Jestem z mężem prawie 20 lat, mamy małe dziecko. Od wielu miesięcy jesteśmy z mężem w kryzysie. Była terapia, wiele prób rozmów, ale mam poczucie, że cały czas stoimy w tym samym miejscu. Każda próba poruszenia trudnych tematów często kończy się obroną, atakiem albo wracaniem do dawnych sytuacji. Mąż sam nie zaczyna rozmów o naszej relacji. A jak ja probuje to słyszę że nie chce rozmawiać.
Jednocześnie nie jest tak, że wszystko jest źle – czasem coś wspólnie planujemy, potrafimy spędzić dobry czas jako rodzina, ostatnio mieliśmy nawet udany wyjazd. Widzę, że zależy mu na córce i czasem mam wrażenie, że na mnie też, ale brakuje mi z jego strony emocjonalnego zaangażowania i poczucia, że chce zawalczyć o nas.
Po ostatniej kłótni usłyszałam, że mnie nie kocha i raczej się to nie zmieni. W emocjach powiedziałam, że w takim razie zostaje nam tylko rozstanie. Po kilku dniach znowu zaczęłam się zastanawiać, co robić. Nie chcę podejmować decyzji pod wpływem złości, ale też nie chcę kolejnych miesięcy żyć w zawieszeniu.
Jestem osobą która się nie poddaje, chciałam walczyć o naszą rodzinę, łapałam się okruchów żeby uwierzyć że to ma sens. Tymczasem mąż przez cały ten czas nie zapytał mnie nawet co u mnie, jak w pracy, nie powiedział że rozumie że jest trudno i musimy coś z tym zrobić. Unika tematu. W domu chłód, nie rozmawiamy.
Ja już chodze po ścianach, nie mogę wytrzymać tej sytuacji. Ale nie chcę żeby ta decyzja zależała tylko ode mnie, a widzę że on też jej nie podejmie. Jest mi strasznie żal że córka wychowuje się w domu gdzie ludzie ze sobą nie rozmawiają. Niedługo będzie tego świadoma. Ale jeszcze bardziej mi zal że może mieć niepełna rodzinę.
Zawsze to ja napędzałam związek, a jak przyszedł trudny czas to okazało się że partner umywa ręce i nie wiem na co czeka.
Czy byliście w podobnej sytuacji? Co robić, jak sobie radzić? Mam swoje pasje, spędzam fajnie czas ale jednak cały czas mam w głowie co dalej z naszą rodziną.
Podobne tematy
2 2026-07-16 15:25:59 Ostatnio edytowany przez Solaris (2026-07-16 15:27:28)
Przykro mi to pisać, ale nie widzę światełka w tunelu. To już trwa zbyt długo. Wygląda, że mąż się emocjonalnie wypisał z tego związku. Miłość to nie są udane wakacje raz na jakiś czas, ale codzienna troska i zaangażowanie, których z jego strony całkowicie brakuje. Potwierdza to fakt, że Twoje starania go złoszczą. Tak jest właśnie, gdy nam nie zależy a druga strona się stara, to zwyczajnie drażni, bo wywołuje w nas poczucie winy.
Skoro sam wprost powiedział, że nie kocha i to się nie zmieni, to obawiam się, że tkwi w tym domu już tylko dla córki. A może też i wygodniej mu tak, czekając, aż Ty podejmiesz decyzję o rozstaniu, bo ciężar tej decyzji spadnie na Ciebie.
Zawsze szkoda dzieci, gdy im się rozpada rodzina, ale z drugiej strony, sama rozumiesz, że dziecko jest dobrym obserwatorem i wkrótce doskonale się zorientuje co jest na rzeczy. Dorastanie w domu, gdzie przez lata patrzy się na obojętność między rodzicami nie jest dobrym wzorcem. Dom pełen milczenia, chłodu i unikania siebie nawzajem może utrwalić złe wzorce u dziecka, które nauczy się, że tak wygląda małżeństwo.
Cokolwiek zrobisz, nic w złości, przemyśl na spokojnie. To trudne i bolesne, gdy rozpada się tak długoletnie małżeństwo, ale zastanów się, czy chcesz tak żyć kolejne lata jak przez ostatni czas? Czy jesteś w stanie wytrzymać i udawać, że jest ok a w nocy płakać w poduszkę?
Czasem nie da się już niczego posklejać. Ale masz prawo do szczęścia.
Przytulam.
Autorko, miłości nie wymusisz. Tak samo jak starań, czy kolejnych rozmów, z których, jak sama mówisz, i tak nic konkretnego nie wynika. Myślę, że dla własnego dobra powinnaś odpuścić. Zajmij się sobą, ładnie się ubieraj, wychodź częściej sama z domu. Gdy mąż zauważy, że faktycznie "odpływasz", może coś w nim drgnie i postanowi zawalczyć. A może się ucieszy, że nic już od niego nie oczekujesz. Tak czy inaczej, będziesz miała odpowiedź, czy jest jeszcze szansa dla Was.
4 2026-07-16 17:18:06 Ostatnio edytowany przez Legat (2026-07-16 17:32:03)
Ło matko, ty się z tym boksujesz już kilka lat, po co było jeszcze dziecko na świat powoływać?
Pewnie znowu sobie pogadasz jak w poprzednich wątkach i zostanie jak jest.
Beznadzieja maksymalna.
