a teraz nie wiem w co ręce wsadzić .
Straszyłam za mocno powiedziane ale słowo czasem padło w naszym 15 letnim pożyciu . od samego początku na wszystko się godziłam, ze wszystkiego zrezygnowałam , dla niego dla rodziny . Ciężko opisać w skrócie 15 lat ale widziałam że takie gadanie na moment może zatrzymać opamiętać człowieka jednak się myliłam . Jestem tu bo szukam pomocy, rady . Pierwszy raz o cokolwiek proszę i to kolejny problem bo prosić nie potrafiłam. Wszystko co się dzieje dzieje się w 4 ścianach , na ulicy jesteśmy i wśród nielicznych znajomych jako udane idealne małżeństwo . Mąż wpakował się w problemy finansowe , kredytowe , pomagając kolegom i rodzinie a wiedząc jakie mam o tym zdanie wiele mi nie mówił a nawet wogóle . Podpadł w okropne tarapaty i został z tym sam , mnie niby nie chcąc denerwować , nie mówiąc prawdy wpadał z jednego kłamstwa w drugie . Jak się coś wydało wybaczałam, próbował pić wybaczałam, poniżał wybaczałam, cokolwiek się działo wybaczałam i na moim gadaniu się kończyło . To wszystko takie skomplikowane , na dodatek pracuje z kolega który ma ogromny wpływ na niego , nie umiem tego nazwać bo ciężko pisać . Ale teraz sytuacja bardzo się zmieniła i po ostatniej awanturze gdy wrócił od kolegi i powybijał wszystkie szyby powiedziałam dość . Jest agresywny, wulgarny o wszystkie problemy obwinia mnie, dzieci , nawet psa , jestem zmęczona, wykończona , tekstami że wszystko niby mam że na głowę mi nie kapie, mam co jeść że mi pomaga w domu często . na drugi dzień przeprasza , i myśli że zapomnę . Nie ma wsparcia psychicznego od nikogo a tym bardziej od niego , nie ma nawet z kim pogadać . Dziś stwierdził , że się rozwiedziemy ja dostane rożne świadczenia jako samotna matka i takie tam a potem wszystko się ułoży nam . No rozbroił mnie na łopatki . Już dawno stracił w moich oczach wiele a teraz mam udawać znów, cały czas udaje idealny związek teraz mam udawać na rozwodzie by się wyplatał z kłopotów ? A kłopoty to też moja wina bo w nieodpowiednim czasie zachorowałam, w nieodpowiednim czasie miałam wznowę guza mózgu i straciłam dochód , bo to wszystko nie po jego myśli. Teraz jestem darmozjadem który ma zrobić fikcyjny rozwód, to nie na moje nerwy , czasem mam ochotę wyjść z domu stanąć na peronie i walnąć się pod ekspres ale myślę Boże przecież wygrałam z rakiem po raz drugi i mam się targać na życie ? Przez niego ? ja chcę rozwodu tak powiedziałam, bo chce być zdrowa , nie chce znów mieć wznowy, bo ponoć guz rośnie też jak słabnie organizm i psychika, oczywiście nie mogę powiedzieć że przez niego choruje choć kusze się o takie myślenie . Ale cóż jego zdaniem jakoś się ułoży , mam zając się rozwodem i wszystko będzie dobrze .... Ja nie potrafię
Podobne tematy
tyle wyświetleń i nie ma nikt nic do powiedzenia ?
Będę brutalna - jesteś sama sobie winna.
Tak daleko to zabrnęło, że może to i dobrze, że się rozwiedziecie. Masz szansę ułożyć sobie życie z kimś, kto będzie Cię szanować.
4 2010-07-11 22:01:16 Ostatnio edytowany przez Iwkaaa (2010-07-11 22:02:25)
Myślę, że teraz powinnaś pomyśleć o sobie. Sama widzisz, wiele razy wybaczałaś i dalej było to samo. Utwierdzałaś go w przekonaniu, że może kłamać a jak kłamstwo się wyda to znowu jakoś uda mu się załagodzić.
