witam wszystkich ![]()
ma pewien problem, spróbuje nakreslic co sie dzieje.
Jesteśmy małeżnstwem od 10 lat i wydaje mi sie że dosyc dobrym, ale zdarzaja nam sie bynajmniej ostatnio, dosyć czesto kłotnie. Moim problemem jest to, że praktycznie po kazdej kłotni to ja przychodzę do męza i go przepraszam lub próbuje załagodzić sytuacje. i mam juz tego dosyć bo to tak wyglada jakby mi tylko zależało aby sie odzywac.
jest on osoba zawzieta i upartą i cięzko jest mu przyznać sie do błedu, zawze wyszukuje winy we mnie!!!!
nienawidze sie "nieodzywać" i bardzo mnie to męczy.
własnie mamy ciche dni które trwaja już czwarty dnień ( jest to dla mnie bardzo długo) i powiem ze nie raz juz miałam chęc podejść aby sie pogodzić, ale wiem, ze jesli bym przyszła to nie było by to tak od razu bo musiałabym łazić za mężemi mu nadskakiwać.... ale tym razem próbuje postwic na swoim, bo uważam że to on przegina i ze to była w większości jego wina a nie moja ( w zasadzie poszło o pierdołe ale odstatnio ciągle chodzi o pierdoły )
z jednej strony to go trochę rozumiem, bo jest poddenerwowany, mam dużo pracy, bo zastępuje teraz kolege w pracy, al eja też nie mam ochoty aby ciągle do mnie buczał lub sie na mnie wyzywał. Ja z tego wszystkiego doskonale zdaję sobie sprawe !
problem polega na tym ze on nie umie lub bardzo rzadko mu sie to zdarza zeby przeprosił lub przyznał sie do winy.
błagam pomózcie bo nie wiem co robic, zeby było dobrze,
myslicie że takie ciche dni pomoga go czegos nauczyc???
bo dla mnie to jest okropne,
ta cisza,
ale chyba nie mam wyjscia musze go zmusic, zeby przemyslał swoje zachowania i doszedł do jakiegiś wniosku....
tylko czy on sie czegos nauczy????
miał ktoś podobną sytuację??? prosze o pomoc nie wiem jak sobie z tym i nim radzić
(((
pozdrawiam ![]()