Chce mi sie wyc, plakac, szalec, miotac ... W myslach "zabijam" go kilka razy z rozpaczy i bolu...
Mam ochote wygarnac mu wszystko w twarz , nie ogladajac sie na to czy jestem kulturalna czy nie, czy go upokorze czy nie, czy jest to normalne czy nie ...
Wewnetrznie targaja mna najmozliwsze negatywne emocje jakie moge sobie wyobrazic.
Tak wyglada moje wnetrze.
A jak jest na zewnatrz ?
Pierwsze rozstanie przezylam z moim bylym mezem.
Nasze zycie bylo pieklem. Wszystko co pamietam to ciagle upokorzenia, obelgi, upodlenia. Sluzylam jako worek treningowy, brutalnie gwalcona o kazdej porze dnia i nocy.
"Zwiazek" zakonczyl sie, kiedy w osmym miesiacu ciazy zostalam brutalnie pobita, tadycyjnie jako worek treningowy po kazdym "lewym sierpowym" ladowalam to w jednym, to w drugim kacie pokoju. Potem przycisnal mnie do sciany i zaczal dusic. Pamietam jego wykrzywiona z nienawisci twarz , tuz przy mojej, kiedy syczal " ususze ciebie ty suko'.
Prawdopodobnie tak to by sie zakonczylo , gdyby nie niespodziewana wizyta mojego kochaneg Ojca. Moj ex zostal w jednym momencie wyrzucony przez niego z domu. Ja dochodzilam do siebie dosyc dlugo, nie moglam wyjsc z traumatycznego swiata.
Nie, moj ex nie byl zadnym prymitywem. Wyksztalcony, przystojny, lubiacy dobrze wygladac i ubrac sie. Czarujacy na zewnatrz, zachwycal ludzi swoja oglada, kultura.
Nie skarzylam sie na zewnatrz, no bo i jak mialam forsowac jego cudowny wizerunek? Byl przeciez taki wspanialy.
Nie opluwalam, nie obmawialam, nie klocialm sie i nie szargalam jego " swietnej " opinii.
Rodzice staneli rowniez na wysokosci zadania ( nie musieli ). Splacili wszystkie dlugi ex ( tak, tak , lubil dobre zycie, drogie , ekskluzywne, lubil dobry alkohol, piekne kobiety. To kosztuje. Nie widzialam nigdy jego wyplaty, widzialam same dlugi do splacania ).
Przechodzac przez rozwod , on spodziewal sie najgorszego z mojej strony.
Odzyskalam jednak swoja osobowosc. Wnioslam sprawe do sadu bez orzekania o winie, bez opluwania i wyciagania brudow.
Przygotowalam dobry obiad, odbralam bylego z lotniska, do sadu pojechalismy razem, bez klotni, awantur.
Nie tego sie spodziewal. Szok i niedowierzenie widoczne bylo na jego twarzy. Nie powiedzial ani slowa.
Zakonczylam kulturalnie ( w mojej ocenie ) , kosztowalo mnie to jednak bardzo duzo samozaparcia i samodyscypliny.
Odlozyc na bok brutalna przeszlosc nie jest latwo.
Nigdy juz wiecej potem nie widzialam bylego ex, nigdy nie zabiegal ,aby sie spotkac ze mna, czy ze swoim dzieckiem.
Moj obecny zwiazek rowniez sie konczy.
Po poprzednich doswiadczeniach, nie moglam sie zdecydowac na ponowny zwiazek. Minelo prawie dziesiec lat zanim zdecydowalam sie ponownie.
Spotkalam wreszcie tego , ktory wydawal mi sie odpowiedni, byl w moim typie. Niestety byl to uklad w pracy.
Nie chcialam dosyc dlugo sie w to zaangazowac, ale on mnie przekonywal , przekonywal i przekonywal, w koncu uleglam.
Od poczatku postawilam jednak sprawe jasno. Jezeli nie jest nastawiony na zwiazek, prosze aby nie zaczynal. Nie stac mnie na marzenia i zludne nadzieje. Mam za soba bolesna przeszlosc, boje sie ponownej porazki. Od samego poczatku znal moja opinie i nastawienie. Zaakceptowal , potwierdzil , zgodzil sie.
Ciagnal ten uklad cztery lata. Zwiazek jednak nie rozwinal sie, jemu bylo dobrze tak jak jest. Zaczelam w koncu dopytwac sie o przyszlosc, tym bardziej, ze wiele rzeczy wydawalo sie dziwnie, niezrozumiale i niepewne.
No i dowiedzialam sie : nie, nie ma zamiaru nic zmieniac. Nie, nie bedziemy razem bo on ma swoja rodzine i nie ma zamiaru mnie z nia zapoznac. Do jego rodziny wprowadza sie tylko zony, a nie jakies tam znajome / nieznajome.
Nie, nie bedziemy razem bywac, bo musialby zrezygnowac ze swojego imagu " single ".
W ogole, to jestem za powazna w tym ukladzie, on bierze to wszystko znacznie lzej, lekko i bez zobowiazan.
Po czterech latach poczulam sie ponownie jak wielkie "NIC", jak tredowata, ktora wstyd zaprosic i zapoznac z rodzina, wstyd wyjsc razem publicznie.
No i sytuacja sie powtarza. Nie potrafie "odgryzc sie". Na zewnatrzy - opanowana, spokojna. Nie awanturuje sie, nie oskarzam , nie posylam do piekla i nie zycze najgorszego.
I ponownie widze to samo niedowierzenie z jego strony, niepewnosc, zbicie z pantalyku, takie samo jak poprzenio u mojego bylego ex.
Mysle, ze mezczyzni doskonale zdaja sobie sprawe ze swojego zachowania i mimo wszystko oczekuja tych awantur, tych klotni. Odnosze wrazenie, ze podswiadomie czekaja na taka nasza negatywna reakcje, aby moc zagluszyc wlasne wyrzuty sumienia i oskarzyc nas o awanturnicze nastawienie. Udowodnic sobie, ze to oni mieli i maja racje, ze to my jestesmy te najgorsze , te podle, te "suki" jak to lubia nas okreslac.
Spokoj i opanowanie odbiera im pewnosc siebie, nie sa w stanie wojowac, traca swoja tozsamosc, pewnosc siebie. Nie wiedza za bardzo jak reagowac w takiej sytuacji. Jak tradycyjny lis, podwija kite pod siebie i ucieka, bo na nic wiecej juz go nie stac.
Nikt jednak nie wie, ile mnie to kosztuje. Bol i cierpienie jest niewyobrazalne. Lzy kazdego wieczoru wyplakane w poduszke. Ucieka gdzies moja energia, moj pozytwizm, brakuje mi juz wiary i radosci zycia...
Mezczyzni sa moim przeklenstwem. Zaden nie dal mi radosci w zyciu, wszystko co mi sie kojarzy z ukladem , to cierpienie ...