Cześć dziewczyny. Lata nie bylam tutaj na forum, może z 6,7? Niestety musiałam założyć nowy login.
Muszę się podzielić bólem, który noszę w sobie. Postaram się opisać to bardzo skrótowo, jeśli będa pytania, to dopiszę odpowiedzi.
Aktualna sytuacja (bardzo skrótowo) jest taka, że rozpadł się właśnie mój 4 letni związek.
Poznaliśmy się przez internet, w momencie, kiedy straciłam nadzieję, że kogokolwiek poznam, gdyż w tamtym momencie akurat leżałam w szpitalu ze złamanym kręgosłupem. Spotkaliśmy się raz, już po moim powrocie ze szpitala. Świetnie się dogadywaliśmy. Spodobaliśmy się sobie. Już za parę dni przyjechał po mnie i wyjechaliśmy do Zakopanego. Taki był początek znajomości.
On był po rozwodzie (zdrada żony, małżeństwo bezdzietne), praktycznie od razu mi o tym powiedział / będzie tutaj wątek religijny, nie każdy to zrozumie, ale proszę mnie nie oceniać/.
Dla mnie ten rozwód to był trochę problemem, moja Mama jest baaaaaardzo wierzącą osobą, przez ostatnie lata rzekłabym nawet, że fanatycznie wierzącą. Dużą część tych wierzeń i przekonań "sprzedała" mnie - seks zły, mieszkanie ze sobą złe, itd. itp. (dużo by pisać).
Tak więc, od razu zaproponowałam mojemu X że takie małżeństwo można "unieważnić" i czy mógłby spróbować to zrobić, bo wiara jest dla mnie ważna. Zgodził się od razu. Złożył dokumenty. Dużo go to kosztowało i nie mówię tutaj pieniądzach. Trwało to dokładnie 3 lata i 5 miesięcy. Miesiąc temu dostał decyzję, o której nawet mi nie powiedział, a którą wygrzebałam z jego plecaka: brak dowodów na stwierdzenie nieważności.
X zrobił się bardzo zamknięty w sobie. Tak naprawdę przez 4 lata nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co będzie, jesli się nie uda. Chyba obydwoje założyliśmy, że to się po prostu uda i nie bedzie innej opcji.
Jeśli był trudny temat, nic nie mówił, milczał. Nawet pokłócić się z nim nie można było, bo on nie lubi się kłócić i nie wchodzi nawet w dyskusje (bardzo się zmienił przez ostatnie 1,5 roku, myślę że z powodu stresującej pracy, na którą bardzo narzekał. Marzył zawsze o jeżdżeniu na truckach i zrealizował to. Ale siedzenie przez 5 dni samemu w kabinie, ciągły stres, nie zadziałały na niego najlepiej. On zawsze był bardzo pozytywnym człowiekiem, pełnym energii, rozgadanym. A tutaj po prostu zgasł i zamykał się w sobie z dnia na dzień. Sam coraz cześciej wspominał, że musi z tego zrezygnować, chyba widział już co się z nim dzieje).
Była jeszcze kiedyś taka sytuacja, że X jak wrócił z UK (tam żył, przez 13 lat), nie mógł znaleźć pracy, był okres pandemii. Załatwiłam mu pracę w moim mieście i chwilę mieszkał u mnie. Ale spaliśmy w osobnych pokojach, z uwagi na rodziców. Któregoś dnia, moja Mama przyszła do P. i powiedziała mu, że jak skończy się zima to będzie musiał się wyprowadzić i poszukać innego lokum, bo ona jest osobą bardzo religijną i nie może pozwolić, żebyśmy mieszkali u niej w domu bez ślubu. Jak weźmiemy ślub to jak najbardziej może tutaj zamieszkać. Myślę, że to też mogło go utwierdzić w takim przekonaniu, że jak nie będzie ślubu to absolutnie wszystko będzie skończone.
Ok 3 miesiące temu była taka sytuacja: zaczęłam go podpytywać, jak widzi naszą przyszłość. Nie chciał rozmawiać, zdenerwował się. Zaczęłam drążyć i po kilku próbach "wyduszenia" jakiejkolwiek informacji od niego, udało mi się. Rozpłakał się i jedyne co powiedział, że "co on będzie ze mną rozmawiał o przyszłości, jak nawet nie wie czy dostanie to unieważnienie". Trochę mnie to zaskoczyło. Powiedziałam mu, że na pewno dostanie, wszystko będzie ok. A jak nie dostanie, to przecież go nie zostawię.