Twoja historia jest bardzo przykra, moja jest podobna tyle, że po kolejnym kłamstwie powiedziałam dość. Nie wiem, gdzie jest Twoja granica, gdy Ty powiesz dość. Nie namawiam Cię do rozwodu, bo to już musisz sama zdecydować. Odpowiedz sobie czego tak naprawdę chcesz. Czy dalej chcesz życia w kłamstwie i obwiniania Cię za wszytskie zło które spotkało Twojego męża. Dziewczyno obudż się, nie pozwól na to.
Nie wydaje mi się , aby rozwód był lekiem na problemy męża, że dzięki niemu sprawy same się ułożą. Zajmij się sobą, skoro znalazłaś siłę walczyć z poważną chorobą to znajdż siłę na to aby żyć w zgodzie z samą sobą,n ie godząc się na kłamstwa. On będzie to robił dalej, nie łudź się że to się zmieni. Tacy ludzie się nie zmieniają.
Życzę Ci powodzenia i zdrowia.
a_ normalna nie jesteś brutalna
w wieku 22 lat wychodziłam za maż dopiero i miałam trzeźwe myślenie o życiu i głowę pełna marzeń , nie wiem ile wiesz o życiu , nie chce sobie układać życia z kimś innym wolę być sama ... i tak całe życie czuję się sama mimo że wokół tyle ludzi . To się dobrze mówi. Nie mam rodziców nie mam rodziny jestem sama , jesteśmy sami ....
Już zajęłam się sobą rozwijam swoją pasję, zrobiłam się twarda i troszkę egoistyczna , boi się mnie bo wie że teraz przegiął na maksa tymi słowami , jak bezie dobrze to sobie wrócimy, ładny plan sobie ułożył. Nic z tego. gdybym miała gdzie iść dziś bym się spikowała ale z drugiej strony niestety jestem innego myślenia może , i nie mogę go zostawić z problemami samego jeśli on nie zacznie mnie do nich dopuszczać bo razem można dużo a samemu nic. Zawsze mu to powtarzałam może dojdzie . Naiwność ktoś by powiedział , może i tak ale znam go i wiem , że to zagubiony człowiek . Nawet jeśli go nie kocham, jeśli zniszczył coś co nas łączyło muszę , powinnam wychować dzieci , po 40 czy 50 też można żyć dla siebie . Zycie zaskakuje każdego dnia , ja wierzę że jakieś rozwiązanie jest . Nauczyłam się mówić stanowczo i rozmawiać o tym ,. Poprosił o pół roku jeszcze a potem mam zrobić jak uważam , jak zawsze decyzje zostawia na moich barkach . To będzie ciężkie pół roku i mam nadzieje ostania szansa , żadnej więcej
Minęło pół roku , nie mogę się rozwieźć ... ( póki co ) jestem przesiąknięta do szpiku kości samotnością . Mam wszystko swoja pracę, swoją pasję , dorastające kochane dzieci , psa kochanego również . Brakuje mi ramion które mnie przytula i powiedzą że będzie dobrze , rozmowy .... I zrozumiałam jedno że to moja wina sama na to pozwoliłam , klapki z oczu spadły . Co dzień zakładam maskę , nie wiem ile jeszcze tak pociągnę ale pociągnąć muszę
Nawet jeśli go nie kocham, jeśli zniszczył coś co nas łączyło muszę , powinnam wychować dzieci , po 40 czy 50 też można żyć dla siebie . Zycie zaskakuje każdego dnia , ja wierzę że jakieś rozwiązanie jest . Nauczyłam się mówić stanowczo i rozmawiać o tym
TAK napisałaś onegdaj BS i tego się trzymaj
Czasem słońce, czasem deszcz... Czasem ciężko. Żyć trzeba - szczególnie TY - skoro dostałaś kolejne szanse
Masz dzieci, masz dla kogo żyć - bo twoje życie jest tylko jedno i jest bezcenne. Chcesz się przytulić - przytul dzieciaki a nawet "do serca przytul psa, weź na kolana kota..." Jeszcze będzie dobrze - trzymaj się cieplutko ![]()
PS. w sprawie ewentualnych długów męża rozważ rozdzielność majątkową - nie musisz się od razu rozwodzić przecie
Tkwisz w czymś na co sama pozwoliłas zeby się rozwinęło... mąż ma długi, ale Ty jako jego żona również... gdzieś tam wsrodku obwiniasz go o swoja chorobę, nie masz od niego nic czego kobieta potrzebuje od męża, ale uwazasz że musisz z nim byc bo jest zagubiony. Skoro tak uwazasz to tkwij w tym "małżeństwei" pozwól się topic w bajorku w który wpadł Twój mąż. Straszysz go rozwodem... ale on juz dawno wie , że Ty tego nei zrobisz.. on nie jets zagubiony, on Ciebei doskonale zna i wie jak z Toba pogrywać, pozwalasz się szantazować...
