Cześć, potrzebuje spojrzenia z boku na moją sytuację.
Jesteśmy rok po ślubie, na co dzień pewnie znalazłyby się jakieś rzeczy do których można by się przyczepić, ale to jak w każdej relacji. Raczej jest ok, uważam, że wspólne życie na porządku dziennym nam wychodzi.
ALE…
Mój mąż przez ostatni rok przy każdej większej okazji (wyjścia, święta, wesela, urodziny) nie kontroluje się z i po alkoholu. Przed ślubem też mu się zdarzały takie akcje, ale nie w takiej częstotliwości. W skrócie: zasypia przy stole/na kanapie u innych ludzi, bełkocze, klnie jak szewc i gada głupoty. Zdarza się, że rzuci w moją stronę niemiłym tekstem. Jest mi cholernie wstyd i każde wyjście to jest dla mnie stres i zastanawianie się, czego tym razem nie odwali.
Rozmawialiśmy o tym wielokrotnie. Na ostatnim wyjeździe popijał codziennie piwko/drineczki przez cały dzień, zapytałam czy może się cos u niego złego dzieje, że potrzebuje wprowadzać się w stan upojenia - usłyszałam odpowiedź, że nie i że on czasami po prostu lubi wypić i tyle. Powiedział, że i tak się zmienił tylko ja tego nie zauważam (faktycznie przestał piwkowac w tygodniu), ale kurcze, jak już jest okazja to się odpala na maksa. On nie widzi w tym nic złego, dlatego terapia nie wchodzi w grę.
Nie wiem co mam robić, bo skoro on nie widzi w tym problemu i po naszych rozmowach nic się nie zmienia, to już raczej tak będzie. Wiele razy próbowałam ratować sytuację. Ostatnio zaznaczyłam, że nie wyobrażam sobie, żeby moje małżeństwo tak wyglądało. Trochę czuję brak szacunku w moją stronę, bo po każdej imprezie mówię mu jak się źle z tym czuję, a on nie bierze moich uczuć po uwagę. Wcześniej planowaliśmy dziecko, ale w tym momencie tego nie chcę. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dzieci oglądały ojca w takim stanie. Przeszkadza mi to tak mocno, bo za dzieciaka naoglądałam się alkoholików w swojej rodzinie. Mój największy koszmar to mieć męża alkoholika. Gdybyśmy nie byli po ślubie - odeszłabym.
Mam zostać, próbować? Odejść? Jak tak, to ile? Jesteśmy małżeństwem i nie czuję, że mogę to wszystko rzucić od tak.
Najgorsze, że ja już jestem na tym etapie, że nawet nie płaczę i nie wkurzam się, nie robię mu wyrzutów. Coś tam skomentuję, ale to tyle. Nie ma we mnie tych emocji, co kiedyś. Obawiam się, że przestaje mi zależeć lub, co gorsza, przyzwyczajam się do tego stanu rzeczy.
Dodam, że nie pije „do lustra”. Jak przyjdzie weekend to otworzy jakieś piwo, wino, ale sam w domu się nie upija.
Potrzebuje oceny, czy jest źle i mam prawo myśleć o rozwodzie, czy może przesadzam…