Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak? - Netkobiety.pl

Dołącz do Forum Kobiet Netkobiety.pl! To miejsce zostało stworzone dla pełnoletnich, aktywnych i wyjątkowych kobiet, właśnie takich jak Ty! Otrzymasz tutaj wsparcie oraz porady użytkowniczek forum! Zobacz jak wiele nas łączy ...

Szukasz darmowej porady, wsparcia ? Nie zwlekaj zarejestruj się !!!


Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Posty [ 26 ]

1

Temat: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Witam wszystkich serdecznie, to mój pierwszy post na tym forum. Specjalnie w tym celu założyłam konto.

Długo się zastanawiałam czy tu to umieścić. To jednak kawał mojego życia i dość osobiste rzeczy.

Tytuł tematu nawiązuje do wątków założonych kiedyś przez Silence84, Ogi3, Agnieszka103, mam dość podobny, choć zarazem nieco inny problem i kompletnie nie wiem (mimo przeczytania wszystkich postów pod tamtymi tematami), jak z niego wybrnąć. Mam nadzieję, że ktoś to będzie potrafił ocenić chłodnym okiem, a ja ze swojej strony postaram się przedstawić sytuację możliwie obiektywnie, bez wybielania siebie i zwalania winy na męża. Liczę na Waszą pomoc i jakąś radę, bo sama tego problemu nie umiem rozwiązać.

Problem zaczął się w zasadzie w moim dzieciństwie, miałam spore problemy z odnalezieniem się wśród rówieśników. Zawsze byłam nieco dziwna, więc wkrótce stałam się popychadłem, klasowym workiem do bicia i znęcania się psychicznego. Z tego też powodu, nawet po wielu latach miałam problem, żeby kogoś poznać i go polubić, a jak już komuś zaufałam, to miałam potrzebę oddania mu wszystkiego z siebie i traktowałam go jak centrum swojego wszechświata. Tak, wiem, to patologiczne.

Sytuacja poprawiła się tak naprawdę na studiach, poznałam fajnych ludzi, umocniłam z nimi więzi, nabrałam trochę wiary w siebie itp. Zakochałam się parę razy ale zawsze bez wzajemności. Nigdy nie byłam ładna, nawet jako nastolatka, więc moje powodzenie wśród mężczyzn było i jest zerowe. Zawsze podbijali do moich koleżanek - ładniejszych, bardziej pewnych siebie itp. Dlatego też przez całą pierwszą młodość byłam sama.

Tu muszę wspomnieć, że moja rodzina też nie była do końca normalna. Rodzice żyją jak pies z kotem, choć oboje się kochają, to ich związek nie jest do końca normalny. Mama popadła z tego powodu w nerwicę i popija. Niestety, moje próby interwencji czy chęci pomocy nic nie pomagają.

No i tu dochodzimy do sytuacji sprzed kilku lat kiedy poznałam męża. Byłam wtedy bardzo zdołowana z powodu rodzinnych kłótni, mojego bezrobocia (mam spory problem z pewnością siebie podczas rozmów kwalifikacyjnych, nie umiem dostrzec w sobie zalet i się "fachowo sprzedać" jak to się mówi. Spinam się i choć nie jestem jakaś strasznie głupia, to jest to dla mnie tortura). Dobiegałam 30-stki mając już wizję zostania starą panną, z nieuregulowanym życiem (łapałam prace dorywcze ale tak naprawdę to wciąż siedziałam rodzicom na głowie).

Któregoś dnia poznałam męża. To znaczy, kojarzyłam go z widzenia ale to była luźna znajomość. Kiedy mnie zagadnął, ja zdesperowana i zdołowana zaczęłam mu wszystko opowiadać. Było mi już wtedy tak źle, że po prostu musiałam się komuś wygadać. Obiecał pomoc. Zostaliśmy przyjaciółmi i przez długi czas to funkcjonowało ok. Był moją podporą, motywował mnie do działania i jakiś czas później zaczęło się coś między nami zmieniać.

Zostaliśmy parą. Wszystko było cudownie na początku, a potem pierwszy kryzys. Z jakiegoś błahego powodu zerwał ze mną. Pierwszy raz zademonstrował wtedy, że nie mogę mieć innego zdania niż on. Dwa dni ciszy, podczas których przeżyłam piekło (bo jak to, mój najlepszy przyjaciel, człowiek, który wie jak bardzo jestem dziwna i dotąd to akceptował, teraz ze mną zrywa i mówi, że to koniec. Dlaczego?), a potem on się odezwał. Błagał o szansę. Po dogłębnym przemyśleniu zdecydowałam się ją mu dać. Potem było jeszcze wiele takich sytuacji, że się obrażał o byle co i wychodził bez słowa ale zawsze prędzej czy później się godziliśmy.

Kiedy było ok, to było ok mówiąc kolokwialnie. Cudowny człowiek, dawał kwiaty bez okazji, potrafił mnie rozśmieszyć kiedy byłam smutna, pełen pomysłów i energii, empatyczny, pomocny, przebojowy, lubiący zwierzęta, pracowity, zaradny itp. Nadal taki jest. Zazwyczaj. Wszyscy wokół się nim zachwycają, bo każdemu pomoże bezinteresownie, jest miły kulturalny, pozytywny w kontakcie z innymi ludźmi. Po kilku latach znajomości, wspólnym mieszkaniu i narzeczeństwie wzięliśmy ślub.

Wszystko było ok, wydawało się, że się dotarliśmy kłótnie zdarzały się jak w każdym związku, no ale życie to nie bajka, więc nie mogło być zawsze super. Akceptowałam to i jakoś sobie radziłam z tym, że oprócz wielu niekwestionowanych zalet ma też ciemniejszą stronę. Kiedy ma gorszy dzień czasem jakaś drobnostka wprowadza go w trans. Najlepsze porównanie to chyba Dr. Jeckyll i Mr. Hyde. Pstryk i nagle z cudownego człowieka przemienia się w milczącego gbura.

Muszę zaznaczyć, że nigdy mnie nie uderzył. Nigdy mnie nie zwyzywał ani nie przeklinał. Raz czy dwa powiedział, że jestem bezmyślna i niesamodzielna, to chyba najgorsze co od niego usłyszałam, poza tekstem, że nie chce mieć ze mną dzieci bo jestem zbyt nieogarnięta. Ok, ja też nie chcę dzieci, bo nie czuję takiej potrzeby ale mimo to, zabolało mnie to co powiedział. Ma sporo racji. Z powodu doświadczeń, jestem raczej wycofana i mało aktywna. Wolę poczytać książkę czy pójść na spacer, dobrze czuję się sama ze sobą, mam swój świat. Mam mało przyjaciół ale za to takich, za którymi ja bym poszła w ogień, a oni za mną. Nie przepadam za ludźmi, choć nie mam problemu, żeby zagadać do kogoś obcego. Zawsze wolałam poświęcać czas rodzinie, a głównie mężowi. Razem mamy wiele wspólnych pasji, oboje lubimy ruch i sport, podróże. Zawsze dobrze nam było razem.

