Yvette napisał/a:Jestem pewna, że przynajmniej część z Was spotkała się już z mechanikami, którzy żerując na naszej nieznajomości mechaniki samochodowej próbowali zrobić Was w konia.
Obecnie od 2 tygodni serwisuję samochód u znajomego - myślałam, że może wspólnie spędzone godziny uchronią mnie przed oszustwem. Od tamtego czasu naprawy wyniosły już 1550 zł, a samochód po planowaniu głowicy/wymianie sondy lambda/regulowaniu zaworów ku nie mniejszemu niż moje zdziwieniu nie chciał dalej jeździć. Zaczęło się ponad tygodniowe dziubanie w aucie, wymiany części pożyczonych od innych mechaników "na próbę", umawianie się ze mną już 3 razy na odbiór auta, które "na pewno będzie gotowe", żeby okazało się, że część, która "rozsypywała się w rękach" jest nagle "zupełnie OK".
Straciłam cierpliwość i dziś przez swojego przyjaciela skontaktowałam się z jego zaprzyjaźnionym mechanikiem, który ma zobaczyć moje auto i pogadać sobie z pracownikami warsztatu. Ale powiem Wam, że nie wiem już, czy nawet osobom poleconym mogę zaufać...?
Może Wy też miałyście podobne przeboje u mechanika? A może macie swój sposób na obronę przed naciągaczami?
Niestety miałam tę nieprzyjemność. Co prawda na mechanice się nie znam, ale jak mi ktoś wytłumaczy pewne rzeczy, to potem wiem więcej. Zawsze było mi bliżej do mechaniki, niż kosmetyki
.
Mój chłopak za to zna się bardzo dobrze na mechanice, ale jako że mieszkamy od siebie bardzo daleko, nie zawsze może mi pomóc.
W lipcu kończyła się ważność przeglądu, a miałam do wymiany uszczelki pod głowicą oraz pasek rozrządu, które kupiłam zanim wybrałam się do jakiegokolwiek mechanika. Poza tym Mateusz nie byłby w stanie mi pomóc, gdyż do tego potrzebny jest klucz dynamometryczny, a ja takiego nie mam.
W końcu trzeba było zajechać do warsztatu, bo auto nie chciało odpalać. Pojechałam z mamą.
Porozmawiałam z kierownikiem- starszy pan, który wyglądał, jak gnom. Wytłumaczyłam, że interesuje mnie tylko wymiana tych uszczelek, paska rozrządu i nic więcej. Auto miało być gotowe następnego dnia.
Na drugi dzień dostałyśmy telefon od tego gnoma, który powiedział, że znalazł masę innych problemów i auto musi jeszcze zostać. Nam się już zapaliła czerwona lampka, ale pan zapewnił, że zmieścimy się w umówionych 300-350 zł, bo to nie było nic poważnego.
Po czym, gdy zaszłyśmy do mechanika, ze zdziwienia oczy nam wyszły z orbit, gdyż ten śmierdzący gnom zaśpiewał sobie 850 zł. To co niby zrobił wypisał na kartce, faktury nam nie wystawił (dlaczego?) i nie chciał wystawić.
Mama nie dysponowała taką kwotą, więc dała mu 5 stów ( o te 5 stów za dużo).
Według karteczki oprócz tego, co miało być wykonane, wyregulował sprzęgło, zrobił komputerowe badanie silnika, wymienił świece.
Miał pecha, że od razu na przegląd jechałyśmy. Na przeglądzie okazało się, że nic z tego co wypisał, nie zostało wykonane. Auto ledwo przegląd przeszło. Mało tego po wyjeździe z warsztatu zaczęła świecić kontrolka poziomu emisji i układu elektronicznego silnika (badanie komputerowe niby zostało wykonane). Ta kontrolka dalej mi świeci, ale czekam, aż chłopak przyjedzie.
Nie popuściłyśmy tego. Nigdy nie sądziłam, że potrafię komuś obcemu tak wygarnąć. Moja mama zwykle jest pyskata, ja zawsze siedziałam cicho. A w tej sytuacji było odwrotnie.
Ale to nauczka, że jak przychodzą dwie kobiety do mechanika, to zawsze on wynajdzie więcej problemów z autem.
A sprzęgło nie zostało wyregulowane, ponieważ dwa tygodnie temu, gdy jechałam autem, linka mi pękła. Na szczęście blisko jakiegoś warsztatu. Teraz sprzęgło działa, jak w nowiutkim samochodzie. Ciekawa jestem, co jeszcze wyniknie po tej "naprawie".