mam wrażenie, że "jak jesteś, to jest OK, ale jakby cię nie było, to nie będę płakał". Nie czuję się wyjątkowa, nie czuję, że chce być ze mną, choćby nie wiem co. Zapytałam kiedyś: "A co by było, gdybyśmy ze sobą nie byli?" "Musiałbym sobie poradzić. Już raz straciłem kogoś najbliższego (mamę)". A ja może chciałabym usłyszeć coś banalnego, w stylu " Nie mów tak, nie ma takiej opcji". Teraz, jakby wszystko było mu jedno. Może to brzmi normalnie, ale ja wyczułam w tym coś niepokojącego. W kłótniach, to ja zawsze chciałam odchodzić, on to cierpliwie znosił, chociaż zdarzało mu się wybuchnąć. Nigdy nie próbował zerwać, czy doprowadzić do rozstania. Wyznaje mi miłość, przytula się. Ale mimo wszystko nie czuję się najważniesza, jakaś wyjątkowa, że zrobiłby dla mnie wszystko, że będzie ze mną na dobre i na złe. Że nie zostawi i nie zdradzi.. Nie jest mi z tym dobrze, nie wiem, w jakim stopniu to słuszne obawy, w jakim moja wyobraźnia. Chcę i to w końcu zrozumieć. Może z perspektywy osób trzecich wygląda to całkiem inaczej?
P&P odniosę sie do ostatniego posta. Przez te zgrzyty czujesz się niepewnie. Na początku człowiek się nie może od drugiego oderwać, wszystko jest nowe i super. Po paru latach się mniej euforycznie reaguje na 2 osobę co nie znaczy że się mniej kocha i trzeba non- stop sprawdzać co jest ważniejsze ( Ty czy mecz, lub wyjście z kolegami).
Proponuję wspólne wyjście albo zaplanowanie romantycznego wieczoru - oczywiście wcześniej uzgodnij termin ( z naciskiem czy Wam obojgu on pasuje).
A kobieca wyobraznia jest straszna
Nie myśl tylko patrz na jego czyny i zachowanie.
W ogóle ona nie ma racji...Niepotrzebnie kazała mu rezygnować z meczu... Chciałabym tylko przypomnieć, że to nie tylko jego pasja, ale również praca. Zatem musisz spojrzeć na to z innej perspektywy, może z niej sprawa wyda się prostsza. Bo to nie jest tylko tak, że on ma swoje widzimisię i zabawę, z której nie chce zrezygnować, ale on na tym również zarabia, a więc to nie jest takie hop-siup, nie pójdę na mecz z kolesiami z podwórka, tylko nie pójdę do pracy. Może jak będziesz myśleć: P. poszedł do pracy, powinien był tam pójść, to nie będziesz czuła się mniej ważna:)
W książce Michaela Mary ,,12 zagrożeń dla związku i jak ich uniknąć" autor pisze, że rozmawiając w grupie kobiet i mężczyzn co jest dla nich ważne w związku i w miłości obydwie grupy wyznaczają sobie zupełnie odmienne priorytety. Kobieta chce przede wszystkim czuć, że może na partnerze polegać, chce, aby on okazywał jej uznanie oraz, żeby ją wciąż dostrzegał. Mężczyzna z kolei potrzebuje swobody, poczucia, że jest panem samego siebie oraz bezwzględnie musi mieć dla siebie przestrzeń i swobodny oddech. I tu jest niestety pies pogrzebany, bo jakoś tak nie bardzo to wszystko idzie w parze.
P&P, mężczyźni panicznie boją się ograniczenia swobody i czegoś co nazywamy osaczeniem przez kobietę. Kiedy wciąż muszą rezygnować z tego co jest dla nich istotne, wciąż też muszą wybierać, szukać kompromisów, a mimo to i tak mają poczucie, że coś jest nie tak- to zaczyna się w nich rodzić frustracja oraz dochodzą do wniosku (choć często nawet nie do końca uświadomionego), że kobieta jest przeszkodą do osiągnięcia przez nich samozadowolenia. A wtedy to już jest naprawdę bardzo ciężki orzech do zgryzienia, abyśmy mogły usłyszeć te wszystkie słowa, na które niewątpliwie czekamy. Dlatego też kiedy i Ty wciąż oczekujesz uwagi, nieustannego potwierdzania uczuć, dawania Ci poczucia jak bardzo ważna jesteś w jego życiu, możesz doprowadzić do sytuacji, że zanim on cokolwiek zdąży powiedzieć Ty już wcześniej o to zapytasz i w końcu i tak ciągle będziesz nieusatysfakcjonowana. I tu dodam jeszcze jedną bardzo ważną prawdę- mężczyzna będzie Ci mówił to czego potrzebujesz, ale...najpierw pozwól mu za sobą zatęsknić.
W książce Michaela Mary ,,12 zagrożeń dla związku i jak ich uniknąć" autor pisze, że rozmawiając w grupie kobiet i mężczyzn co jest dla nich ważne w związku i w miłości obydwie grupy wyznaczają sobie zupełnie odmienne priorytety. Kobieta chce przede wszystkim czuć, że może na partnerze polegać, chce, aby on okazywał jej uznanie oraz, żeby ją wciąż dostrzegał. Mężczyzna z kolei potrzebuje swobody, poczucia, że jest panem samego siebie oraz bezwzględnie musi mieć dla siebie przestrzeń i swobodny oddech. I tu jest niestety pies pogrzebany, bo jakoś tak nie bardzo to wszystko idzie w parze.
P&P, mężczyźni panicznie boją się ograniczenia swobody i czegoś co nazywamy osaczeniem przez kobietę. Kiedy wciąż muszą rezygnować z tego co jest dla nich istotne, wciąż też muszą wybierać, szukać kompromisów, a mimo to i tak mają poczucie, że coś jest nie tak- to zaczyna się w nich rodzić frustracja oraz dochodzą do wniosku (choć często nawet nie do końca uświadomionego), że kobieta jest przeszkodą do osiągnięcia przez nich samozadowolenia. A wtedy to już jest naprawdę bardzo ciężki orzech do zgryzienia, abyśmy mogły usłyszeć te wszystkie słowa, na które niewątpliwie czekamy. Dlatego też kiedy i Ty wciąż oczekujesz uwagi, nieustannego potwierdzania uczuć, dawania Ci poczucia jak bardzo ważna jesteś w jego życiu, możesz doprowadzić do sytuacji, że zanim on cokolwiek zdąży powiedzieć Ty już wcześniej o to zapytasz i w końcu i tak ciągle będziesz nieusatysfakcjonowana. I tu dodam jeszcze jedną bardzo ważną prawdę- mężczyzna będzie Ci mówił to czego potrzebujesz, ale...najpierw pozwól mu za sobą zatęsknić.
Olino, dzieki ci za ten post
Obojetnie czy pasuje do mojej sytuacji, czy nie do konca, da mi do myslenia.