Kiedy mnie poprosił, żebyśmy wyjechali razem za granicę, powiedziałam: czemu nie? Rzuciłam dla niego wszystko - kontakt z rodziną i przyjaciółmi, ukochany wolontariat i pojechałam z nim. Z początku było ok. On dostał pracę, bo wiadomo, mężczyzna, z dobrym fachem w ręku. Gorzej ze mną. Ja mam wykształcenie kierunkowe i raczej trudno mi tutaj znaleźć coś odpowiedniego tym bardziej, że dochodzi bariera językowa (nie mieszkamy w kraju anglojęzycznym). Imałam się więc nadal prac dorywczych, sporo poniżej moich kwalifikacji i tu zrobiłam pierwszy błąd. Nie poszłam na kurs językowy. Po części z aspołeczności, po części z tego, że on mi ciągle powtarzał, że zaraz wracamy. Każda sprzeczka takim tekstem się kończyła. Żyłam w poczuciu tymczasowości, że nigdy nie wiadomo co się wydarzy. Dla normalnej osoby moje myślenie może się wydać dziwne, ale ja naprawdę tak sądziłam, że ten wyjazd to na tymczasem.

Z tymczasem zrobił się rok, dwa... Obecnie mamy prawie 5 lat. Tak, wiem, że spierniczyłam sprawę, bo zamiast pójść na kurs, podnieść swoje kwalifikacje i znaleźć normalną, stałą pracę (znam np. dwa języki obce), zmarnowałam ten czas na czekanie chwytając dorywcze prace a zazwyczaj siedzenie w domu. Oddałam większość decyzji mojemu mężowi. Nie będę się usprawiedliwiać, bo wiem, że mam spory problem w tej kwestii.

Ocknęłam się kilka dni temu, po kolejnej burzy nie wiadomo w zasadzie o co. Mąż wygarnął mi, że jestem leniwa, bez inicjatywy, za gruba (to fakt, mam lekką nadwagę mimo sporej ilości ruchu), no i generalnie że zrzuciłam wszystko na niego, a sama zaszyłam się w domu i jestem typową kurą domową. kłopot w tym, ze do tej pory zawsze powtarzał, że wszystko jest ok kiedy poruszałam temat, mówił jak mantrę: "na spokojnie" albo żebym się nie stresowała, bo z jego pensji na wszystko nam starcza i jest ok. Przecież kto jak nie on, zrozumie moje dzikie jazdy?

Od kilku dni jest cisza. Cisza jako element kary dla mnie. Przychodzi z pracy i kładzie się spać. Śpi tak aż ja się położę. Nie je niczego, co ugotuję, odzywa się półsłówkami albo wcale, klasyczne ciche dni i nic nie wskazuje, żeby cokolwiek miało się zmienić. Ja tak nie umiem żyć. Wiele razy wcześniej były podobne sytuacje. Jako, że nie lubię kłaść się spać niepogodzona, to zawsze dążę do rozwiązania problemu, próbuję na spokojnie pytać, tłumaczyć, daję sygnały, że ja się nie gniewam. Zawsze też komunikuję bardzo otwarcie o co mi chodzi. Jasno i konkretnie. Buduję swoje komunikaty na zasadzie JA. Mimo to on jest uparty. Kiedy się kłócimy, on mi spokojnie mówi co jest ze mną nie tak, po czym dla niego to jest koniec dyskusji. Ja już nie mam możliwości wysunąć swoich argumentów, bo on ze mną skończył rozmawiać i mam mu teraz dać spokój. Jak się buntuję i próbuję mimo to rozmawiać, to kończy się jeszcze większą awanturą. Zazwyczaj to mnie pierwszej puszczają nerwy, krzyczę, płaczę itp. A on patrzy tylko zimno z dezaprobatą. Po takich akcjach jestem zdezorientowana i zraniona. Ostatnio, przed kilkoma dniami, była spokojna kłótnia. Oznajmij swoje stanowisko, że wracamy do kraju, bo on dłużej pasożyta nie będzie utrzymywał (nie dokładnie w tych słowach ale sens taki sam) i mam się ogarnąć. Oczywiście to moja wina, że on przeze mnie musi pracę rzucić i nie wiadomo co będzie w Pl. Napisał wypowiedzenie zanim w ogóle mi cokolwiek powiedział. Było wszystko między nami ok, a on nagle mi wyskakuje z tekstem, że rzucił pracę przeze mnie i że wracamy. Nawet nie zapytał co ja sądzę o powrocie do kraju. Niczego ze mną nie skonsultował. Podjął decyzję, pod wpływem jakiegoś impulsu, po czym nie pytając mnie o zdanie wprowadził w życie i obarczył winą mnie za wszystkie komplikacje, które z jego pochopnej decyzji wynikły.

Nienawidzę niepewności. Już raz wcześniej mi zrobił podobny numer. Przez problemy w pracy wyżył się na mnie. Kłótnie trwały z miesiąc, na przemian się godziliśmy, potem znów burza i cisza i tak w kółko. Mam do niego żal, że nigdy nie bierze mojego zdania pod uwagę, że najpierw coś robi, a dopiero potem myśli i często szczerze żałuje. Że jak ja czegoś chcę, to zawsze go najpierw pytam co sądzi o tym, zanim podejmę jakąś decyzję. Wiadomo, nie chodzi o sprawy typu co na obiad, ale o poważne kwestie. Uważam, że małżeństwo, czy para, powinna ze sobą konsultować ważne życiowe decyzje. A on mnie w pewnym sensie uzależnił od siebie. Wykorzystał moje słabości przeciwko mnie, do ubezwłasnowolnienia w kwestii uczuć. Zawsze kiedy się kłócimy ja mam zimno w żołądku. Boję się, że znów mnie ukarze ciszą. Czasem odpuszczam mu, nawet jeśli to jego wina, żeby tylko go nie drażnić. Bo jak odpuszczę, to kiedy mu przejdzie, przemyśli, to często mi przyzna rację i jest ok.

Ja go wspieram, często podkreślam jaki jest wspaniały i robię to szczerze i uczciwie, za jego prawdziwe zasługi. Motywuję, kiedy ma gorszy okres, usługę wręcz, staram się odgadnąć jego potrzeby i je spełnić. Gdy się nawet pokłócimy, staram się postawić w jego sytuacji i spojrzeć na problem z jego strony, A on? Od dłuższego czasu ciągle mi docina, że jestem za gruba. Nigdy nie robi tego wprost ale np. patrzy na mój brzuch taksująco i mówi: "który to miesiąc"? Przez niego przestałam ćwiczyć przy nim, bo zawsze coś skomentował, że źle robię, naśmiewał, że po co mi to, skoro i tak efektów nie ma, lepiej, żebym zjadła ciastko. Ćwiczę, bo lubię ale od dawna wstydzę się przy nim. Kiedy byliśmy w górach, śmiał się, że się zasapałam i że w ogóle bez sensu jest ze mną chodzić, bo nie mam kondycji (zapomniał chyba, że mam astmę i nie zawsze jestem czuję się super, zwłaszcza w górach). Oczywiście wszystkie ewentualne problemy w łóżku zwala na mój wygląd i wcale nie pomyśli, że być może to przez stres w pracy. Dziwnym trafem, zawsze jest kłótnia i takie sytuacje jak się coś u niego w pracy źle podzieje. Gdy jest dobrze i nie ma stresów, wszystko pod względem seksu jest ok. Nawet moja nadwaga mu nie przeszkadza wtedy.
Mogłabym w sumie tak jeszcze długo opisywać swoje życie ale chyba już i tak przesadziłam z długością i nikt tego nie doczyta do końca. Jeśli jednak doczytałaś/eś to dziękuję.

Siedzę teraz sama (mąż śpi) i myślę. Wiem, że sporo rzeczy zrobiłam źle. Kocham go i wiem, że on mnie też szczerze kocha. Wziął mnie z dobrodziejstwem inwentarza, choć od początku wiedział jaka jestem. Tak samo ja, też wiedziałam na co się piszę. Jednak tym razem jest inaczej. Tym razem nie pobiegłam go ugłaskiwać, tylko zajęłam się sobą. Czytam sobie, oglądam YT, zajmuję sobą, nie histeryzuję, nie krzyczę. W stosunku do niego jestem uprzejma i spokojna ale mijają dni i nic się nie zmienia. Stąd mój post tutaj.

