Witajcie,
Jakiś czas temu pisałam w innym poście, że odkryłam, iż mąż mnie zdradza.
W październiku 2009 odkryłam miłosne smsy. Wykręcał się, że to nie tak jak ja to widzę. Śmieszne...
W lutym 2010 - ponownie odkryłam miłosne smsy z tym samym numerem. Przyznał się. Powiedział, że się zagubił. Obiecał definitywnie zakończyć.
W kwietniu 2010 miał poważną rozmowę z moim tatą. Wyglądało wszystko na to, że idzie powoli w dobrym kierunku. Aż tu 01 maja odkryłam, że ma z nią kontakt dalej.
Mamy za sobą prawie 11 wspólnych lat. 6 letniego synka i kredyt mieszkaniowy. Ja nie mam pracy (nie mogę od kilku miesięcy znaleźć). Wiele wycierpiałam. Wiele przepłakałam. Dawałam szanse. Trzy szanse. Ale jak widać nie zdało, to żadnego egzaminu.
Teraz chcę zdobyć dowody jego zdrady i orzekania jego winy przed sądem.
Romantyczny sen o białym rycerzu odpłynął w niepamięć. Zawsze starałam się o siebie dbać, być dobrą żoną, przymykać oko na nocne wyjścia (raz-dwa razy w tygodniu) - tłumaczył to biznesami. Taka specyficzna branża. Teraz jednak mam dowód na to, że dalej mnie robi z nią w wała. Co ciekawe ona o mnie wie. Rozmawiałam z nią w lutym. I nie przestała tego robić.
Mam dosyć bycia ofiarą. Chcę sprawiedliwości, żeby pożałował za to co mi zrobił i naszemu dziecku. Miał okazję się przyznać. Powiedziałam mu wprost - nie kochasz mnie, z tamtą ci lepiej? Usiądźmy i dogadajmy się jak dorośli, odpowiedzialni ludzie. Jak widać, to też nic nie dało.
Wiem jedno, nie kocham go już. Wierzę, że pracę w końcu znajdę. Ale jak załatwić sprawę dowodów jego zdrady i jak złożyć pozew? Nie chcę też stracić mieszkania na kredyt. Nie chcę jego alimentów, chcę zachować to mieszkanie dla siebie.
Pomóżcie...