Piszesz ze wyszłas za mąż dopiero jak miałaś 22 lata.... naprawde uwazasz że byłas swietnie przygotowana do zycia w małżeństwie juz wtedy.
Weż kobieto zycie w swoje recę bo z tego co piszesz Bóg dal Ci je po raz drugi!!! i zrób z nim coś.... zacznij zyć pełnia zycia, dla siebie dla dzieci...piszesz ze btrakuje ci ramion które przytulą ale nie chcesz z nikim być...
RTo nie Twój mąz jest zagubiony, tylko Ty...
dzieciaki już nie chcą się przytulać za to pies rokosz i słodycz wiecznie by się przytulał
Dziękuję tego się trzymam , mając nadzieję że jeszcze ktoś mnie tak mocno i ja kogoś tak mocno że ech .... ale czasem ciężko żyć nadzieją i marzeniami . Jestem kobietą mam swoje pogarbienia , chcę kochać i być kochaną i czasem brak mi tej cierpliwości , ale czekam trwam żyję obok faceta którego nie kocham , który o tym wie ale tak musi być , rozmawiamy ze sobą, czasem bo więcej go nie ma niż jest , ja otwarcie mówię o swoim uczuciu , gdybym mogła cofnąć czas, nie związałabym się z nim ale jak mówi moja córka nie było by takiej fajnej dziewczyny i chłopaka
Oczywiście ze nie muszę się rozwodzić od razu ale rozdzielność majątkowa nie wchodzi w grę , sytuacja finansowa ma się wyjaśnić na przełomie roku , hipoteka na długi i do końca życia pod jednym dachem z kimś kogo nie kocha się nie wchodzi wi jakoś do serca
ale nie przekreślam nic , czas pokarze . Nawiasem mówiąc nawet mi go trochę szkoda
10 2011-02-27 14:58:37 Ostatnio edytowany przez bs (2011-02-27 15:28:14)
To nie Twój mąż jest zagubiony, tylko Ty... jak napisała Betii kochanie mylisz się nie piszę o wszystkim bo nie sposób
a 22 lata w moich czasach to było naprawdę późne zamążpójście no i był powód- nie ciąża ze muszę wyjść z domu , ja rozumiem że nie każdy zrozumie jeśli nie zna osobiście całej historii a ja jej całej nie jestem w stanie opisać , nie szukam rad na życie porostu chcę sobie pogadać i pomyśleć nad tym co inni mają do powiedzenia
Szanuję Twoje słowa
A ja piszę tak, bo jest mi Cie po prostu szkoda. Masz 37 lat, czy nic Ci sie juz od życia nie należy? Czy juz sowje szczęście na to zycie wyczerpałas? Nie nie i jescze raz nie!!! Ja wiem że małżeństwo to jest sakrament, ze jest na dobre i na złe...że nie mozna przy pierwszym nie powodzeniu mówic sobie do widzenia... nic juz nas nie łączy, ale kobieta nie staje się zona i mamą po to, żeby się tym dwom zadaniom poswięcac bez końca i wciąż szukac sil na kolejne dni.