Proszę o szczerą ocenę sytuacji, bo ja już sama nie mogę jej ogarnąć. Możecie mi pocisnąć, że jestem pasożytem, nie zaboli mnie to bardziej niż z ust męża, tylko proszę powiedzcie jak to wszystko ugryźć. Mam straszny mętlik w głowie i nie wiem co robić, bo może to ze mną jest problem i to ja powinnam pracować nas sobą, a on ma rację.

Zobacz podobne tematy :

2

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Częściowo ma rację, bo pracować powinnaś nad sobą od zawsze. Zwłaszcza nad podwyższeniem poczucia swojej wartości. Od tego się wszystko zaczyna, od tego zależy czy idzie po lodzie czy po gruzie.
Jednak on też nie jest święty, bo powinien popracować nad komunikacją. Masz prawo się wypowiedzieć, a nie tylko słuchać jego kazań i monologów. Masz prawo rozmawiać, a nie patrzeć jak się duży chłopiec obraził, bo tego typu ciche dni to jest dziecinada. Osoby niedojrzałe tak postępują.
Był kiedyś na ten temat wątek. Ciche dni celem ogarnięcia myśli, to nic złego. Jednak odmowa jedzenia tego co mu przygotujesz, ignorowanie Cie i inne zagrywki to jest manipulacja. Nie umie sobie poradzić z komunikacją więc wymyślił taką formę. To nie jest Twoja wina, że on sobie nie radzi, dlatego nie odbieraj tego jako kary. To jego problem.
Z tego wniosek, że czas abyście oboje ruszyli na rodzinną terapię.

Mam pytanie: jeśli przerwiesz to milczenie i zaczniesz mówić własne zdanie to będzie się darł? Może napisz mu list jeśli języka nie ma w gębie.

Jeśli się smucisz, to żyjesz przeszłością.
Jeśli się boisz, to żyjesz przyszłością.
Jeśli jesteś spokojny, żyjesz teraźniejszością. Lao Tzu

3

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Nie jesteś żadnym pasożytem, tylko bardzo samotna i smutna osobą, której życie nie rozpieszczalo. Pochodzisz z patologicznego domu, w dzieciństwie przeszłaś gehennę ze strony rówieśników, a potem długo borykalas się z samotnością.
Nie wydaje mi się też, że jesteś kobietą bluszczem, bo robisz co możesz, żeby utrzymać się na powierzchni. Popełniłas parę błędów ( zaraz je wylicze), ale przecież nie z lenistwa albo z jakiegoś wyrachowania, żeby uwiesic się na kimś, lecz dlatego, że twój mąż rządzi tobą i ty przez to nie byłaś zorientowana, a jakiej jesteście sytuacji na dany moment.
Za bardzo otworzyłas się przed nim i tobie samego początku. Z jednej strony tak powinno być, że zero vtajemnic, ale z drugiej strony troszkę trzeba zatrzymywać dla siebie. Ty odslonilas się mu z całym miękkim brzuchem jakbyś czekała na razy.
On nauczył się, że tobą łatwo jest kierować, bo robisz wszystko, co on wymyśli. Takie wyrobił sobie zdanie na twój temat i teraz ciężko ci będzie nauczyć go, że jednak powinien liczyć się z tobą.
Drugim twoim błędem było i jest to, że za bardzo na nim polegasz, a przecież jemu może się np coś stać i co wtedy zrobisz? Kobieta musi mieć swoją pozycję w związku, a więc własne zdanie i pieniądze. Facet dzisiaj jest, a jutro sobie pójdzie, więc zawsze trzeba tak się ustawiać, by życie nie zaskoczyło cię bardzo boleśnie.
Innym twoim błędem jest to, że jako osoba uzależniona od pana faktycznie zachowujesz się jak jego służka, przy czym on nie ma żadnych oporów, gdy mówi przykre rzeczy na twój temat. Uderza w twoje czułe punkty i spokojnie idzie spać. Ty natomiast przeżywasz wszystko i nie wiesz, jak trafić do tego faceta.
Nie chcę wtrącać się do tego ani cię oceniać, że nie zdecydowałaś się na dziecko, bo kobiety bywają różne, więc powiedzmy, że może ty faktycznie nie masz instynktu macierxynskiego. Jednak na podstawie tego, co napisałaś wydawać by się mogło, że jesteś bardzo uczuciową i opiekuńcza osobą, tak naprawdę matkujesz temu facetowi
Na stare lata miałabyś dziecko, a tymczasem możesz zostać sama albo z facetem, który nie ceni cię najwyżej.
Twoje zachowanie teraz jest właściwe, ale zważywszy na wszystkie minione lata twojej podległości i tego, czego mąż jest nauczony, to tak naprawdę przypomina płacz bidy, która się nadela. On bimba sobie z tego, co ty czujesz albo co myślisz.
Tak naprawdę może jest mu nawet lepiej, bo ma trochę spokoju. Tak więc on problemy nie ma, problem masz ty.
Powinnaś zastanowić się nad, co mogłabyś zmienić w swoim życiu, ale tak jakbyś była sama, bez oglądania się na niego. Po prostu wyobraź sobie, że coś się stało i ty od dzisiaj jesteś zdana na samą siebie. Co mogłabyś zrobić? Od czego byś zaczęła? Nie siedź więc na kanapie i nie rozwiązuj krzyżówek, tylko zakrec się koło swoich spraw.
To w pewnej perspektywie czasowej doda ci pewności siebie, przestaniesz tak się trząść ze strachu przed każdym krokiem w życiu.

4

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Dziękuję za odpowiedź Tajemnicza75.

Zdaję sobie sprawy, że sporą część winy za obecną sytuację ponoszę ja, a w zasadzie moje lęki. Niemniej, to chyba nie powinno tak wyglądać.

Dziś jak wrócił spytałam spokojnie czy jest gotowy do rozmowy o naszej sytuacji. Odparł, że on mi swoje stanowisko oznajmił i więcej do tego wracać nie zamierza, bo sprawa załatwiona, po czym poszedł spać.

Odpowiadając na Twoje pytanie - on nigdy się nie drze, rzadko klnie czy coś w tym stylu. Czasem ponosi głos podczas kłótni ale nie za bardzo. Najgorsze w kłótniach z nim jest właśnie to, że on zdaje się być taki opanowany, zimny i logiczny ale potrafi celnie zranić jakąś spokojną uwagą. Chyba wolałabym sposób mojego ojca, czyli krzyki i drama na pół osiedla ale potem spokój. Kłócenie się z moim mężem to jak rozmawianie z obrazem. Jak nie będzie chciał, nic do niego nie dotrze. Uprze się i koniec. Dopiero on musi sobie to przetworzyć i w pewnym momencie dopuścić możliwość dyskusji. Wtedy dopiero mam szansę przedstawić swoje argumenty i wtedy mnie naprawdę słucha. Zanim to nastąpi daje mi "bana" na jakikolwiek kontakt z nim. List zignoruje, podobnie jak mój obiad. Gdybym do niego gadała, będzie udawał, że nie słyszy tak długo, aż ja się wkurzę i zacznę krzyczeć. Co więcej, on doskonale zdaje sobie sprawę, że mnie to rani i sam uważa to za wadę.