Jestem z mężem prawie 20 lat, mamy małe dziecko. Od wielu miesięcy jesteśmy z mężem w kryzysie. Była terapia, wiele prób rozmów, ale mam poczucie, że cały czas stoimy w tym samym miejscu. Każda próba poruszenia trudnych tematów często kończy się obroną, atakiem albo wracaniem do dawnych sytuacji. Mąż sam nie zaczyna rozmów o naszej relacji. A jak ja probuje to słyszę że nie chce rozmawiać.
Jednocześnie nie jest tak, że wszystko jest źle – czasem coś wspólnie planujemy, potrafimy spędzić dobry czas jako rodzina, ostatnio mieliśmy nawet udany wyjazd. Widzę, że zależy mu na córce i czasem mam wrażenie, że na mnie też, ale brakuje mi z jego strony emocjonalnego zaangażowania i poczucia, że chce zawalczyć o nas.
Po ostatniej kłótni usłyszałam, że mnie nie kocha i raczej się to nie zmieni. W emocjach powiedziałam, że w takim razie zostaje nam tylko rozstanie. Po kilku dniach znowu zaczęłam się zastanawiać, co robić. Nie chcę podejmować decyzji pod wpływem złości, ale też nie chcę kolejnych miesięcy żyć w zawieszeniu.
Jestem osobą która się nie poddaje, chciałam walczyć o naszą rodzinę, łapałam się okruchów żeby uwierzyć że to ma sens. Tymczasem mąż przez cały ten czas nie zapytał mnie nawet co u mnie, jak w pracy, nie powiedział że rozumie że jest trudno i musimy coś z tym zrobić. Unika tematu. W domu chłód, nie rozmawiamy.
Ja już chodze po ścianach, nie mogę wytrzymać tej sytuacji. Ale nie chcę żeby ta decyzja zależała tylko ode mnie, a widzę że on też jej nie podejmie. Jest mi strasznie żal że córka wychowuje się w domu gdzie ludzie ze sobą nie rozmawiają. Niedługo będzie tego świadoma. Ale jeszcze bardziej mi zal że może mieć niepełna rodzinę.
Zawsze to ja napędzałam związek, a jak przyszedł trudny czas to okazało się że partner umywa ręce i nie wiem na co czeka.
Czy byliście w podobnej sytuacji? Co robić, jak sobie radzić? Mam swoje pasje, spędzam fajnie czas ale jednak cały czas mam w głowie co dalej z naszą rodziną.
Piszesz ze była terapia. Co odkryliscie? O co chodzi? Dlaczego ten chłód?
Ło matko, ty się z tym boksujesz już kilka lat, po co było jeszcze dziecko na świat powoływać?
Pewnie znowu sobie pogadasz jak w poprzednich wątkach i zostanie jak jest.
Beznadzieja maksymalna.
Też dopiero po dodaniu komentarza przeczytałam inne tematy autorki i... no cóż.
Niektórym się wydaje, że dziecko "załata dziurę". A teraz już przecież "szkoda dziecka" i zaś jest powód do dalszego taplania się w bagienku. Przykre.
Wygląda na to, że popsuło się w waszym związku dopiero po ślubie?
Można mniemać, że skoro tak długo byliście ze sobą razem przed ślubem i zdecydowaliście się na niego, to by znaczyło, że super się dogadywaliście.
Co się stało po ślubie, że to się zmieniło?
Mąż chciał mieć dziecko?
Legat napisał/a:Ło matko, ty się z tym boksujesz już kilka lat, po co było jeszcze dziecko na świat powoływać?
Pewnie znowu sobie pogadasz jak w poprzednich wątkach i zostanie jak jest.
Beznadzieja maksymalna.Też dopiero po dodaniu komentarza przeczytałam inne tematy autorki i... no cóż.
Niektórym się wydaje, że dziecko "załata dziurę". A teraz już przecież "szkoda dziecka" i zaś jest powód do dalszego taplania się w bagienku. Przykre.
Przeprowadziłem szybkie śledztwo żeby Cię namierzyć. Zapytałem AI w jakich częściach Polski używa się słowa "zaś". Pokazało mi pół Polski więc nici z namierzania ![]()
Przeprowadziłem szybkie śledztwo żeby Cię namierzyć. Zapytałem AI w jakich częściach Polski używa się słowa "zaś". Pokazało mi pół Polski więc nici z namierzania
Haha
Czuję się obserwowana
![]()
10 2026-07-16 18:06:46 Ostatnio edytowany przez blueangel (2026-07-16 18:08:47)
co to jest 20 lat razem w porownaniu z kilkumiesiecznym kryzysem? w dodatku po pojawieniu sie dziecka. po dziecku co druga para to przechodzi. u mnie nie bylo inaczej. i wlasnie wiele sie rozstaje. wiem, ze ci trudno, ale moze warto odczekac, do tego czasu zajmij sie dzieckiem, soba, pasjami. zawies te rozmowy, narazie jestescie zbyt naladowani emocjami, aby to cos dalo.
11 2026-07-16 18:09:36 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2026-07-16 18:09:55)
co to jest 20 lat razem w porownaniu z kilkumiesiecznym kryzysem? w dodatku po pojawieniu sie dziecka. po dziecku co druga para to przechodzi. u mnie nie bylo inaczej. i wlasnie wiele sie rozstaje. wiem, ze ci trudno, ale moze warto odczekac, do tego czasu zajmij sie dzieckiem, soba, pasjami. zawies te rozmowy, narazie jestescie zbyt naladowani emocjami, aby to cos dalo.