No i miesiąc temu, dostał informację. I wyglądało to tak, że jak ją otrzymał, to przestał sie do mnie odzywać. Kompletnie. Całkowicie. Dzwoniłam, pisałam, nagrywałam się, nic. Jakby umarł. Ale po komunikatorze widziałam, ze jest dostępny, wiec to znaczy, że nic się nie stało. Po tygodniu odezwał się, jakby nigdy nic. Nie drążyłam, bo wiedziałam, że nic z niego nie wycisnę. Tydzień później, znalazłam tę decyzję. Jestem osobą bardzo emocjonalną, często też mam reakcje nieadekwatne do sytuacji, wyolbrzymione. Z perspektywy dzisiejszego dnia widzę, że mogłam to wszystko rozegrać zupełnie inaczej i może byłoby dobrze. Niestety górę wzięły emocje.
Wszedł do pokoju i już widział, że coś ze mną nie tak. Powiedziałam o co chodzi i wybuchłam takim okrutnym płaczem, że aż sie zachodziłam. Na 100 pytań w jego kierunku, usłyszałam tego dnia tylko dwa zdania: boję się, że jak Twoi rodzice się dowiedzą, to się wyrzekną Ciebie i Cię wydziedziczą (kolejne zaskoczenie - ja w tamtej chwili nawet o tym nie pomyślałam). A w późniejszych godzinach: musimy coś zdecydować, czy zostajemy razem czy sie rozchodzimy. Nie odpowiedziałam, bo bylam w zbyt dużym szoku, że to wszystko potoczyło się nie po naszej myśli.
Musicie wiedzieć, że spotykaliśmy się na weekendy tylko, ja mieszkam z rodziccami w mieście "A" on mieszka w domu rodzinnym na wsi, 80 km ode mnie. Na tygodniu pracuje wyjazdowo i jest w domu tylko w weekendy.
Więc te sytuacje rozgrywały się na przestrzeni czasu ale tylko w weekend.
Tydzień później spotkaliśmy się, ale widziałam już, że mocno jest coś nie tak z nim. I w niedzielę, wyciskając to z niego i pytając, czy chce przestać sie spotykać wyrzucił z siebie: "widzisz co się ze mną dzieje, dla Twojego dobra lepiej będzie, jak przestaniemy się spotykać."
W szoku, przyjęłam to o dziwo spokojnie. Nie płakałam, nie krzyczałam, nie robiłam wyrzutów (pierwszy raz w życiu). Widziałam, jak siedział na ławce przed domem i płakał.
Pomimo tego, tydzień później, jak trochę otrzeźwiałam, po przemyśleniach, co jest dla mnie ważne, postanowiłam na spontanie pojechać do niego do domu i powiedzieć mu, że ślub kościelny nie jest dla mnie najważniejszy, że najważniejszy jest on. Jak pomyślałam, tak uczyniłam. Niestety, spotkałam się ze ścianą. Nic z tego nie będzie, on już postanowił, tak będzie dla mnie najlepiej. Zarówno za pierwszym i za drugim razem pytał, czy może czasem do mnie zadzwonić, jakby chciał o coś zapytać albo porozmawiać. No zgodziłam się, co miałam mu powiedzieć? Powiedziałam mu, że to były najpiękniejsze 4 lata mojego życia, od razu odpowiedział mi, ze jego też. Staliśmy przytuleni chyba z 15 min. Na koniec jeszcze, jak to typowa baba, zapytałam go, czy mógłby mi szczerze odpowiedzieć, czy po prostu stracił mną zainteresowanie, bo wtedy łatwiej byłoby mi dojść do siebie i to by mi bardzo pomogło w dalszej drodze. Powiedział, że nie. Pojechałam. Od tamtego czasu minął tydzień.
Jedyna moja reakcja, to brak reakcji - tego się nauczyłam z filmów na YT.
Może gdybym umiała rozmawiać z drugim człowiekiem i trzymała emocje na wodzy, to inaczej by to wszystko wyglądało.
Wiem, ze nie ma tutaj gotowego rozwiązania. Ale chciałam sie wygadać pośród ludzi, których nie znam.
Dziękuję.
PS. niestety, jesteśmy stare konie - ja w tej chwili mam 38 lat, on 39.