5

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?
ulle napisał/a:

Nie jesteś żadnym pasożytem, tylko bardzo samotna i smutna osobą, której życie nie rozpieszczalo. Pochodzisz z patologicznego domu, w dzieciństwie przeszłaś gehennę ze strony rówieśników, a potem długo borykalas się z samotnością.
Nie wydaje mi się też, że jesteś kobietą bluszczem, bo robisz co możesz, żeby utrzymać się na powierzchni. Popełniłas parę błędów ( zaraz je wylicze), ale przecież nie z lenistwa albo z jakiegoś wyrachowania, żeby uwiesic się na kimś, lecz dlatego, że twój mąż rządzi tobą i ty przez to nie byłaś zorientowana, a jakiej jesteście sytuacji na dany moment.
Za bardzo otworzyłas się przed nim i tobie samego początku. Z jednej strony tak powinno być, że zero vtajemnic, ale z drugiej strony troszkę trzeba zatrzymywać dla siebie. Ty odslonilas się mu z całym miękkim brzuchem jakbyś czekała na razy.
On nauczył się, że tobą łatwo jest kierować, bo robisz wszystko, co on wymyśli. Takie wyrobił sobie zdanie na twój temat i teraz ciężko ci będzie nauczyć go, że jednak powinien liczyć się z tobą.
Drugim twoim błędem było i jest to, że za bardzo na nim polegasz, a przecież jemu może się np coś stać i co wtedy zrobisz? Kobieta musi mieć swoją pozycję w związku, a więc własne zdanie i pieniądze. Facet dzisiaj jest, a jutro sobie pójdzie, więc zawsze trzeba tak się ustawiać, by życie nie zaskoczyło cię bardzo boleśnie.
Innym twoim błędem jest to, że jako osoba uzależniona od pana faktycznie zachowujesz się jak jego służka, przy czym on nie ma żadnych oporów, gdy mówi przykre rzeczy na twój temat. Uderza w twoje czułe punkty i spokojnie idzie spać. Ty natomiast przeżywasz wszystko i nie wiesz, jak trafić do tego faceta.
Nie chcę wtrącać się do tego ani cię oceniać, że nie zdecydowałaś się na dziecko, bo kobiety bywają różne, więc powiedzmy, że może ty faktycznie nie masz instynktu macierxynskiego. Jednak na podstawie tego, co napisałaś wydawać by się mogło, że jesteś bardzo uczuciową i opiekuńcza osobą, tak naprawdę matkujesz temu facetowi
Na stare lata miałabyś dziecko, a tymczasem możesz zostać sama albo z facetem, który nie ceni cię najwyżej.
Twoje zachowanie teraz jest właściwe, ale zważywszy na wszystkie minione lata twojej podległości i tego, czego mąż jest nauczony, to tak naprawdę przypomina płacz bidy, która się nadela. On bimba sobie z tego, co ty czujesz albo co myślisz.
Tak naprawdę może jest mu nawet lepiej, bo ma trochę spokoju. Tak więc on problemy nie ma, problem masz ty.
Powinnaś zastanowić się nad, co mogłabyś zmienić w swoim życiu, ale tak jakbyś była sama, bez oglądania się na niego. Po prostu wyobraź sobie, że coś się stało i ty od dzisiaj jesteś zdana na samą siebie. Co mogłabyś zrobić? Od czego byś zaczęła? Nie siedź więc na kanapie i nie rozwiązuj krzyżówek, tylko zakrec się koło swoich spraw.
To w pewnej perspektywie czasowej doda ci pewności siebie, przestaniesz tak się trząść ze strachu przed każdym krokiem w życiu.

Ulle - chyba masz sporo racji.

Za bardzo się odsłoniłam na początku, to racja.
Uczuciowa jestem chyba aż za bardzo.
Za bardzo się uzależniłam. Mam wprawdzie swoje pieniądze (z tych prac dorywczych) ale to on jest głównym żywicielem rodziny. Muszę też dodać, że nigdy mi niczego nie żałował ani nie kontrolował wydatków. Wręcz przeciwnie.
O tym, że gdyby się mu coś stało, też myślałam. Nie mam na to planu i bardzo się tego boję.
O opiekuńczości mąż też tak mówi, że mu matkuję za bardzo, że dbam, żeby wszystko miał gotowe pod nos podane, ogarnięte sprawy domowe itp.
Jeśli chodzi o dziecko, to nigdy nie miałam instynktu macierzyńskiego. Nie wiem czy to z powodu mojego dzieciństwa, braku poczucia bezpieczeństwa, a może leków, które biorę. Wiem jedno, nawet gdybym miała ten instynkt, to w obecnej sytuacji dziecko nie jest dobrym pomysłem.
To głównie mój problem - kolejny raz w punkt. Dla niego sprawa jest rozwiązana, tak po prostu, bo on już zdecydował.

Jeśli chodzi o to, czego bym chciała, to przede wszystkim stałej pracy. Poza tym stabilności, a nie tymaczasowości. Mieć wpływ na decyzje dotyczące nas obojga. Szacunku męża. Przekonać się w końcu, że jestem coś warta. To tak z grubsza.

6

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Jednak on zdecydował, że koniec pobytu tam i że wracacie do kraju. To gdzie będziesz szukała tej stałej pracy? Znowu przeczekasz na zasadzie jakoś to będzie?
Nie możesz tak postępować, bo właśnie ta twoja pasywność najbardziej działa mu na nerwy. Tak naprawdę wszystko jest na jego głowie. Może już się tym wszystkim zmęczył?
Nie chodzi o to, że ja go usprawiedliwiam, bo trzymam twoją stronę i właśnie dlatego staram ci się uświadomić, że dla własnego dobra powinnaś uniezależnić się od męża.
Może i on zacznie patrzeć na ciebie innym okiem, bo zaskoczysz go pozytywnie?
Co do dziecka, to napisałam już, że daleko mi do pouczania ciebie albo oceniania. Wiem jednak, że wiele kobiet miało takie same podejście do tych spraw, ale po latach bardzo tego żałowały. Nigdy bowiem nie warto koncentrować swojego życia tylko na facecie. Jednak to twoja decyzja, szczególnie że względu zdrowotne też są jakąś przeszkoda.
Nie matkuj mu więc, bo przez takie zachowanie rozwydrzasz go tylko.
Podejrzewam, że gdyby on miał żonę, która umiałaby stawiać granice i nie latalaby koło pana, to też inaczej by się zachowywal.
Tracisz bardzo na tej swojej nadopiekuńczości.
Wiem, że teraz wprowadzanie radykalnych zmian i tak by ci się nie udało, bo też pewnych rzeczy jesteś po prostu nauczona, więc pewnie to, co pisze jest czczym gadaniem. Wszystko pozostanie bez zmian.
Twoim problemem jest też to, jak on zachowuje się po jakiejś waszej kłótni. Nie radzisz sobie z cichymi dniami. Nic dziwnego. Ciche dni to czysta manipulacja i zwyczajna przemoc. W dodatku przemoc perfidna, bo właśnie w taki sposób można doprowadzić człowieka do obłędu, do nerwicy i sprawić, że druga osoba czuje się jak nic niewarte goowno.
Nie wiem jak masz się na to uodpornić- raczej nie da się tego zrobić.
Na pewno jednak nie możesz go zagadywać i wiecznie łagodzić sytuacje.
Zdecyduj czy chcesz pozostać tam, czy wracasz do Polski i bez względu na to, co zrobi on.

7

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?
LaGata napisał/a:

(...) jak to wszystko ugryźć. (...)

Odpowiedź jest w Twych postach.