Kryzys trwa co najmniej od 2020 roku, bo wtedy autorka założyła pierwszy taki temat. Moim zdaniem wygląda to BARDZO źle.
Kryzys nie trwa od 2020 roku. Wtedy byliśmy blisko rozstania ale z innych powodów, jednak zachowanie męża jeżeli chodzi o rozmowy, pokazywanie że mu zależy było takie same. Kryzys udało nam się przezwyciężyć i układało się dobrze.
Teraz to co innego, brak osób trzecich tylko oddalenie.
Terapia była ale przez kilka spotkań, cały czas wracaliśmy do przeszłości, lata do tyłu, każdy szczegół co było nie tak. Nie skupialiśmy się na tym co naprawić tylko kręciliśmy się w koło. Nie dotrwaliśmy dalej, może terapeuta nam nie spasował ale pewnie też to nasza wina, że nawet na terapi nie potrafiliśmy się zrozumieć. Mam wrażenie jakbyśmy żyli w innych światach, ja mówię że to jest białe a mąż że czarne.
Mówicie żeby dać sobie spokój. Ale czy to takie łatwe po takim czasie, w dodatku gdy druga strona nie mówi o tym zdecydowanie? Nie mogę go wyrzucić z naszego domu...
Kryzys nie trwa od 2020 roku. Wtedy byliśmy blisko rozstania ale z innych powodów, jednak zachowanie męża jeżeli chodzi o rozmowy, pokazywanie że mu zależy było takie same. Kryzys udało nam się przezwyciężyć i układało się dobrze.
Teraz to co innego, brak osób trzecich tylko oddalenie.
Terapia była ale przez kilka spotkań, cały czas wracaliśmy do przeszłości, lata do tyłu, każdy szczegół co było nie tak. Nie skupialiśmy się na tym co naprawić tylko kręciliśmy się w koło. Nie dotrwaliśmy dalej, może terapeuta nam nie spasował ale pewnie też to nasza wina, że nawet na terapi nie potrafiliśmy się zrozumieć. Mam wrażenie jakbyśmy żyli w innych światach, ja mówię że to jest białe a mąż że czarne.
Mówicie żeby dać sobie spokój. Ale czy to takie łatwe po takim czasie, w dodatku gdy druga strona nie mówi o tym zdecydowanie? Nie mogę go wyrzucić z naszego domu...
Myślę, że nie piszesz wszystkiego, bo to wygląda jakby mąż miał do ciebie o coś pretensje nie do odwrócenia, dlatego pytałam czy mąż też chciał dziecko?
Druga sprawa, skoro od początku nie pokazywał, że mu zależy, to teraz nie wymagaj, żeby pokazywał.
Konkretnie, o co ty masz teraz do niego pretensje?
14 2026-07-17 00:08:05 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2026-07-17 00:10:30)
Kryzys nie trwa od 2020 roku. Wtedy byliśmy blisko rozstania ale z innych powodów, jednak zachowanie męża jeżeli chodzi o rozmowy, pokazywanie że mu zależy było takie same. Kryzys udało nam się przezwyciężyć i układało się dobrze.
Teraz to co innego, brak osób trzecich tylko oddalenie.
Terapia była ale przez kilka spotkań, cały czas wracaliśmy do przeszłości, lata do tyłu, każdy szczegół co było nie tak. Nie skupialiśmy się na tym co naprawić tylko kręciliśmy się w koło. Nie dotrwaliśmy dalej, może terapeuta nam nie spasował ale pewnie też to nasza wina, że nawet na terapi nie potrafiliśmy się zrozumieć. Mam wrażenie jakbyśmy żyli w innych światach, ja mówię że to jest białe a mąż że czarne.
Mówicie żeby dać sobie spokój. Ale czy to takie łatwe po takim czasie, w dodatku gdy druga strona nie mówi o tym zdecydowanie? Nie mogę go wyrzucić z naszego domu...
W 2020 roku pisałaś:
Ja dla niego jestem w stanie zrobić wiele, starać się, próbować, on powiedział, że nie zrobi nic. Ze nie wie co czuje, że chyba nie ma dla nas przyszłości...to jak czasami ze mną rozmawia, uświadamia mi jak mało mnie szanuje, mnie i moje emocje
Ktoś mówił, żeby rozmawiać. Długo nie chciał rozmawiać, teraz jak rozmawiamy o tym co się dzieje to nie słyszę nic przyjemnego. Tylko że było źle, nie pasujemy do siebie, a najczęściej to że on sam już nie wie...
Zaproponowałam czas bez kontaktu, to usłyszałam że mąż się nie odezwie bo już tego kontaktu nie potrzebuje, że już mnie nie potrzebuje.
W 2025 roku pisałaś:
Od kiedy urodziło się nam dziecko chyba coś do mnie dotarło, że nie chce związku byle jakiego.
