Czy ktoś z użytkowników forum ratował zwiazek w kryzysie? Kryzysie wynikającym znudzeniem druga osoba?
Jest jakiś ciekawy sposób, by milosc odżyła na nowo?
Po ślubie jestem 7 lat. Żyliśmy sobie bujnie i kolorowo - co chwile w innym miejscu, co chwile w piękniejszym. Mieliśmy czas na rozmowy, lubiliśmy razem spędzać czas: a to wypad na plaze, a to na basen, a to czasem jakiś spacer i dobre jedzenie. Były problemy, owszem, ale jakoś mój mąż potrafił wszystko załagodzić.
Przez ta okropna pandemie musieliśmy wrócić do pl, zamieszkaliśmy w domu z bratem. Mamy mieszkania, ale mamy tez dwa psiaki przyzwyczajone od zawsze do życia w domu, wiec ze względu na nie nie chcemy przenieść się do bloku. Dodatkowo cierpie na mizofonie, a sąsiedzi są okropnie głośni i mecze się tam przeokrutnie.
W domu z bratem żyje nam się niby Ok, on się bardzo cieszy, bo dom jest ogromny i samemu było mu nieswojo. Jednak ze względu na taki a nie inny układ domu, musimy z mężem mieszkać w innych pokojach. To chyba jeden z powodów, dla którego wkradł się kryzys.
Drugi powód a może skutek kryzysu, to pracoholizm męża. Odkąd wrocilismy do pl, dostał kilka ofert pracy, nie wiedział, na która się zdecydować, wiec przyjął wszystkie. W najgorszym momencie miał 5 etatów (informatyk, praca zdalna). Kasa z tego jest fajna, ale co z tego? Namawiałam go i w końcu rzucił jeden etat, ale nie poprawiło to sytuacji. Tzn oficjalnie nie poprawiło. Ciagle siedzi u siebie w pokoju przed tysiącem monitorów, jeść wychodzi może raz dziennie, ciagle utyskuje, ze ma awarie w pracy, a jak do niego idę, to leci jakiś serial na jednym z monitorów albo przegląda jakieś głupoty na telefonie. I jasne, rozumiem, ze chce trochę rozrywki, ale dawniej tez tak było i po prostu po skończonej pracy przychodził i razem przeglądaliśmy te głupoty czy oglądaliśmy jakiś serial. Teraz mam wrażenie, ze po prostu moje towarzystwo nie sprawia mezowi przyjemnosci. Raz na jakieś dwa dni idzie na zakupy. Nigdy nie zaproponuje, żebyśmy poszli razem, a jak ja mówię, ze tez się chętnie wybiorę, to zaraz się irytuje, ze po co, jak on sam szybko skoczy i za pół godziny będzie spowrotem.
Mamy już spore oszczędności, chcemy kupić niezależny dom, żebyśmy mogli zamieszkac razem, ale zanim to dojdzie do skutku, to małżeństwo może się całkiem rozpaść.
Ja tez pracuje zdalnie, zarabiam sporo, ale nie mam nadmiaru pracy. Czasem przychodzę właśnie do pokoju męża i usiłuje z nim porozmawiać, ale nie ciągnie on żadnego tematu. Zdarza się, ze przez cztery dni nie zamienimy nawet słowa, bo on urzęduje w domu na dole, ja głównie na gorze, na dol schodzę tylko do kuchni coś zjesc. Mąż nigdy nie był zainteresowany wspólnym spożywaniem posiłku, nawet jak było lepiej, to robił sobie kanapki i szedł do laptopa jeść. Wcześniej mi to jakoś tak nie doskwierało, bo mieliśmy czas porozmawiać, a teraz ani przy posiłku ani bez posiłku. Czuje sie, jakbym mieszkała z zombie a nie człowiekiem. Niby jest, a jedynie przemyka po domu. Nie jest to kwestia tego, ze mu złe w tym domu. Dom jest brata i nasz wspólny. Kupiliśmy go wspólnie, bo wiedzieliśmy, ze nie będziemy w pl mieszkać na stałe, a chcieliśmy mieć miejsce, gdzie spokojnie można na trochę dłużej przylecieć. Dlatego właśnie dom jest przystosowany bardziej pod potrzeby brata a nie nasze. Z moim bratem lubi się bardzo i czasem razem stanowią wspólny front przeciwko mnie, co mnie dodatkowo dołuje, bo jak spieram się o coś z bratem, to nie staje po mojej stronie tylko po jego, ale! Najczęściej jest tak, ze to mój mąż celowo rzuca jakaś zaczepkę i patrzy na brata, żeby ten go poparł w wyśmianiu mnie! Doprowadza mnie wtedy do szału i wyjeżdżam wtedy z domu do mieszkania, żeby nie musieć na męża patrzeć. Czasem mam wrażenie, ze celowo mnie wkurza, żebym wyjechała.
Wyjezdzamy czasem do spa czy na wspólny weekend, ale i tak kończy się tak, ze on musi coś podłubać w pracy którejś albo po prostu z kimś gada przez telefon o pracy i zazwyczaj się kłócimy. Ciagle tłumacze mezowi, ze praca praca, kasa jest ważna, ale nie aż tak i ze lada moment nie będzie co zbierać z tego naszego związku, on przytakuje, ale ciagle tłumaczy, ze nie może zostawić żadnej z nich, bo wszędzie na nim polegają i ze w sumie co, rzuci robotę i będzie siedział i się nudził, jak może kasę zarabiać.
Czasem zastanawiam się, czy mąż nie ma depresji, ale kurczę jak wyjdzie z tej swojej nory, to jest normalny, chce mu się wyjść do ludzi.
Ja sama choruje na depresje. Raz jest lepiej, raz gorzej. Przyjmowałam leki, ale niestety moja wątroba nie wytrzymała natłoku chemii i musiałam wszystko odstawic. Niestety od tego momentu jestem bardziej przybita i to na pewno nie zachęca go do kontaktu ze mną, ale dawniej tez miewałam takie momenty i jednak bardziej się wtedy mną interesował, próbował czyms zająć, choćby wciągnąć w jakiś serial czy zorganizował jakieś wyjście. Teraz nic. Ok, wiem, nie jestem dzieckiem, by sie mną non stop opiekował, ale z drugiej strony - ‚milosc - kiedy jedno spada w dol, drugie ciągnie je ku gorze’.
Wydaje mi się, ze cały ten kryzys jest skutkiem wygaśnięcia uczuć. Dlatego właśnie zastanawiam się, czy jest jakaś metoda, sposób na rozgrzanie uczuć od nowa? Czy ktoś pokonał kryzys spowodowany znudzeniem się druga osoba?