Napisałaś, że

(...)  A on mnie w pewnym sensie uzależnił od siebie. Wykorzystał moje słabości przeciwko mnie, do ubezwłasnowolnienia w kwestii uczuć. (...)

Bez Twej zgody uzależnienie nie byłoby możliwe. Wniosek? Bądź niezależną psychicznie.


(...) Boję się, że znów mnie ukarze ciszą. (...)

Jeśli jakieś działanie nie przynosi spodziewanych efektów, nie jest ponawiane.
Cisza nic Ci nie zrobi. Zamiast snuć wyobrażenia, zajmij się - tak jak zrobiłaś to teraz - sobą.


(...) O opiekuńczości mąż też tak mówi, że mu matkuję za bardzo, że dbam, żeby wszystko miał gotowe pod nos podane, ogarnięte sprawy domowe itp. (...)

Mąż matkę ma, drugiej nie potrzebuje. Wróć do roli partnerki.
Nie musisz zasługiwać na jego miłość. Tańczenie wokół niego, traktowanie jak udzielnego pana jest skuteczną metodą studzenia miłości, pożądania, szacunku.



Pamiętaj, że

(...) Kocham go i wiem, że on mnie też szczerze kocha. (...)

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

8 Ostatnio edytowany przez LaGata (2019-02-21 17:26:33)

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Ulle, Wielokropek - dziękuję za szczerą opinię.

Dziś udało się w końcu porozmawiać. Nie wiem czy jest gorzej czy lepiej ale przynajmniej zrzuciliśmy parę rzeczy z wątroby. Mąż mi całą litanię wyłuszczył, że leniwa jestem, nieporadna, nie mam własnej inicjatywy, wszystko w ten deseń, wprost powiedział, że według niego to wszystko (łącznie z jego fochami), to tylko moja wina. Jeszcze twierdzi, że wszystko jest między nami ok, bo on się ze mną przecież nie pokłócił.

Na dodatek bez mojej zgody i wiedzy wyrzucił rzecz, która należała do mnie i zupełnie nie rozumie dlaczego się o to złoszczę.

Naskarżył też na mnie do moich i swoich rodziców i swojej siostry. Ok, to rozumiem, bo pewnie miał ochotę się wygadać (tak jak ja Wam), ale teraz moja rodzina mi wisi na głowie, bo nie ogarniają co się dzieje. Ja do jego rodziców nigdy nie kablowałam jak się o coś pokłóciliśmy, a nawet jak ktoś zauważył, że coś jest nie tak między nami, to nigdy nie mówiłam o nim źle, tylko że się pokłóciliśmy o głupotę i będzie dobrze. Teraz nie ma opcji, że się teściom prędko pokażę, bo kto wie co im naopowiadał o naszych relacjach i co oni sobie o mnie myślą i jak mnie będą po tym traktować. No i mi jeszcze wypomniał, że zrobił to, bo kiedyś po kłótni zadzwoniłam się wyżalić przyjaciółce. Przyjaciółce, której można zaufać, że zatrzyma to dla siebie.

Mąż w ogóle nie widzi w sobie ani trochę winy. Uważa, że te wszystkie docinki (np. na temat mojej nadwagi), były dla mojego dobra, żeby mnie zmotywować do działania. No to mnie zmotywował, nie ma co. Wpadłam w jeszcze większe kompleksy i jeszcze bardziej się wstydzę siebie.

Kiedy go zapytałam dlaczego w ogóle mnie poślubił, skoro jestem w jego oczach taka beznadziejna, stwierdził, że mnie kocha i myślał, "że da się mnie naprawić". Krótko mówiąc, wygląda na to, że wziął sobie wybrakowany produkt i próbował zmienić go w coś wartościowego ale nie wyszło. Pomijam takie kwestie, że nie jestem według niego wcale ładna i nie mam co liczyć na seks, bo to raczej oczywiste. Dumna z tego nie jestem ale odparowałam mu, że on też nie jest Adonisem.

Twierdzi też, że ten czterodniowy foch był dlatego, że go prowokuję swoim nic nie robieniem. Problem w tym, że w niedzielę wieczorem nic nie wskazywało na to, że coś jest z nami nie tak, a w poniedziałek rano już się nie odzywał. W międzyczasie nic się nie wydarzyło, bo po prostu spaliśmy, wiec nie wiem co mogło być punktem zapalnym.

Powiedziałam mu jak się z tym czuję, ukarana i tresowana, a on na to, że sama sobie jestem winna, bo gdybym robiła dobrze i go nie prowokowała, to on nie musiałby mnie w ten sposób dyscyplinować.

Wyjazd oczywiście też z mojej winy. Jak stwierdziłam, że przecież może zostać jeśli chce, a ja wyjadę i znajdę pracę w Pl skoro mu tak trudno ze mną wytrzymać, to nic nie odpowiedział. On by chciał, żeby wszystko szło idealnie według jego planu i nie ważne są moje potrzeby, lęki czy zapatrywania na przyszłość. Wszystkie odstępstwa od jego wyobrażenia są złe. Rozumiem, że się wkurza o mój brak pracy ale może też dałby coś od siebie? To znaczy jakiekolwiek ustępstwo z jego strony. Nie, według niego kompromis jest wtedy, gdy ja się dostosuję do tego, co sobie założył. Kompromis polega na przekonaniu mnie do jego racji i obietnicy z mojej strony, że zrobię wszystko, żeby było dobrze według jego kryteriów. Już w zeszłym roku kiedy chciałam wracać on mi zrobił podobną jazdę. Może niekoniecznie mi pasuje emigracja i może bym wolała wrócić do domu, no ale to nie ważne, bo według męża, w Pl czeka nas tylko nędza, bo w Pl się nie da godnie żyć.

Zarzucił mi też, że nie ćwiczę. Fakt, nie ćwiczę w jego obecności więc według niego kłamię, mówiąc, że ćwiczę. Nie wiem, może powinnam nagrywać i mu wysyłać filmy z moich treningów?

Po tym wszystkim poważnie się zastanawiam czy to był dobry pomysł, żeby za niego wychodzić. A co jeśli nigdy nie spełnię jego oczekiwań? Nawet jak schudnę i znajdę pracę, to jaką mam gwarancję, że nie wymyśli nowego elementu, który trzeba we mnie poprawić?

Póki co na jakiś czas muszę tu być (mam do załatwienia jeszcze jedną sprawę), a potem to chyba nie pozostaje mi nic innego niż jechać do domu i próbować sobie ułożyć życie. Sama albo z nim ale tym razem na moich warunkach. Na jego warunkach żyłam do tej pory i dobrze na tym chyba nie wyszłam. Pieniądze to nie wszystko. Wole w Polsce jeść kefir z chlebem ale za swoje, niż tutaj siedzieć w dobrobycie i słuchać takich wynurzeń łaskawego pana i władcy. A nawet jak mi nie wyjdzie, to wolę umierać z głodu ale nie poproszę go więcej o nic.

9

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Po przeczytaniu poniższego fragmentu moja lampa alarmowa zawyła.

LaGata napisał/a:

(...) gdybym robiła dobrze i go nie prowokowała, to on nie musiałby mnie w ten sposób dyscyplinować. (...)


Napisałaś dalej

(...) Po tym wszystkim poważnie się zastanawiam czy to był dobry pomysł, żeby za niego wychodzić. A co jeśli nigdy nie spełnię jego oczekiwań? Nawet jak schudnę i znajdę pracę, to jaką mam gwarancję, że nie wymyśli nowego elementu, który trzeba we mnie poprawić? (...)