Od pół roku mocno się jej dogaduje, brak rozmów, zbliżeń, zainteresowania. Zawsze ja inicjowałam sposób na spędzanie czasu, w sumie to trochę kierowałam naszym życiem. Widząc że mocno się sypie zaproponowałam terapię. Jesteśmy po 4 spotkaniach. Ja podejmuje próby rozmowy, ale zawsze kończy się na kłótni. Mąż jest na etapie że liczy na to że terapia mu coś rozjaśni, teraz nie chce mu się nawet ze mną rozmawiać itp. ja uważam że trzeba podejmować kroki, sama.terapia nic nie da. Jestem zmęczona ignorancją, i sama zaczęłam być cieniem człowieka. Odpowiadam tym samym, czyli ciszą. Ostatnio zapytałam jak w pracy, to usłyszałam że pytam na siłę, że to nienaturalne i po co to robię. Mam siłę walczyć dla córki ale chyba nie mam nadzieję. Mąż wypomina mi malo ostatnie rzeczy z przed 5 lat. Myślę że w tym czasie mniej kochał, a skoro kochał i nie zapomniał o głupotach to nawet jeżeli to uczucie wróci to za kolejnych 5 lat znów może usłyszeć że zrobiłam tam albo siak.
Nie wiem co mam robić. Jak dotrzeć. Mocno myślimy o rozstaniu ale mamy małe dziecko. Tak żal mi że będzie z rozbitej rodziny. Wiem że rodzina bez miłości jest gorsza ale ciężko mi z myślą że jestem współwinna tej sytuacji i dziecko ucierpi.
W 2026 roku wciąż piszesz TO SAMO. Mąż nie kocha, nie okazuje uczuć, nie okazuje troski. Jest wrogo nastawiony, nie chce rozmawiać, drażnisz go i męczysz. Ty chcesz miłości, ale się uczepiłaś tego męża jakby był ostatnim facetem na planecie.
Także POBUDKA, bo właśnie zmarnowałaś co najmniej 6 lat swojego życia. W tym tempie do starości będziesz żebrać o coś, czego mąż ewidentnie nie jest w stanie Tobie dać.
Lubisz się tak męczyć? Może warto pójść na indywidualną terapię?
Dziękuję. Może właśnie po to właśnie wróciłam do swojej historii żeby "dostać" po głowie. Ja to wszystko wiem, ale nadal silna jest we mnie chęć i nadzieja że uda się jeszcze stworzyć kochająca się rodzine. Nie wszyscy bliscy wiedzą o sytuacji, a jak wiedzą to nie powiedzą wprost że to bez sensu, mimo że zaakceptują każda moją decyzję. Ale obce osoby powiedzą prawdę i chyba tego potrzebuje. Upewnić się w swojej decyzji że już wystarczy.
Ale chyba też zrozumiałe jest to że obawiam się o przyszłość. Nawet nie swoją a córki. Wiem ile jej zostanie odebrane.
Będąc w takiej sytuacji, nie powinnaś decydować się na ślub ani na dziecko z tym facetem i dawno zakończyć tę relację.
Teraz pozostaje się rozstać, albo tkwić w tym co jest i czekać aż on ciebie zostawi, bo naprawić tu już nic się nie da.
Żadna terapia nie pomoże jak jedna osoba nie kocha drugiej. Terapeuta nie przekona tej strony aby zaczeła kochać a jedynie co przekona do ... rozwodu ![]()
Bo wtedy jest to najlepsze rozwiązanie i często ludzie są obrażeni na terapetutę bo nie ułyszeli tego co chcieli ![]()
Związek to dwie strony które się kochają. Jak tylko jedena osoba kocha to żaden związek ...
I uwierz życie z kimś kogo się nie kocha i zaczyna nas wkurzać i denerować nie jest fajne.
Ten "związek" wiele lat temu powinien się zakończyć. Minumum 6 lat temu bo już wtedy był on trupem.
A zrobienie sobie dziecka aby "ratować trupa" jest po prostu głupie ...
Szkoda dzieciaka jedynie, bo na 100% on za to zapłaci ...
Ludzie w złości dużo słów przykrych mogą powiedzieć. Akurat to powiedział w trakcie kłótni,a nie podczas normalnej rozmowy,więc może wcale nie miał tego na myśli co powiedział
Żadna terapia nie pomoże jak jedna osoba nie kocha drugiej. Terapeuta nie przekona tej strony aby zaczeła kochać a jedynie co przekona do ... rozwodu
Bo wtedy jest to najlepsze rozwiązanie i często ludzie są obrażeni na terapetutę bo nie ułyszeli tego co chcieliZwiązek to dwie strony które się kochają. Jak tylko jedena osoba kocha to żaden związek ...
I uwierz życie z kimś kogo się nie kocha i zaczyna nas wkurzać i denerować nie jest fajne.Ten "związek" wiele lat temu powinien się zakończyć. Minumum 6 lat temu bo już wtedy był on trupem.
A zrobienie sobie dziecka aby "ratować trupa" jest po prostu głupie ...Szkoda dzieciaka jedynie, bo na 100% on za to zapłaci ...
Na prawdę próba ratowania związku jest ratowaniem trupa? Bo ktoś postępował źle ale dało się szansę małżeństwu? Bo było się razem 13 lat i zamiast się starać to najlepiej się spakować i nara? Może niektórzy tak potrafią, ja nie. Wierzyłam że nam się uda, kolejne, 3-4 lata były fajne. Nie żałuję tych decyzji, nie żałuję że mamy dziecko, wierzyłam że nasz związek się ułoży. Teraz z perspektywy czasu widzę że zatoczyliśmy koło. Nie mogłam tego przewidzieć.
