Witam serdecznie.. po kilku latach..
Zastanawiam się czy na forum jest ktoś kto żyje w małżeństwie z partnerem , który "nie czuje potrzeby seksu, i to wychodzi z jego głowy" - nie inicjuje zbliżeń ale jak tłumaczy gdy ja tylko inicjuje - to musi coś w głowie kliknąć żeby było - to cytat. Sam nie zainicjuje od lat.
Więc jak się czuje ja - wie ten kto to przechodzi/ przeszedł - były różne etapy u mnie, w pewnym momencie doszło do tego że robił wszystko by mnie zaspokoić , moją potrzebę (wręcz ból fizyczny organizmu z braku) - ale jak wiecie nie było w tym nic z uczucia pożądania - taki obowiązek małżeński, który sam chciał aby było dobrze. Ale tego nie da się ukryć , to druga strona wyczuwa i jest kac moralny - bo ty chcesz masz potrzebę i dostajesz - ale serce rozlatuje się na kawałki , bo czujesz jakbyś kogoś zmuszała do czegoś czego de facto nie chce? chce? ma przyjemność? nie ma? nie wiem..
Nie wiem czy jest aseksualny - bo mamy dwójkę dzieci i jakoś nie było z tym problemu wcześniej albo to ukrywał cały czas - jeszcze do tego nie doszliśmy.
Czy może ktoś się stać aseksualny podczas trwania małżeństwa?
Do tej pory nie miał problemu z erekcją , orgazmem ba stwierdził że czuje przyjemność podczas. Teraz pojawiły się już problemy natury fizycznej - być może chęć zaspokojenia moich potrzeb spowodowała odmowę pełną organizmu? A u mnie całkowite pęknięcie, pękłam i się wylało.. był w szoku bo wydawało mu się , że jest wszystko ok.. że ta iluzja działa a jednak nie działa. Ja w środku czuję się jakby ze mnie życie ulatywało jak martwa. Byłam kobietą kiedyś.. a jestem jej widmem, jestem tylko żoną i matką - mam tylko funkcje jak robot, który musi wykonać swoje obowiązki.
Tym razem zrozumiał, dotarło chyba do niego. Zgodził się na poradę specjalisty - pod warunkiem, że ją umówię.
Długo myślałam nad tym bo to przekroczenie moich granic, że nawet w czymś takim to ja muszę to brać na swoje barki, jakby to wszystko to "był mój problem" i tylko mój.
Ale też przyznał się że ma niskie libido przeradzające się w zerowe i z problemem już fizycznym - i że z tym pójdzie do specjalisty - jak wizytę umówię.
Zresztą sam stwierdził , że to jak ja się czuje z tym to mój problem. Wyjaśniłam , że to sprzężenie zwrotne i nazwałabym to konsekwencją tego wszystkiego.
Poinformowałam że nie czuje się z tym komfortowo ale to zrobię. I to zrobiłam , czy dobrze czy źle nie wiem - granica jest taka że pierwszą więcej nie będę umawiać.
Boję się bardzo tego czego mogę się dowiedzieć. Czy w ogóle się czegokolwiek dowiem i mi powie nie wiem.
A scenariusze w głowie mam różne. Nadziei nie wiele.
Czy ktoś trwa w takim małżeństwie i przetrwało?
A jak przetrwało to jak sobie z tym radzicie?
Z chęcią dowiedziałabym się z punktu widzenia obu stron.