Obecnie ze swoją zełwą mam dobre relacje. Często się widujemy, potrafimy przegadać pół wieczoru i chętnie sobie pomagamy. Ostatnio jednak zauważyłam, że ona coraz śmielej obiecuje tę moją pomoc innym. Zwykle dowiaduję się o wszystkim, kiedy sprawa jest już niemal przyklepana.
Lubię piec ciasta i czasem przynoszę coś na rodzinne spotkania. Zełwa najwyraźniej uznała, że można mnie już wpisać do rodzinnego wykazu usług cukierniczych. Najpierw powiedziała mojej jątrewce, że upiekę jej coś na urodziny. Potem stryjnie męża, że pomogę przygotować słodkości na większe przyjęcie. Za każdym razem słyszę: „Tak cię zachwalałam, że aż głupio byłoby teraz odmówić”.
Ostatnio zadzwoniła do mnie uradowana świekra, żeby podziękować za zgodę na zrobienie tortu. Tyle że ja pierwszy raz słyszałam zarówno o torcie, jak i o swojej zgodzie. Przyjęcie ma być w sobotę, a ja mam już własne plany.
Kiedy powiedziałam zełwie, że wprawia mnie w ambaras, szczerze się zdziwiła. Stwierdziła, że przecież wszyscy chwalą moje wypieki, składniki mi zwrócą, a ona sama również nigdy nie odmawia rodzinie pomocy. I to akurat prawda — jest uczynna, tylko chyba zakłada, że każdy ma tyle samo czasu i ochoty co ona.
Nie mam ochoty na rodzinne swary, ale coraz mniej cieszy mnie pieczenie, odkąd zaczęło przypominać obowiązek. A najbardziej złości mnie to, że odmawiając, muszę rozczarować kogoś, kto już zdążył się ucieszyć. Świekra nawet zapytała, czy kupić jakieś owoce do dekoracji, więc możecie sobie wyobrazić, jak mi się niezręcznie zrobiło.
Jak byście jej to powiedziały, żeby wreszcie zaczęła pytać mnie o zgodę? I co zrobiłybyście z tym nieszczęsnym tortem — upiekły dla świętego spokoju czy od razu odmówiły?