Spokojnie pomyśl za kogo wyszłaś za mąż, czy za swego męża czy za swe wyobrażenia o nim. Nikt, także w związku, nie żyje po to, by spełniać czyjekolwiek oczekiwania.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

10

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Wielokropek - no właśnie.

Najgorsze jest to, że on się wykazuje nielojalnością. Tak to dobieram. Mam swoje spore wady, wiem co robię źle i potrafię się do tego przyznać, a on do swoich błędów nie. Do tej pory wydawało mi się, że gramy do tej samej bramki, że jesteśmy drużyną ale jeśli on widzi we mnie same wady i niedociągnięcia, same rzeczy do poprawy, to jaki sens ma ten związek?

11

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Może widzi nie tylko wady, bo masochistą przecież nie jest.
Dlaczego jednak ciągle wytyka Ci - jak wynika z Twych postów - wady lub to, co  nie jest jego zdaniem dobre. To tylko on jeden wie.
Czyżbyście oboje grali role z innych spektakli? Ty - nadopiekuńczą mamusię, on - tresera?

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

12 Ostatnio edytowany przez LaGata (2019-02-21 18:06:33)

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Wielokropek - nie wiem, całkiem możliwe. Może powielam wzorce wyniesione z domu. Mój ojciec jest despotą i lubi postawić na swoim, a matka opiekuńcza i troskliwa. Mąż wie, że ma trudny charakter. Ba, ja też o tym wiem ale raczej jestem ugodowa więc dawniej mi to aż tak nie dokuczało. Dopiero od jakiegoś czasu to mi doskwiera. Cięcia i dzikie jazdy były między nami od początku ale potem się na długi czas uspokoiło. Były też ciche dni i żale ale wtedy zdawało się, że się ze sobą dogadujemy lepiej i wyjaśniamy sobie nieporozumienia. Były długie rozmowy i ustalenia, aa potem się to wszystko jakoś rozmywało. Taki kryzys mamy po raz drugi. To nie jest tak, że on nie umie przeprosić ani przyznać się do winy. Problem w tym, że teraz uważa, że obecna sytuacja to w całości moja wina, a mi się nie wydaje, żeby to była prawda. Dostrzegam doskonale, że ma sporo racji, bo boję się życia, częściowo przyjmuję jego argumenty ale on też po części za to odpowiada. Gdyby mi ciągle nie podcinał skrzydeł i nie komentował głupio (według niego motywował), nie wycofywałabym się stopniowo z życia. Dobrze wie, co osiąga takimi docinkami. Dobrze wie, że na mnie motywacja negatywna nie działa, a mimo to wciąż to robi. Dobrze wie, że o wiele więcej jest w stanie u mnie ugrać szczerą pochwałą, a mimo to nie korzysta z tego. Nie pamiętam kiedy powiedział mi jakikolwiek komplement. Ja mu mówię dość często i szczerze.

13

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

A gdyby tak każde z was zamiast zastanawiać się nad winą i ważyć ją czyja jest większa, czyja mniejsza, zajęło się zmianą swego zachowania? Do tego nie potrzeba, moim zdaniem, wyznań, ustalań, rozmów, it.p.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

14 Ostatnio edytowany przez LaGata (2019-02-21 18:10:51)

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Jest taka piosenka Happysad "Zanim pójdę", zawsze myślałam, że w miłości ma być właśnie tak, jak w tekście: "kiedy jedno spada w dół, drugie ciągnie je ku górze". Może nie do końca to oddaje moją sytuację, ale mam wrażenie, że mój mąż zamiast ciągnąć ku górze, jeszcze popycha mnie w dół.

Ja się strasznie pogubiłam. Zamknęłam w sobie. Próbuję coś w sobie zmienić, krok po kroku ale nie wiem czy bez wsparcia dam sama radę.

15

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Jedno ma ciągnąć drugie? Jedno ma być odpowiedzialne za drugie?
Mam inną wizję związku, partnerskiego (i taką realizuję od lat), w którym każde jest człowiekiem odpowiedzialnym... za siebie i żadne nie jest ani wychowawcą, ani wychowankiem.

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

16

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Bardziej chodziło mi o to, żeby się wzajemnie wspierać i sobie pomagać w trudnych momentach, a nie dogryzać, mówiąc radź sobie sam/a, to twój problem. Np. kiedy mąż miał problemy rodzinne ja go wspierałam, pocieszałam, słuchałam, starałam się pomóc i znaleźć rozwiązanie.

Myślę, że będąc w związku po części jest się odpowiedzialnym za drugą osobę. U mnie niestety poszło to za daleko i za bardzo pozwoliłam sobą sterować.

Nie wiem, może ja po prostu mam złe podstawy? W sensie złe założenia i stąd te wszystkie problemy. Na złych fundamentach nie da się zbudować dobrego domu.

17

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?
LaGata napisał/a:

(...) U mnie niestety poszło to za daleko i za bardzo pozwoliłam sobą sterować. (...)

Nie tylko pozwoliłaś, ale przez długi czas odpowiadało Ci to.


(...) Na złych fundamentach nie da się zbudować dobrego domu.

To do roboty. Szkoda tracić czas. smile

Jeśli ktoś chce, znajdzie sposób.
Jeśli ktoś nie chce, znajdzie powód.


"Sztuka życia polega na tym, by dostrzec swoje ograniczenia i słabości." Robert Rutkowski

18

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Masakra jakaś.

Co, Ty jakiś piesek jesteś, że masz być trenowana??? Ty tak na serio???

Ja bym od takiego dupka wieła gdzie pieprz rośnie.

19 Ostatnio edytowany przez madoja (2019-02-21 20:18:35)

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Nie sądzę że problem koniecznie leży w Tobie, Twoim dzieciństwie itd...
A dlaczego? Dlatego że moja koleżanka ma identycznego męża, a jest ona Twoim totalnym przeciwieństwem. Zawsze była rozrywkową dziewczyną, lubianą, miała chłopaków. Przy mężu spoważniała.
On jest super ojcem, jest ogarnięty, pracowity i ogólnie fajny. Ale ją "tresuje" przez ciche dni czy różne zakazy. Nigdy jej nie uderzył, nie krzyczy nawet na nią. Raczej wjeżdża jej na uczucia.
A ona się mu poddaje, bo dla niej ważne jest, by w życiu małżeńskim była zgoda. Woli ustąpić.
On używa nawet czasami groźby "rozwód". Potrafi zrobić tydzień cichych dni, bo przykładowo nie pocałowała go wychodząc do pracy. Gdy cierpiała z powodu bólu pleców, zabronił jej iść do rehabilitanta bo "się podnieci".
To co opisuję brzmi strasznie, ale ogólnie to jest udane małżeństwo i mają super dzieciaki.
Tłumaczyłam jej nie raz że ma się mu postawić, przestać reagować na jego fochy, a gdy on jej czegoś zabrania to i tak to zrobić (tzn. pokazać że ona ma swoje zdanie). Ale ona nie chce, boi się że w domu będzie jeszcze gorsza atmosfera. A naprawdę nie jest jakąś głupią kurą domową, jest normalną babeczką która ma swoją firmę, super się ubiera itd.

Myślę że to taki okropny typ faceta.  Zakompleksionego i przewrażliwionego - który próbuje podnieść swoje ego przy słabszej kobiecie.