Nie chciałam żeby terapeuta przekonał kogoś do kochania. Nie potrafiliśmy wtedy nazwać tego co jest między nami. Terapia dała nam wiadomość że chyba nie jesteśmy dla siebie. Nie obwiniam terapeuty, uważam że mogliśmy trafić lepiej. Na kogoś kto za miast tylko zadawać pytania, jakoś nam pomoże się skomunikować nawet jeżeli oznaczałoby to koniec związku.
20 2026-07-17 13:18:42 Ostatnio edytowany przez Mrs.Happiness (2026-07-17 13:28:36)
Dziękuję. Może właśnie po to właśnie wróciłam do swojej historii żeby "dostać" po głowie. Ja to wszystko wiem, ale nadal silna jest we mnie chęć i nadzieja że uda się jeszcze stworzyć kochająca się rodzine. Nie wszyscy bliscy wiedzą o sytuacji, a jak wiedzą to nie powiedzą wprost że to bez sensu, mimo że zaakceptują każda moją decyzję. Ale obce osoby powiedzą prawdę i chyba tego potrzebuje. Upewnić się w swojej decyzji że już wystarczy.
Ale chyba też zrozumiałe jest to że obawiam się o przyszłość. Nawet nie swoją a córki. Wiem ile jej zostanie odebrane.
Teraz najważniejsze jest, żebyś patrzyła na to wszystko trzeźwym okiem. Nie przez pryzmat emocji i swoich własnych wyobrażeń.
Mówisz, że wiesz ile zostanie odebrane córce, jeśli zdecydujesz się na rozwód. Dla odmiany warto pomyśleć, ile potencjalnie na tym zyska. Przede wszystkim mamę ze spokojną głową. A to jest naprawdę DUŻO. Niektóre dzieci (ja byłam takim dzieckiem, więc mówię również z własnego doświadczenia) wręcz żałują, że rodzice nie mieli odwagi się rozejść, bo toksyczna atmosfera w domu odbija się na każdym członku rodziny.
Słuchaj męża, zobacz go takim, jaki jest. Nie jego potencjał. Nie wizję. Na nic więcej z jego strony nie możesz liczyć. Przez ostatnie lata wielokrotnie dawał Ci to do zrozumienia. Obie dobrze wiemy, że nie potrafisz tego stanu rzeczy zaakceptować, że on Ci będzie uwierał i dręczył.
Uwolnij się z tego małżeństwa zanim wyssie z Ciebie ostatnią kroplę radości z życia. Daj sobie szansę na normalność.
Na świecie jest mnóstwo fajnych mężczyzn, którzy chcą i potrafią okazywać miłość. Jeszcze możesz takiego spotkać. Pod warunkiem, że odpuścisz sobie tego jednego konkretnego faceta i nad sobą popracujesz, bo Twoje zachowanie przez ostatnie lata nie było normalne. Trzeba znaleźć jego przyczynę.
21 2026-07-17 16:42:40 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-07-17 16:48:17)
To dobrze ze sie latwo nie poddalas. Zrobilas co moglas. Najgorsze jest to ze trafiliscie na slabego terapeute. Ze tak naprawde nie wiecie o co chodzi i skad sie bierze ten chłód. Co mozna bylo zrobic zeby podtrzymac "ciepło". Bo jezeli bylo miedzy Wami na poczatku dobrze, potem bardzo zle (kryzys), potem znow dobrze (4 lata a nie na chwile) to znaczy ze jest w Was potencjal zeby ten stan trwal. Albo byl bo moze za bardzo sie juz wypalilo. Ostatecznie nie kazda para po kryzysie jest w stanie sie podniesc i odbudowac bliskość - a Wy naprawiliscie to na dlugie 4 lata. Zrobiliscie to nie rozumiejac mechanizmow ktore niszcza Wasz zwiazek. Po omacku, nie wiedzac na co uwazac, czego unikac, kto jakie ma potrzeby, co kogo boli, jak sie wspierac, gdzie sie ranicie, skad bierze sie chłód. Wiec da sie - choc moze juz poszlo za daleko? Ty wiesz lepiej niz my.
Nie potrafie krytykowac Ciebie czy Twojego faceta bo nie wiem jak wygladalo Wasze zycie, co sie dzialo. Wiem jednak ze jestesmy tylko ludzmi i zachowanie Twojego faceta to tylko objaw "czegos" a nie przyczyna. Czegos mu brakowalo, cos go uwieralo. A jak jest malo otwarty to nie bedzie wnikal i szukal rozwiazania tylko focha strzeli. Troche niedojrzale ale coz - takie zycie. Jasnowidzem nie jestes ale szkda ze wiesz ze sa klotnie, ze jest chłód, ale nie wiadomo dlaczego
Na prawdę próba ratowania związku jest ratowaniem trupa? Bo ktoś postępował źle ale dało się szansę małżeństwu? Bo było się razem 13 lat i zamiast się starać to najlepiej się spakować i nara? Może niektórzy tak potrafią, ja nie. Wierzyłam że nam się uda, kolejne, 3-4 lata były fajne. Nie żałuję tych decyzji, nie żałuję że mamy dziecko, wierzyłam że nasz związek się ułoży. Teraz z perspektywy czasu widzę że zatoczyliśmy koło. Nie mogłam tego przewidzieć.
Jedno mnie zastanawia w tej wypowiedzi. Piszesz, że 3-4 lata były fajne - to co, mąż jednak po tym pierwszym kryzysie zdecydował, że kocha? Że Cię potrzebuje? Starał się? Okazywał uczucia? Bo gdy tu wcześniej pisałaś (w 2020 roku), to nie wyglądało to za dobrze.
