Witam, wpisywałem w wyszukiwarce o zdradach i trafiłem na to forum. Widzę, że toczą się tu aktywne dyskusję, więc postanowiłem napisać i…zapytać co o tym myślicie.
A więc tak, jestem 35 letnim facetem, mam żonę. Przed żoną byłem jeszcze w dwóch związkach, do tego jakieś nieliczne niezobowiązujące relacje. Zawsze lubiłem seks i interesował mnie ten temat.
No i rok temu zdradziła mnie żona. Dowiedziałem się, że puszcza się z sąsiadem. No i pierwszy miesiąc to była drama… wiadomo jak to po zdradzie. Potem już spokój i bez tego tematu do dziś.
Niby stary temat.. ale mam pewną refleksję nad sobą. Ten miesiąc dram był trochę wymuszony, ja się źle nie czułem, udawałem skrzywdzonego, obrażonego…bo w zasadzie tak trzeba? Sam nie wiem dlaczego?
Jak miałem 25 lat miałem podobną sytuację z dziewczyną. Ale wtedy powiedziałem sobie, że to nie jest przyszłościowy związek i nie ma co się stresować.
Jednak żonę kocham i chce z nią spędzić całe życie. I w rozmowach w pracy itp zawsze krytykowałem zdrady (jak wszyscy inni).
A jak już doszło do zdrady w moim małżeństwie to…mam to gdzieś i te początkowe emocje (poza pierwszym dniem, lub nawet może kilkoma godzinami) były teatrem i udawaniem bo „tak trzeba”.
Czyli na pokaz: Drama
W głowie: No bzykła się parę razy z sąsiadem i co z tego? Bzykła się i wróciła do domu i tyle. Nikogo nie zabiła, tylko się fajnie bawiła i tyle
I też powiem, że mnie to w żaden sposób nie kręci więc nie jestem tzw cuckoldem. Nie kręci mnie, ale też mnie nie boli, jest mi to obojętne. W głowie mam, że to dla mnie nie ma znaczenia co do związku. Przewinienie zdrady to jakieś mikro przewinienie dla mnie jak nwm nie zgaszenie światła.
Jestem zły na siebie, bo 99,99% ludzi nie toleruje zdrady i są bardzo radykalni w tym, zreszta tak każdy mówi. Partnerka nic nie wie o tym, wie, że niby ciężko to przeżyłem… czyli dobrze aktorzyłem. Oczywiście jej nie powiem o tym.
Więc kim ja jestem?
Przeciętny facet? Nie, bo taki się rozchodzi
Cuckold? Nie, bo mnie to nie kręci.
X ? Czyli?