20

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Uh, wiem co czujesz i to uczucie trzyma mnie przed zawieraniem związków w tej chwili. Ciche dni, fochy, niemoc, brak sprawczości... skąd ja to znam. Zaletą bycia samej jest właśnie nauka samodzielności a ciche dni i fochy już tak nie ruszają. Tzn ruszają ale mówisz sobie, że nie możesz mieć oczekiwań wobec kogoś z kim w związku nie jesteś. Jest więc przestrzeń dla większego komfortu psychicznego.
Nie znam recepty na Twoje problemy ale Twój mąż to jakby połączyć moich dwóch eksów. Pierwszy nie robił fochów ani cichych dni ale podcinał mi skrzydła i wszystko co moje było nieważne, tylko on i jego sprawy, też dostawał multum mojego wsparcia. Drugi to właśnie fochy i ciche dni, wszystko musi być tak jak on chce, ja mam być taka i taka a nie taka i taka. Coś nie wyszło jak planował i dramat jak w teatrze. Też nic miłego nie mówił za to docinki i takie hmm... niby żarty ale tak naprawdę krytyka z naśmiewaniem się, nie wiem jak to określić ale tego było strasznie dużo i było po prostu przykre i dołujące.
Jak się pozbyłam problemu? Ano prosto. Jestem sama i mam ich w dupie. Od razu zmienili podejście do mnie i z czasem sami nauczyli się jak mnie traktować a jak nie. Nie musiałam im mówić. No ale związków nie tworzymy i mam opory przed ponownymi próbami ustatkowania się. Serio. Być może też się do tego nie nadaję, chociaż eksowie dobrze o mnie mówią, a ich kolejne „ofiary” podobno jeszcze gorsze niż ja tongue także... związki są do bani. Wybacz mój wywód. Nie wiem jak Ci pomóc. Mam nadzieję dodać Ci trochę otuchy, bo związki nie są łatwe a problemy mogłyby być rozwiązane łatwo ale do tego potrzeba dwóch chętnych ludzi a z nimi to jak w powiedzonku „w tym największy jest ambaras”... Więc nawet nie doszukuj się w swoim dzieciństwie powodów. Tu i teraz pracuje się nad relacjami z ludźmi. No i nie jest to najłatwiejszy temat. Dużo prościej już pogadać o ekologii tongue
Trzymaj się!

21

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Beyondblackie, Madoja, JadziaNieMadzia - dziękuję za Wasze opinie.

Cóż, wczoraj sobie szczerze porozmawialiśmy o tym o nas oboje boli. Nie wiem jak się to wszystko ułoży ale ja się chyba zmieniłam wewnętrznie. Już mi nie pasują pewne rzeczy i będę dążyć do ich zmiany. Jak się sytuacja rozwinie, to czas pokaże. Nie chcę od razu przekreślać tylu wspólnych lat, bo wiem, że ja też w wielu kwestiach zawaliłam, a związków idealnych nie ma. Na razie nie podejmuję żadnych radykalnych kroków, bo jak wspominałam, pewne sprawy mi zostały do załatwienia tutaj, ale ten temat też trzeba będzie podjąć. Daję sobie czas na przemyślnie wszystkiego. Jak chcę żyć, gdzie i czy nadal z nim.

22

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?
LaGata napisał/a:

Odpowiadając na Twoje pytanie - on nigdy się nie drze, rzadko klnie czy coś w tym stylu. Czasem ponosi głos podczas kłótni ale nie za bardzo. Najgorsze w kłótniach z nim jest właśnie to, że on zdaje się być taki opanowany, zimny i logiczny ale potrafi celnie zranić jakąś spokojną uwagą. Chyba wolałabym sposób mojego ojca, czyli krzyki i drama na pół osiedla ale potem spokój. Kłócenie się z moim mężem to jak rozmawianie z obrazem. Jak nie będzie chciał, nic do niego nie dotrze. Uprze się i koniec. Dopiero on musi sobie to przetworzyć i w pewnym momencie dopuścić możliwość dyskusji. Wtedy dopiero mam szansę przedstawić swoje argumenty i wtedy mnie naprawdę słucha. Zanim to nastąpi daje mi "bana" na jakikolwiek kontakt z nim. List zignoruje, podobnie jak mój obiad. Gdybym do niego gadała, będzie udawał, że nie słyszy tak długo, aż ja się wkurzę i zacznę krzyczeć. Co więcej, on doskonale zdaje sobie sprawę, że mnie to rani i sam uważa to za wadę.

Przykra sprawa. Wygląda na to, ze Cie łatwo zmanipulował. Nie obchodzi go Twoje zdanie i tutaj mnie zaskoczyłaś, ze na jego pytanie o gotowość do rozmowy nie zareagowałaś. On powiedział, ze swoje powiedział i nie chce wracać do tematu, a gdzie Ty jesteś w tym związku? Twoje zdanie się nie liczy?
Wyobrażam sobie, ze w tym momencie poczułaś się jak zbity pies i zamilkłaś. Ja bym na Twoim miejscu zapytała czy moje zdanie już się kompletnie nie liczy? Czy to jest związek czy singlowanie, że tylko jedna strona może się wypowiadać? On jest panem i władcą czy mężem i partnerem? Możliwe, że zażądałabym rozmowy, gdyż mam prawo głosu.
W najgorszym wypadku wygłaszałabym monolog-tak jak on. Będzie udawał, że nie słyszy, ale słuchałby.

Tak czy siak, pogadaliście i utwierdziłam się w przekonaniu, że on się z Twoim zdaniem nie liczy i prawdo podobnie nie będzie się liczył, bo go do tego przyzwyczaiłaś. Nawet jeśli zajmiesz się teraz sobą i zaczniesz odzyskiwać pewność siebie, tym samym zaczniesz mieć własne zdanie...też mu się to nie będzie podobać. Wtedy będzie się skarżył, że się krnąbrna i pyskata zrobiłaś. Wygląda na to, ze chciałby abyś była aktywna (pracowała, ćwiczyła, służyła mężowi), ale się nie odzywała, nie myślała własnym tokiem i koniecznie go adorowała/uwielbiała. To mi się skojarzyło z moim byłym szefem mobberem, który powtarzał, że jesteśmy od roboty, a nie myślenia i mamy do powiedzenia mniej niż Żydzi w czasie okupacji.

Jeśli chcesz mu pokazać, ze ćwiczysz to możesz nieco zmienić grafik dnia i ćwiczyć w jego obecności. Jednak jeśli robisz to dla siebie, olej jego gadanie i trenuj dalej kiedy masz ochotę.
Mówiłaś mu, że Ciebie motywuje komplement, wsparcie, zachęta a nie krytyka? Mężczyźni w ogóle maja tendencję do dziwnego motywowania. Mój mąż tez kiedyś chciał córkę zmotywować, a ją dołował. W innym wątku ojciec dziecko motywował w taki sposób, że mnie by to raczej sprowadzało do poziomu podłogi.
Mężczyzna działa wg schematu: nie potrafisz tego zrobić- jak to? ja nie potrafię? zaraz Ci pokaże, ze potrafię!
Tymczasem u kobiety jest schemat zgoła odwrotny. Mówi się: potrafisz kochanie, będę cię wspierał i dopingował. W czym ci mogę pomóc?
To trzeba mężczyznom wytłumaczyć, oni tego często nie rozumieją.

To wspieranie jakie mu dawałaś, pomoc jaką oferowałaś odbierał właśnie jako matkowanie. Dawałaś mu to czego oczekiwałabyś sama, ale moze on tego nie oczekiwał. Moze mu się trochę narzucałaś z pomocą.

Jedyne co proponuje w tej chwili, to zajecie się sobą. Zacznij dbać nie tylko o sferę zewnętrzną, ale tez wewnętrzną. Pracuj nad pewnością siebie, polubieniem siebie, a będzie Ci łatwiej podjąć pewne kroki, gdy już pozałatwiasz swoje sprawy.