To dobrze ze sie latwo nie poddalas. Zrobilas co moglas. Najgorsze jest to ze trafiliscie na slabego terapeute. Ze tak naprawde nie wiecie o co chodzi i skad sie bierze ten chłód. Co mozna bylo zrobic zeby podtrzymac "ciepło". Bo jezeli bylo miedzy Wami na poczatku dobrze, potem bardzo zle (kryzys), potem znow dobrze (4 lata a nie na chwile) to znaczy ze jest w Was potencjal zeby ten stan trwal. Albo byl bo moze za bardzo sie juz wypalilo. Ostatecznie nie kazda para po kryzysie jest w stanie sie podniesc i odbudowac bliskość - a Wy naprawiliscie to na dlugie 4 lata. Zrobiliscie to nie rozumiejac mechanizmow ktore niszcza Wasz zwiazek. Po omacku, nie wiedzac na co uwazac, czego unikac, kto jakie ma potrzeby, co kogo boli, jak sie wspierac, gdzie sie ranicie, skad bierze sie chłód. Wiec da sie - choc moze juz poszlo za daleko? Ty wiesz lepiej niz my.
Nie potrafie krytykowac Ciebie czy Twojego faceta bo nie wiem jak wygladalo Wasze zycie, co sie dzialo. Wiem jednak ze jestesmy tylko ludzmi i zachowanie Twojego faceta to tylko objaw "czegos" a nie przyczyna. Czegos mu brakowalo, cos go uwieralo. A jak jest malo otwarty to nie bedzie wnikal i szukal rozwiazania tylko focha strzeli. Troche niedojrzale ale coz - takie zycie. Jasnowidzem nie jestes ale szkda ze wiesz ze sa klotnie, ze jest chłód, ale nie wiadomo dlaczego
Na podstawie tego, co póki co napisała autorka (również w poprzednich tematach), to mi jej mąż wygląda na kogoś słabego psychicznie i niedecyzyjnego. Takiego, który już woli z braku laku zostać przy żonie, której w sumie nie kocha i, jak sam mówił, nie potrzebuje, bo bierność jest mniej wymagająca. Nawet wspólny czas głównie organizowała ona - o czym pisała w temacie z 2025 roku. Chyba też trochę liczył, że terapeuta magicznie rozwiąże wszystko za niego, dlatego chodził na terapię, ale jednocześnie rozmawiać z żoną nie chciał.
Bert44 napisał/a:To dobrze ze sie latwo nie poddalas. Zrobilas co moglas. Najgorsze jest to ze trafiliscie na slabego terapeute. Ze tak naprawde nie wiecie o co chodzi i skad sie bierze ten chłód. Co mozna bylo zrobic zeby podtrzymac "ciepło". Bo jezeli bylo miedzy Wami na poczatku dobrze, potem bardzo zle (kryzys), potem znow dobrze (4 lata a nie na chwile) to znaczy ze jest w Was potencjal zeby ten stan trwal. Albo byl bo moze za bardzo sie juz wypalilo. Ostatecznie nie kazda para po kryzysie jest w stanie sie podniesc i odbudowac bliskość - a Wy naprawiliscie to na dlugie 4 lata. Zrobiliscie to nie rozumiejac mechanizmow ktore niszcza Wasz zwiazek. Po omacku, nie wiedzac na co uwazac, czego unikac, kto jakie ma potrzeby, co kogo boli, jak sie wspierac, gdzie sie ranicie, skad bierze sie chłód. Wiec da sie - choc moze juz poszlo za daleko? Ty wiesz lepiej niz my.
Nie potrafie krytykowac Ciebie czy Twojego faceta bo nie wiem jak wygladalo Wasze zycie, co sie dzialo. Wiem jednak ze jestesmy tylko ludzmi i zachowanie Twojego faceta to tylko objaw "czegos" a nie przyczyna. Czegos mu brakowalo, cos go uwieralo. A jak jest malo otwarty to nie bedzie wnikal i szukal rozwiazania tylko focha strzeli. Troche niedojrzale ale coz - takie zycie. Jasnowidzem nie jestes ale szkda ze wiesz ze sa klotnie, ze jest chłód, ale nie wiadomo dlaczego
Na podstawie tego, co póki co napisała autorka (również w poprzednich tematach), to mi jej mąż wygląda na kogoś słabego psychicznie i niedecyzyjnego. Takiego, który już woli z braku laku zostać przy żonie, której w sumie nie kocha i, jak sam mówił, nie potrzebuje, bo bierność jest mniej wymagająca. Nawet wspólny czas głównie organizowała ona - o czym pisała w temacie z 2025 roku. Chyba też trochę liczył, że terapeuta magicznie rozwiąże wszystko za niego, dlatego chodził na terapię, ale jednocześnie rozmawiać z żoną nie chciał.
A mozliwe. Nie czytalem innych watkow
Tak, mąż ma jakieś braki emocjonalne. Miał trudne dzieciństwo, bez bliskości rodziców, bez rozmów i dlatego też tych rozmów nie umie prowadzić. Wszystko traktuje jako atak, odbiera to że jest najgorszy i nie wystarczający. I tak jak ktoś napisał, liczył na to że terapeuta nie da mu narzędzi ale dosłownie powie, krok po kroku co ma zrobić.
