chyba jestem naiwna. zastanawiam się nad sensem mojego związku. PROSZĘ DORADŹCIE MI
otóż jestem z nim 7 lat. jest cudowny dba o mnie rozumnie moje potrzeby, niczego nie potrafi mi odówic kocha mnie bezgranicznie, toleruje moje himery, .jest cudowny czasem mam wrazenie ze mam najwspanialszwego faceta u boku ale... co pewien czas coś sie takiego dzieje w naszym zyciu (za sprawa jego poczynań) ze mi rece opadają i swiat wali mi się na głowe.
np. kilka lat temu za sprawą dziwnych interesów i podejrzanych znajomych męża straciliśmy trochę naszego dorobku i przez pewien czas baliśmy się o nasze zycie; kolejne kilka lat a mój mąż wdaje się w romans i rozbija małzeństwo swojego kolegi;później poważny wypadek samochodowy o mało nie zginął oczywiście ze swojej winy ;ostatnio tzn.przed wczoraj zakomunikował mi ze jest mu bardzo przykro ale okazał się ze nie może sobie poradzić ze swoimi długami, i zebym pomogła mu spłacic zadłuzenie bo grozi nam komornik. "ale kchanie nie martw się damy sobie radę i ja wszystko odrobię" no kurde ile można tego wszystkiego znieść. zawsze stoje przy nim ale już mi sił brakuje, zastanawiam się czy nie odejśc. juz kilkakrotnie próbowalam ale on wtedy błaga mnie o kolejną/ ostatnią szansę i obiecuje ze już w nic mnie nie wpakuje.ale ja aż sięboję co on mi jeszcze zaserwuje. mam już dość życia z pod znaku filmu sensacyjnego. no do cholery on chyba nigdy nie zmądrzeje.
co mam robić? jestem taka skołowana.