Witam.
Mój mąż wdał się w romans z koleżanką z pracy ponad rok temu. Ukrywał to, a ja czułam,że coś jest nie tak. Sprawdziłam bilingi, no i stało się-wyrzuciłam go z domu. On do niczego się nie przyznawał. Na początku nie chciał się wyprowadzić, ale postawiłam sprawę jasno i poszedł. Po kilku dniach tego pożałowałam, ale on już nie chciał wrócić. Wyrzygał mi wszystkie moje wady, przypomniał sytuacje, które myślałam, że nie miały większego znaczenia i powiedział, że już nie kocha.
Mąż pracuje za granicą. Tam się poznaliśmy i mieszkaliśmy ze sobą 9 lat. 5 lat temu przeprowadziłam się do Pl, musiałam , on musiał zostać tam, ze względu na kwestie zdrowotne. Rozłąka zrobiła swoje.
Ubiegły rok mam wycięty z życiorysu. Cierpiałam strasznie po rozstaniu. Śledziłam, szpiegowałam, żyłam tym. Obecność Kochanki się potwierdziła-gówniara 14 lat młodsza, piękna buźka, arabka po przejściach, z dzieckiem, które wychowuje były mąż. Ćpunka. Kurde, a zawsze myślałam, że muzułmanki takie cnotliwe. Dużo by pisać....
Po 9 miesiącach nieobecności m pojawił się, że chciałby ratować małżeństwo. Spłukany z kasy, z długami. Wpuściłam go do domu i starałam się zaufać. Za szybko. Po niespełna 3 miesiącach odszedł ponownie "bo go kontrolowałam i nigdy mu nie zapomnę". Bałam się takiego scenariusza.
To stało się ponad 2 tygodnie temu. Jestem silniejsza, niż po ostatnim rozstaniu, ale cały czas z tyłu głowy mam myśl, że jeszcze wszystko może się ułożyć.
Naczytałam się historii podobnych do mojej i wiem, że zdarza się to niezwykle rzadko, ale od myśli nie ucieknę.
Jesteśmy bezdzietni dobrze po 40, tak, że szans na potomstwo już nie ma z mojej strony. Wiem, że on marzył o dzieciach-może taki jest powód jego odejścia, ale tak naprawdę nie wiadomo z czyjej strony jest problem.
Boję się starości w samotności.
Podobne tematy
Już lepiej być samotną, nawet na starość niźli męczyć się w takim małżeństwie, jak Twoje, uwierz. Nie masz żadnej gwarancji, że mąż się poprawi; raczej na odwrót - będzie coraz gorzej, a Ty coraz bardziej upokorzona. Po co Ci to, skoro już zdradził to zrobi to ponownie. Nie łudź się, spójrz na sytuację realnie. Skoro nie macie dzieci tym lepiej, łatwiej ułożysz sobie życie bez niego, będziesz mogła kompletnie się odciąć i zacząć od nowa. Ja tak bym zrobila; dodam że jestem samotną 48-latką.
Jesteśmy bezdzietni dobrze po 40, tak, że szans na potomstwo już nie ma z mojej strony. Wiem, że on marzył o dzieciach-może taki jest powód jego odejścia, ale tak naprawdę nie wiadomo z czyjej strony jest problem.
Boję się starości w samotności.
Zawsze się dziwię że ludzie nie decydują się na dziecko.
Teraz proponuję szybki rozwód i wyjście do ludzi, może kogoś poznasz.
Zawsze się dziwię że ludzie nie decydują się na dziecko.
Teraz proponuję szybki rozwód i wyjście do ludzi, może kogoś poznasz.
To nie tak, że się nie zdecydowaliśmy, chcieliśmy mieć dzieci, ale nie wyszło.
Wiem, że on marzył o dzieciach-może taki jest powód jego odejścia, ale tak naprawdę nie wiadomo z czyjej strony jest problem.
Po pierwsze - moim zdaniem nawet gdyby były dzieci, on poszedłby w tango. Skoro i tak przez jakiś czas mieszkaliście osobno, to tez poznałby tę samą kobietę i byłoby tak samo. Więc plus taki że dzieci nie cierpią.
Po drugie - właśnie brak dzieci to ogromny plus w Twojej sytuacji! Wy raczej już do siebie nie wrócicie, a Ty jako bezdzietna rozwódka będziesz miała o wiele większe szanse znaleźć faceta niż samotna matka z bombelkami.
Po trzecie - jaka samotność? Kobiecie jest o wiele łatwiej znaleźć faceta, niż facecie kobietę. Zwłaszcza że - jak wyżej - nie masz zobowiązań w postaci dzieci.
Nie myślę na razie o facetach. Cały czas w głębi duszy mam nadzieję, że amok mojego męża minie. Chociaż tak naprawdę nie wiem czy potrafiłabym go przyjąć z powrotem. Może pod pewnymi warunkami.
Pisząc o samotności, mam na myśli taką starość starość, kiedy przyjdzie czas na choroby, umieranie i kiedy nie będzie miał kto potrzymać za rękę. Na początku po rtozstaniu miałam takie masakryczne wizje, że za ileś lat umrę sama w domu i znajdą mnie jak zacznie śmierdzieć. Na szczęście te myśli odpuściły
Ostatnio mignela mi statystyka pokazujaca ze tylko 10% par po zdradzie sie rozpada. Zaskoczylo mnie to. Ale na 100% nie uda się Wam jak nie zaczniecie rozmawiać- i Ty i on. Potrzebowaliście zdrady żeby zacząć rozmawiać. Dopiero wtedy on Ci powiedzial o rzeczach które go bolały a dla Ciebie były nieistotne. Ty pewnie też masz cały zestaw tematów do rozmowy które kisisz w sobie. Takie brudy zamiecione pod dywan właśnie tak się kończą. Nawet jak nie wrocicie do siebie dobrze byłoby dokladnie wiedzieć co się tak naprawdę stało. Co nie działało. Choćby po to żeby unikać tego w przyszłości. I nie unikaj rozmow na trudne tematy - nieważne jak Cie to boli, jak jest niewygodne, jak bardzo chcesz uniknąć konfliktu. Prawda Cie wyzwoli
Tak Pugi, problem z komunikacją był u nas od zawsze, ale nie z mojej strony. Ja zawsze starałam się wyjaśniać wszystko na bieżąco, niczego nie ukrywałam , a on trzymał wszystko w sobie. Po każdej kłótni, a właściwie po wylewaniu żalu przeze mnie, on mnie ugłaskiwał, przepraszał, ale nie wyjaśniał.
Teraz urwał kontakt, nie pisze, nie dzwoni, zero. Podobnie było wcześniej przez 9 miesięcy.
Ja się czasami zastanawiam czy on jest zdrowy psychicznie, bo to chyba nie jest normalne zachowanie.
Co do statystyk, też gdzieś to czytałam. Tylko, że zdrada to też jednorazowy wyskok, a takie częściej są wybaczane. Zresztą większość mężczyzn nie zamierza zostawiać żony dla kochanki.
U mnie jest inaczej, on mnie porzucił. Zostawił jak zużytą rzecz.
Nie wiem czemu jeszcze myślę o jego powrocie. Ale myślę i pragnę aby tak się stało.