Ja byłam inicjatorką najważniejszych naszych życiowych decyzji. I chyba nie potrzebuje być kochany, nie potrzebuje być z kimś blisko. Dlatego jest w stanie żyć w domu gdzie się ze mną mija, jest wygodniej pod względem logistycznym , finansowym.
A czemu znowu się zepsuło? Nie ma takiego jednego momentu, jakoś znowu zaczęliśmy się oddalać, zaproponowałam terapię, tam wyszły wszystkie brudy, pomiędzy nami zrobiło się gorzej, ja też się wycofałam i przestałam się "starać", a on nie zaczął się "starać" i wszystko się rozsypało.
26 2026-07-17 21:15:43 Ostatnio edytowany przez Bert44 (2026-07-17 21:18:24)
Tak, mąż ma jakieś braki emocjonalne. Miał trudne dzieciństwo, bez bliskości rodziców, bez rozmów i dlatego też tych rozmów nie umie prowadzić. Wszystko traktuje jako atak, odbiera to że jest najgorszy i nie wystarczający. I tak jak ktoś napisał, liczył na to że terapeuta nie da mu narzędzi ale dosłownie powie, krok po kroku co ma zrobić.
Ja byłam inicjatorką najważniejszych naszych życiowych decyzji. I chyba nie potrzebuje być kochany, nie potrzebuje być z kimś blisko. Dlatego jest w stanie żyć w domu gdzie się ze mną mija, jest wygodniej pod względem logistycznym , finansowym.
A czemu znowu się zepsuło? Nie ma takiego jednego momentu, jakoś znowu zaczęliśmy się oddalać, zaproponowałam terapię, tam wyszły wszystkie brudy, pomiędzy nami zrobiło się gorzej, ja też się wycofałam i przestałam się "starać", a on nie zaczął się "starać" i wszystko się rozsypało.
Przykra sprawa. Jak jedna strona sie stara i wiecznie odbija od drugiej....A nieumiejetnosc rozmowy i odbieranie wszystkiego jako atak - na to mam alergie
Chyba niestety czas pomyslec o sobie
Czy byliście w podobnej sytuacji? Co robić, jak sobie radzić? Mam swoje pasje, spędzam fajnie czas ale jednak cały czas mam w głowie co dalej z naszą rodziną.
To nie związek a układ. Po pierwsze.
Po drugie - skoro on nie zmienia sposobu działania (albo raczej sposobu niedziałania), to ty odchodzisz z dzieckiem. Szkoda tracić czas na kogoś kto od wszystkiego umywa ręce. Dziecka szkoda, ciebie szkoda.
jakbyś kochała chociąz odrobinę tego męża to dałabyć mu odejść. Niestety decyzję będziesz musiała podjąć sama, bo On wcale nie jest męski i Ty w tym związku nosisz spodnie, to jest powód.
nie dlatego, że Ty taka jesteś, tylko że taki jest układ energii między wami.
Córce dajesz złe dzieciństwo. Lepiej byłoby dla niej mieć pojedynczych zadowolonych rodziców niż takie coś. Sama też sobie daj prawo do szczęścia.
29 2026-07-20 01:06:56 Ostatnio edytowany przez Socjallibertarianin (2026-07-20 01:07:55)
To dobrze ze sie latwo nie poddalas. Zrobilas co moglas. Najgorsze jest to ze trafiliscie na slabego terapeute. Ze tak naprawde nie wiecie o co chodzi i skad sie bierze ten chłód. Co mozna bylo zrobic zeby podtrzymac "ciepło". Bo jezeli bylo miedzy Wami na poczatku dobrze, potem bardzo zle (kryzys), potem znow dobrze (4 lata a nie na chwile) to znaczy ze jest w Was potencjal zeby ten stan trwal. Albo byl bo moze za bardzo sie juz wypalilo. Ostatecznie nie kazda para po kryzysie jest w stanie sie podniesc i odbudowac bliskość - a Wy naprawiliscie to na dlugie 4 lata. Zrobiliscie to nie rozumiejac mechanizmow ktore niszcza Wasz zwiazek. Po omacku, nie wiedzac na co uwazac, czego unikac, kto jakie ma potrzeby, co kogo boli, jak sie wspierac, gdzie sie ranicie, skad bierze sie chłód. Wiec da sie - choc moze juz poszlo za daleko? Ty wiesz lepiej niz my.
Nie potrafie krytykowac Ciebie czy Twojego faceta bo nie wiem jak wygladalo Wasze zycie, co sie dzialo. Wiem jednak ze jestesmy tylko ludzmi i zachowanie Twojego faceta to tylko objaw "czegos" a nie przyczyna. Czegos mu brakowalo, cos go uwieralo. A jak jest malo otwarty to nie bedzie wnikal i szukal rozwiazania tylko focha strzeli. Troche niedojrzale ale coz - takie zycie. Jasnowidzem nie jestes ale szkda ze wiesz ze sa klotnie, ze jest chłód, ale nie wiadomo dlaczego
Sam byś nie wytrzymał miesiąca... Moja kuzynka została wyrzucona gdy w emocjonalnych łowach powiedziała mniej mocne słowa. Podobnie było z siostrą. Znam tez podobne przypadki pracy a u mnie ponad 60% załogi to kobiety.