Jeśli się smucisz, to żyjesz przeszłością.
Jeśli się boisz, to żyjesz przyszłością.
Jeśli jesteś spokojny, żyjesz teraźniejszością. Lao Tzu

23 Ostatnio edytowany przez terazszczesliwa (2019-02-23 00:54:35)

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Idź do pracy! Tam gdzie jesteś najlepiej od poniedziałku i nie ważne czy wracacie do kraju, kiedy i czy razem idź dziewczyno do pracy. Ten facet Cię nie szanuje i mozesz sobie robić ustalenia, debaty, szukać wsparcia i słuchać starych piosenek dla malolatow puki on nie zacznie Cię szanować jesteś w czarnej... Puki nie zaczniesz odpowiadać za siebie, dbać o siebie, zarabiać na siebie i myśleć za siebie tak będzie I albo będzie ie Tobą pomiatal albo Cię porzuci to zależy ile go jeszcze będzie bawić taka zabawa skuczaca padlia. Przeszlosci już daj spokój Ciebie tam nie ma jesteś tu i teraz. Rodzicom jeśli żyją daj żyć jak chcą, fajnie zrzucić wine na rodziców I dysfunkcyjny dom ale Ty jesteś już bardzo dorosła, Ty siebie kreujesz tamtego dziecka już nie ma. Tak pozytywna motywacja: jesteś super, dasz radę, zdobędziesz świat serio? Liczysz na to że facet  po całym dniu w pracy nieraz ciężkiej i wkurzającej jeszcze znajdzie siłę i chęci do motywowania kobiety która ma na utrzymaniu?  Żal mi go. Co do dzieci ja Ci życzę jak najlepiej ale raczej gotowości na pełną odpowiedzialność za innego człowieka w tym w 100% bezbronnego chyba w sobie nie masz.

24

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?
LaGata napisał/a:

Było mi już wtedy tak źle, że po prostu musiałam się komuś wygadać. Obiecał pomoc.

Wydaje mi się, że w tym momencie "wszystko się zaczęło".

Brak pewności siebie zapoczątkowany we wczesnych latach życia to częste zjawisko bez względu na płeć i jest zawsze połączone z sytuacją rodzinną. Pozostaje to w głowie jako pewne wspomnienia, których nie da się ot tak wyrzucić. Można jednak nad tym zapanować i widać, że pewne kroki w tym kierunku już poczyniłaś - zdecydowałaś się napisać o swoim problemie i starasz się wyrażać swoje myśli jak najlepiej. Widać właśnie po tym, że jesteś osobą bardzo oczytaną i przy tym dużo bardziej wrażliwą społecznie osobą niż Twój mąż. W zasadzie ciężko mi jest wychwycić w Twoich postach moment, w którym Twój mąż jawi się jako osoba wspierająca (napisałaś, że wobec innych taki był zawsze, a wobec Ciebie tylko na początku). Wydaje mi się, że na kanwie Twojej osobowości, która potrafi się odwdzięczyć tak silnym uczucie, potraktowana zostałaś trochę jak inwestycja, która po jakimś czasie się zwróci i sama będzie pracować na Wasz związek. Niektórzy ludzie przyjmują taką taktykę, że kupią sobie czyjeś uczucia "na promocji" (patrz: brak pewności siebie), a nad resztą się jakoś popracuje. Jeśli tak było w Waszym przypadku, to sposób, w jaki Twój mąż obraża Twój wygląd wszystko niestety wyjaśnia.

25

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?
terazszczesliwa napisał/a:

Idź do pracy! Tam gdzie jesteś najlepiej od poniedziałku i nie ważne czy wracacie do kraju, kiedy i czy razem idź dziewczyno do pracy. Ten facet Cię nie szanuje i mozesz sobie robić ustalenia, debaty, szukać wsparcia i słuchać starych piosenek dla malolatow puki on nie zacznie Cię szanować jesteś w czarnej... Puki nie zaczniesz odpowiadać za siebie, dbać o siebie, zarabiać na siebie i myśleć za siebie tak będzie I albo będzie ie Tobą pomiatal albo Cię porzuci to zależy ile go jeszcze będzie bawić taka zabawa skuczaca padlia. Przeszlosci już daj spokój Ciebie tam nie ma jesteś tu i teraz. Rodzicom jeśli żyją daj żyć jak chcą, fajnie zrzucić wine na rodziców I dysfunkcyjny dom ale Ty jesteś już bardzo dorosła, Ty siebie kreujesz tamtego dziecka już nie ma. Tak pozytywna motywacja: jesteś super, dasz radę, zdobędziesz świat serio? Liczysz na to że facet  po całym dniu w pracy nieraz ciężkiej i wkurzającej jeszcze znajdzie siłę i chęci do motywowania kobiety która ma na utrzymaniu?  Żal mi go. Co do dzieci ja Ci życzę jak najlepiej ale raczej gotowości na pełną odpowiedzialność za innego człowieka w tym w 100% bezbronnego chyba w sobie nie masz.

Zgadzam się z ty tobą.
Ten facet ma anielska cierpliwość.

26 Ostatnio edytowany przez MagdaLena1111 (2019-02-25 21:50:30)

Odp: Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

LaGata, mnie się włosy zjeżyły po przeczytaniu Twoich postów. To ja już bym chyba wolała, żeby facet wydarł się na mnie albo przyłoźył mi, bo wtedy przynajmniej wszystko byłoby jasne niż stosował wobec mnie perfidne formy przemocy emocjonalnej i psychicznej, w jakiej specjalizuje się Twój mąż. Bo nie mogę inaczej niż elementam przemocy nazwać:
- celowe mówienie treści, które Cię zabolą, ukłują głęboko, zburzą spokój. Poniżające są uwagi, po których masz się czuć gorzej;
- odsuwanie Ciebie lub  utrudnianie ewentualnego wsparcia od rodziny poprzez donoszenie na Ciebie do rodziców, siostry i stawianie Ciebie w negatywnym świetle. To nie jest tylko nielojalność.
- narzucanie swojej woli, ale także wymuszanie określonych zachowań z Twojej strony, bo co innego, jak coś dyskutujecie i wspólnie ustalanie a co innego wygłaszanie jednostronnych monologów z jego strony;
- obwinianie Ciebie za jego decyzje i zachowania - choćby sytuacja że złożeniem wypowiedzenia.
- i to paskudne karanie ciszą.

Moim zdaniem Twój mąż zaburza Twoje poczucie rzeczywistości. To akurat jest mi znane, chociaż w mniej radykalnej formie, co nie zmienia faktu, że jak partner odmawia choćby próby zrozumienia Twojej perspektywy, to może to doprowadzić do sytuacji, że przestajesz czuć, że masz wpływ na rzeczywistość.

Moim zdaniem powinnaś jak najprędzej dąźyć do usamodzielnienia się. Kursy językowe możesz chyba zacząć teraz robić także, w tym czasie możesz rozglądać się za lepszą pracą. I kontynuuj to, co już się w Tobie rozpoczęło, czyli pielęgnowanie własnej odrębności.

Posty [ 26 ]

Strony 1

Zaloguj się lub zarejestruj by napisać odpowiedź

Forum Kobiet » TRUDNA MIŁOŚĆ, ZAZDROŚĆ, NAŁOGI » Ciche dni męża. Czy to ze mną jest coś nie tak?

Zobacz popularne tematy :

Mapa strony - Archiwum | Regulamin | Polityka Prywatności



© www.netkobiety.pl 2007-2018