Mąż musi byc oparciem, a co to za życie jesli wszytsko jest na barkach zony? nie dość że problemy codziennne to jescze nie udolny zyciowo mąż... walcz o swoje szczęście, jak piszesz dzieci juz odchowałaś, teraz czas abyś ty witaa dzień usmiechem ![]()
Masz rację , całkowicie się z Tobą zgadzam powinnam myśleć o sobie , ale jak to się zakończy to wielka nie wiadoma . Musimy mieszkać pod jednym dachem, tolerować się , mijać się , czasem coś wspólnie załatwić, iść na zakupy , czy na wspólny spacer z dzieciakami ale dal kogo i w imię czego - dla ludzi ? Wiem że jestem temu winna , pozwoliłam na to on wie że dużo zniosę , mnie szkoda że dopiero to teraz widzę . Jestem za dobra czy naiwna jak zwał tak zwał , skrzywdziłam i siebie i jego . Nie będę się użalać nad sobą bo to chyba byłaby ostania rzecz jaką jestem w stanie zrobić ale naprawdę tak nie mam z kim o tym pogadać , wszyscy na około myślą że jest ok , kto tego dopilnował by tak było ? Ja oczywiście . Chciałam dobrze , chciałam mieć rodzinę, chciałam by dzieci miały ojca i naiwnie myślałam że wszystko się ułoży . Teraz już wiem że niczego bardziej nie pragnę jak wsparcia , od niego go nigdy nie dostałam byłam silna twarda ale mój czas się skończył a granica została przekroczona .
Nie potrafię walczyć o swoje szczęscie , zawsze myślałam że szczęscie to jest nie mieć nieszczęścia i że inni mają jeszcze gorzej i tego się trzymałam, głupie wiem . Jakbym żyła w innej epoce , durna baba przed 40 której kawał życia przeleciał przez palce to ja ...
zawsze myślałam że szczęscie to jest nie mieć nieszczęścia i że inni mają jeszcze gorzej i tego się trzymałam, głupie wiem . Jakbym żyła w innej epoce , durna baba przed 40 której kawał życia przeleciał przez palce to ja ...
NO WAY!!! i żadne takie!!! Dobrze myślałaś - czemu nie? Bo gamoń nie docenił i nie wszedł we współpracę? A to kij mu w oko. To ON się nie sprawdził NIE TY. Ty wyciągasz wnioski i zaczynasz nowy etap życia
Dzieci podchowane i zdrowe - to i chwała, TERAZ skup się na sobie. Już zaczęłaś przecież - mów do męża stanowczo, ostrzeż, że nie będziesz więcej kryć jego sprawek i UDAWAĆ, że jest OK jak nie jest. Zajmij się swą pracą i pasją a od niego zacznij wymagać. Może zwróć się do psychologa w celu przepracowania swojego dotychczasowego życia?
Jeszcze kawał życia przed Tobą - musisz tylko uwierzyć, że to nie stracony etap a początek nowego. Życie lubi zaskakiwać
Kto wie jak bardzo się ono może zmienić ![]()
14 2011-02-27 18:54:27 Ostatnio edytowany przez bs (2011-02-27 18:56:03)
Może zwróć się do psychologa w celu przepracowania swojego dotychczasowego życia?
Jeszcze kawał życia przed Tobą - musisz tylko uwierzyć, że to nie stracony etap a początek nowego. Życie lubi zaskakiwaćKto wie jak bardzo się ono może zmienić
Psycholog kochana odpada jakoś nie widzę się w roli gadania pani wyuczonej za biurkiem tego co mnie gniecie i spowalnia , dwa razy już próbowałam , bez większych efektów , analizując spotkania wiem ze panie owe znają życie tylko z teorii i tabelek , chłop też mój był jakiś czas temu , to nie dla mnie . Pracuję też za dwie utrzymując rodzinę więc zostaje mi forum
Poważnie mówiąc nie widzę siebie u psychologa
Chciałabym zmiany o niczym innym nie marzę i wierzę że życie może zaskakiwać ale ja się robię coraz bardziej niecierpliwa , chciałbym już ![]()
Poważnie mówiąc nie widzę siebie u psychologa
Chciałabym zmiany o niczym innym nie marzę i wierzę że życie może zaskakiwać ale ja się robię coraz bardziej niecierpliwa , chciałbym już
Szkoda - może źle trafiłaś
Nota bene panie psycholog nie mogą znać życia "tylko z teorii i tabelek", bo też chodzą wśród ludzi i codzienności - nie zamyka się ich na noc w słojach w szafie
Ja mam zgoła inne doświadczenia - zobaczyłam świat z innej strony i odkryłam nowe możliwości w sobie. A zmiany ponoć najlepiej zaczynać od samych siebie (bo w zasadzie tylko na siebie mamy tak naprawdę wpływ) - i tu też psycholog pomocny ![]()
Ale każdemu wg potrzeb - nie chcesz to nie.