Sam byś nie wytrzymał miesiąca... Moja kuzynka została wyrzucona gdy w emocjonalnych łowach powiedziała mniej mocne słowa. Podobnie było z siostrą. Znam tez podobne przypadki pracy a u mnie ponad 60% załogi to kobiety.
Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem. Została wyrzucona po tym, jak powiedziała mężowi, że go nie kocha i to wystarczyło, żeby ją wyrzucił? Czy tak?
Socjallibertarianin napisał/a:Sam byś nie wytrzymał miesiąca... Moja kuzynka została wyrzucona gdy w emocjonalnych łowach powiedziała mniej mocne słowa. Podobnie było z siostrą. Znam tez podobne przypadki pracy a u mnie ponad 60% załogi to kobiety.
Nie jestem pewna, czy dobrze rozumiem. Została wyrzucona po tym, jak powiedziała mężowi, że go nie kocha i to wystarczyło, żeby ją wyrzucił? Czy tak?
No,a po co ma żyć pod jednym dachem.z osobą,która go nie kocha? Ja bym na miejscu tej kobiety sama siebie wyrzuciła z domu, bo to w końcu też dla niej męczarnia żyć z kimś kogo nie kocha
Autorka nie odchodzi, bo chce "urobić" męża na siłę. To niestety jest toksyczne
człowiek w związku potrzebuje akceptacji swojej osoby i zrozumienia, a to przychodzi albo bardzo latwo, albo jak po grudzie. Jedynie co tam może jeszcze zyskać to brak szacunku do siebie nawzajem.
pisała tutaj z 6 lat temu..ja wtedy byłam sama, przed rozwodem. Patrzę jaką drogę przeszłam i wydaje mi się, że było to wieki temu, a autorka dalej tkwi w tym samym miejscu. Nie posłuchała żadnych rad i teraz też nie posłucha.
Czytałam wasze wiadomości po kilka razy, przeanalizowałam sobie całą sytuację po raz setny, pogodziłam się z tym że nie uda nam się stworzyć fajnego związku (może nie pogodziłam się w 100% ale czułam jakiś spokój), znalazłam termin za jakiś czas kiedy będziemy sami, bez dziecka, na spokojnie mogli pogadać. Z chciałam zaproponować jakieś powolne, spokojne rozstanie. I wiecie co...kolejnego dnia zmarł ojciec męża...czuje się jakby ktoś sobie żarty że mnie robił, w sytuacji oczywiście która nie jest śmieszna
Współczuję mu bardzo ale też czuje się w potrzasku
Nie mogę wymagać od niego teraz kolejnych rozmów, deklaracji
Czasie było tak, że jak się pokłóciliśmy (nie w obecności córki) to córka albo zaczynała chorować albo przychodziła spać do nas w nocy. Czasami sobie tłumaczyłam to, że to jakiś znak, że nas potrzebuje
Co mam myśleć teraz? Wiem że to zbieg okoliczności ale czuję bezsilność że utknęłam na kolejne długie tygodnie
Ona,jak,nie,ona, wiesz co, nie wiem czy jeszcze długo chowałabym swoje odczucia do w kieszeni. Może przeczekaj z dwa tygodnie i wtedy spróbuj pogadać, tylko - jakby co - bez jakichś wyrzutów, pretensji, i tym podobnych, bo w takiej atmosferze nikomu nie chciałoby się gadać. Skoro częściowo jest ok, to możesz zaproponować spotkania u jakiegoś terapeuty par, wspomnieć o tym tak przy okazji omawiania rozstania, jeśli tobie zależy. Jednakowoż na miłość z jego strony bym nie liczyła, gdyż uważam, że w kłótni, jak zresztą po alkoholu, mówi się to, co się naprawdę myśli.
JByła terapia, wiele prób rozmów, ale mam poczucie, że cały czas stoimy w tym samym miejscu. Każda próba poruszenia trudnych tematów często kończy się obroną, atakiem albo wracaniem do dawnych sytuacji. Mąż sam nie zaczyna rozmów o naszej relacji. A jak ja probuje to słyszę że nie chce rozmawiać.
Jednocześnie nie jest tak, że wszystko jest źle – czasem coś wspólnie planujemy, potrafimy spędzić dobry czas jako rodzina, ostatnio mieliśmy nawet udany wyjazd. Widzę, że zależy mu na córce i czasem mam wrażenie, że na mnie też, ale brakuje mi z jego strony emocjonalnego zaangażowania i poczucia, że chce zawalczyć o nas.
Po ostatniej kłótni usłyszałam, że mnie nie kocha i raczej się to nie zmieni. W emocjach powiedziałam, że w takim razie zostaje nam tylko rozstanie. Po kilku dniach znowu zaczęłam się zastanawiać, co robić. Nie chcę podejmować decyzji pod wpływem złości, ale też nie chcę kolejnych miesięcy żyć w zawieszeniu.
Dramat. Kocha, nie kocha, terapia, rozmowy... To jest twój facet czy twoja psiapsi? Masz małe dziecko, czyli jesteś jeszcze młoda, a gadasz jak babcia pod blokiem.
Rozmowy są dla kobiet. Dla faceta fajny wygląd, keks, dobre jedzenie i żebyś mu nie truła dupy za często. Opisujesz wszystkie techniki rozwiązywania konfliktów w nurcie mój facet to maja psiapsi z cosmopolitana.
Może się zapuściłaś i nie kocha = nie ma ochoty na keks?