Ha! Słowa znienawidzone przez młodzież każdego pokolenia, ale przyszły mi do głowy w trakcie czytania różnych postów i wątków na tym forum.
Otóz nie chciałabym w dzisiejszych czasach mieć lat nastu czy nawet trzydziestu. Uważam (jest to tylko moje odczucie), że kiedy byłam młoda (tzn. dalej jestem, ale trochę inaczej), to życie moich rówieśników i moje było o niebo łatwiejsze i prostsze.
Wiadomo czego nie było: mięsa, cukru, butów, komputerów, komórek, klocków Lego, pampersów, bandytyzmu na stadionach i setek innych rzeczy.
Co było: inwencja twórcza od przedszkola po studia, ruch, śmiech, zabawy na powietrzu, cymbergaj, kolarze, zośka.
Gdy czytam wypowiedzi młodziutkich dziewczyn o samotności, anoreksji, bulimii to daję słowo nie zazdroszczę. Może mój charakter pozwolił mi uniknąć w młodości tego typu problemów, a może jednak żyło się inaczej. Rodzice nie gonili wyłącznie za kasą, mieli dla nas więcej czasu, nie było kultu chudości, nikt, albo mało kto, miał pojęcie co to cellulit, znajomości i przyjaźnie trwały latami, a niektóre trwają do dzisiaj.
Nie przypominam sobie, aby wśród moich koleżanek któraś się odchudzała, ale faktem jest, że wolny czas spędzaliśmy na tzw. łonie natury, chociaż w kraku takie łono ciężko znaleźć, ale zawsze były Błonia, Rudawa i przede wszystkim chęci. Siedzenie w domu to była KARA. Brało się psa, rower czy wrotki i migusiem z domu.
Żal mi dzisiejszej młodzieży, pomimo rozwoju techniki, poprawy warunków bytowych są samotni i nieszczęśliwi. A może właśnie dlatego.
Co o tym sądzicie? Zapraszam do dyskusji.