W takim razie - byle do wiosny ![]()
oj tak aby do wiosny ![]()
a na psychologa się nie zdecyduję, nie mam czasu pracuję do ,późna , w razie czego mam znajomą która ma wiele z tym wspólnego w ostateczności , wiem gdzie szukać kontaktu , jednak znając siebie nie poproszę o pomoc kogoś kto mnie zna choćby z widzenia , jednak wolę nie , może źle trafiłam ale znam środowisko i wiele wiem w tym temacie , wolę być tu póki co
Ja pierwsze kroczki stawiam w dziedzinie dbałości o siebie. Właściwie wczoraj postawiłam ten pierwszy. Jeszcze mi łydki z wrażenia drżą. Posłuchaj.
Czując, że jestem na krawędzi wytrzymałości powiedziałam, że chcę, aby na miesiąc zostawił mnie samą z Dziećmi, bo muszę pobyć bez niego. Po tym moim kroczku mąż odwinął się na pięcie, dzieciom powiedział, że wyjeżdża na miesiąc i wyszedłszy wcześniej niż zwykle do pracy nie wrócił do domu do tej pory. I wiesz co? Poczułam powiew ulgi. W ciągu dnia starałam się zapanować nad owym drżeniem łydek. Towarzyszył mi coraz ponętniejszy w smaku SPOKÓJ. I choć to dopiero pierwszy kroczek mam zamiar iść w danym kierunku dalej. Przestać dreptać w miejscu, bo od tego dół wydreptałam pod sobą pokaźny. No po prostu nie chcę w nieskończoność łudzić się nadzieją. Co więcej - być tą niekochaną. Jakoś tak limit mi się nagle wyczerpał, zanim kryzys przybrał wymiar skakania sobie do gardeł. Suma sumarum myślę, że to jedyne wyjście - szanować siebie. Bez tego nie umiałabym spojrzeć Dzieciom w oczy. Bo jak mogę uczyć je czegoś, czego sama sobą pokazać nie mogę? I czego z całą pewnością nie nauczą się patrząc, jak tata ignoruje mamę a mama zasuwa z nosem przy podłodze.
Zrób kroczek. Wierzę, że poczujesz to co ja. I będziesz chciała jeszcze. Życzę Ci tego serdecznie bardzo ![]()
Ja się bardzo zaniedbałam , przyszedł czas że przytyłam 10 kilo i nie obyło się bez głupich docinek. Przestałam patrzec w lustro choć musze wyjśc do pracy , czasem do ludzi wtedy sie ogarnę ale zakładam maskę ...wiem że nie powinnam ale to już tak daleko zabrnęło .
On nie mówi raczej nic, gdyby chociaż coś powiedział, nie ma go pracuje na długi a ja jestem szczęśliwa jak go nie ma , jak wyjeżdża , dzieciaki już od dawna nie pytają kiedy wróci , dobrze nam tak jak go nie ma bo jak jest to i tak do nie ma niekochana jestem od dawna . najpierw mówił ze jak mi nie pasuje to mam się rozwieźć ale i tak na rozwód on płacił nie będzie i na alimenty też nie będzie miał, logiczne , prosił o czas aż z tego wyjdzie , zmieni się i nie powiem ile to już trwa , zdecydowanie za długo . On się nie wyprowadzi jemu jest dobrze tak jak jest , w domu czuje się jak w hotelu albo jako gość choć skłamałabym gdybym powiedziała że tylko czasem ma odruchy człowieczeństwa, zawiezie , załatwi coś, resztę znasz , moją naiwność miało być dla dzieci dobrze , by ojca miały . To co przeczytałam u Ciebie ... ech barwo za odwagę chcę też poczuć to co Ty ![]()
Aj, u mnie też wszystko plotło się wokół dobra dzieci.
