Hej!
Z chłopakiem jestem już 4,5 roku.
Nie będę ściemniać, że na początku było super, a teraz jest beznadziejnie, mam za sobą spory staż i bagaż, więc kiedy weszłam z nim w związek byłam trzeźwo myśląca i w zasadzie poznane wówczas jego wady nie zmieniły się do dzisiaj.
Konkretnie chodzi o taki szorstki styl bycia. Nie zrozumcie mnie źle, jest bardzo czuły i kochany ale teksty ma takie, że można się załamać.
Cięty język to jedno...
Do tego dochodzą różne jego indywidualności takie jak brak możliwości dogadania z nim budżetu domowego (mieszkamy razem)...
Do tego dochodzi jego odgórne założenie, że ma patent na wiedzę i świadomość wszystkiego. Krytykuje obcych ludzi i naszych znajomych z taką zaciętością, że mi ciarki przychodzą... potrafi być przy tym niezłym hipokrytą i krytykuje nawet ich za rzeczy które ewidentnie sam robi.
Do tego dochodzą durnowate gesty, na przykład zabiera mi telefon jak chce, żebym na niego spojrzała, bo on teraz do mnie mówi...
Albo kiedy opowiadam mu dzisiaj, że moja super ciocia, z którą mam świetną relację opowiadała mi o facecie, którego poznała, to skomentował "ja bym nie chciał, żeby mi moja ciotka opowiadała takie rzeczy"...
A dlaczego tak zatytułowałam tego posta?
Bo to wszystko o czym piszę można podsumować jako kompletne niezrozumienie siebie na wzajem. On po prostu jest dla mnie dziwny. Nigdy bym nie była w stanie walnąć takiego komentarza, albo wyrwać komuś telefonu. Jestem osobą sfokusowaną na emocjach, traktuję ludzi delikatnie i z szacunkiem. Jego historie o ludziach z pracy, o jego szefie są dla mnie absurdalne, bo często kiedy mi o nich opowiada w krytyczny sposób, ja czuję, że mimowolnie staję po ich stronie. Mój facet nie jest moim przyjacielem, choć wiem, że stara się. Ale jak może moim przyjacielem być ktoś, kto ma inny system wartości?
Ja nie rozumiem jego, a on mnie. Czuję się wiecznie oceniana przez niego, ale jednocześnie wiem, że mnie strasznie kocha. Czy to wogle jest możliwe???
Kocham go również i oczywiście są momenty, kiedy mamy wspólny front, ale mam wrażenie, że zawsze nadchodzi później chwila, kiedy się "rozjeźdżamy" w odbiorze tych samych rzeczy.
Chodzimy od połowy roku na terapię dla par. Pomogło nam to o tyle, że się znacznie mniej kłócimy. Ale nadal pozostaje problem odmienności i braku tego porozumienia dusz, czy wspólnego słownika. Kiedy ostatnio jak powiedział mi, że chce zamówić nowe krzesła i ja się zgodziłam, byłam pewna, że postanowił je kupić. Tymczasem przyjechał kurier i musiałam mu zapłacić za pobraniem. Myślicie, że mi oddał kasę? Jak go o to zapytałam to powiedział, że nie ustaliliśmy kto płaci....
Takie sytuacje powodują, że już nawet on mnie nie wkurza tylko sama się wkurzam na siebie, bo powinnam może bardziej zadbać o siebie zamiast chodzić z nim na terapię. Może powinnam napić się za te pieniądze drinka z koleżankami, bo to wszystko i tak jest bez sensu... czy my się kiedyś dogadamy???
Co myślicie o takich problemach komunikacyjnych w związku?
pozdrawiam
Koko