A spojrzenia na owo dobro mieliśmy, jak się okazało, różne. To było tak:
On - Pełne skupienie wszelakich objawów miłości na Dzieciach. Uczucie między rodzicami jak najbardziej niewskazane a wszelkie " brakuje mi twojej miłości i wsparcia" z mojej strony traktowane jako postępek matki wyrodnej, co myśli o tym, by dla siebie miłości nachapać się mężowskiej. No bo "w końcu ile razy mam powtarzać, że nie kocham ciebie i jestem tu tylko dla Dzieci ?!?" No i podział ról w domu odmienny od dotychczasowego "bo się naodkurzałem przez 15 lat", "pracuję i chcę w końcu po pracy w domu ODPOCZYWAĆ"
Ja - rodzice szanujący się nawzajem i oboje potrafiący zawalczyć o wyjście z kryzysu małżeńskiego. Nie tracący kontroli nad własnym zachowaniem ( tata, który nagle zaczął wychodzić wieczorami z domu i wracać późnym popołudniem, uskuteczniający zaleganie na kanapie przed telewizorem, omijający kuchnię i odkurzacz szerokim łukiem... a co tam szczegóły słowem Ferdek Kiepski, to spora i DOSTRZEGALNA przez Pocieszki zmiana).
No więc w skrócie opisując właśnie tak się podziało i działo by się pewnie dalej, gdyby nie krawędź, nad którą stanęłam. Tak jak Ty zaczęłam radować się, gdy byliśmy w domu sami (praca zmianowa męża daje ku temu okazji wiele). Do tego kilka razy zgrzyt typu "wolę jak ty mnie odprowadzasz do przedszkola a nie tata" , "nie lubię, gdy tata śpi w czasie mojej zabawy" . I skrobanie wściekłości za uchem, gdy kolejny raz zostawiony sam z dziećmi wetknął je przed telewizor a sam chrapał (dzieci bez drugiego śniadania czy obiadu...)
A JA TAKIEGO DOBRA DLA DZIECI NIE CHCĘ! Jak zdałam sobie sprawę z tego, że przez kilka lat tarmosiłam się z życiem, by Je mieć, a teraz miałabym fundować Im życie wedle mężowskich kosmicznych teorii wychowawczych ( bo przecież tak bardzo go kocham, że zrobię wszystko byle by był) - z betonem na dnie wydeptanego przez siebie dołka czołowo się spotkałam. I myśląc o tym sił nabieram. I przekonania, że mam rację, i że podołam temu, co do tej pory na dwoje dzielić się dawało.
No i , choć jak rzekłam kroczki pierwsze stawiam, wierzę, że się nie wywalę jak długa już na starcie. W końcu nie raz w życiu wykazałam się i odwagą i siłą nad beznadzieją górującą. Wtedy walczyłam tylko o siebie. Teraz CHCĘ ( zauważ - nie Muszę, tylko CHCĘ) zawalczyć o przyszłość naszych Dzieci.
Ja też chcę , biorę się za siebie, zima długa coś mnie spowolniła , od 1 czyli lada dzień zaczynam nowa pracę , nowy rozdział w życiu , resztę dopisze życie ale z ta zmianą ze ja nie będę czekać co przyniesie dzień tylko zamierzam trochę w niego ingerować. Boje się ale odwagi mi dodają takie osoby jak Ty . Nie mogę liczyć na wsparcie bliskich jednak tu mogę czytając innych , Ciebie ....
Jak czytam to co piszecie to jakbym obserwowala malzenstwo mojej siostry, ona zasuwa, a jej maz ignoruje wszystko - nie zajmuje sie dzieciakami, spedza dnie przy kompie, juz nie wspomne ze nie jest ani czuly a bywa wrecz wredny.
Na wszystko to patrze i boje sie ze mnie cos takiego spotka. Kobiety jak to mozna zwytrzymac i czy ludzie sa w malzenstwie tylko dla dzieci, co z wiezia pomiedzy doroslymi ludzmi, gdzie sie ona podziala, co sie stalo z miloscia???