Cześć wszystkim! Nigdy nie spodziewałem się, że przyjdzie mi kiedykolwiek napisać na forum o takiej tematyce. No ale jednak sytuacja życiowa mnie trochę do tego zmusiła, bo chciałbym poznać opinie osób trzecich na wydarzenia, które opiszę poniżej.
Byłem z dziewczyną ponad dwa lata w związku. Zerwała ze mną na początku października. Ona 21 lat, ja 27. Jak to w związku - raz lepiej, raz gorzej, ale zawsze razem. Pochodzimy z tego samego, małego miasta. Ją jednak zawsze ciągnęło do cywilizacji, nie lubiła tej zaściankowej mentalności i braku perspektyw (ona od dwóch lat studiuje w dużym mieście). Ja z kolei jestem typem, który nie lubi za wiele zmian, raczej bardziej idę w stronę stagnacji. To był też jej główny problem w stosunku do mnie. Chciała, żebym w końcu ruszył do przodu, przeprowadził się gdzieś do miasta, bo marnuję swój potencjał na prowincji (mam całkowicie niestacjonarną pracę, którą mogę wykonywać w zasadzie z każdego miejsca na ziemi). Ja na początku nie byłem do końca przekonany co zrobić, wynikało to właśnie z mojego charakteru i wygody, bo to co miałem wypracowane u siebie w domu, pozwalało mi (jak i jej) żyć jak pączek w maśle, z dala od tego całego cywilizacyjnego przepychu. Jej to jednak nie pasowało, a ja z kolei z dnia na dzień, zacząłem sie przekonywać do jej światopoglądu, bo mi samemu zaczął przeszkadzać ten wiejski klimat. Tak więc na początku tego roku zdecydowałem, że przeniosę sie do miasta, w którym ona studiuje (plany miały zostać wdrożone na jesień). Ona mieszka z koleżanką, ma bardzo fajne mieszkanie, więc uznaliśmy, że ja sam sobie coś ogarnę i zamieszkamy osobno. Chyba nie muszę mówić jaka ona była szczęśliwa z powodu mojej decyzji.
Tak wygląda uogólnione tło całej historii. Teraz do sedna.
We wrześniu zacząłem szukać mieszkania dla siebie i wtedy też zaczęło coś gnić w naszym związku. Nie ukrywam, to był ciężki okres dla mnie, bo jednak zaczęcie nowego rozdziału w życiu nigdy nie jest proste. No i potrzebowałem jej wtedy, jej wsparcia, czegokolwiek. Ona jednak stawała się tak jakby zimna dla mnie, a im bardziej ja naciskałem, tym bardziej ona sie oddalała. Typowy przykład błędnego koła. To mnie mega demotywowało i rozstrajało. Na pewno mi to wizerunkowo nie pomagało, bo stałem się w pewnym momencie taką rozlazłą mameją. Cipą, jednym słowem. No ale taki okres sie zdarzył, różnie przychodzi w życiu. Pomimo tego jak sie cała sytuacja rozgrywała, to znalazłem zajebiste mieszkanie, ogarnąłem wszystko sam tak jak chciałem. Czyli w końcu miałem zacząć ten nowy okres w życiu, który ona (ale też głównie ja dla siebie) sobie wymarzyła. No ale cóż, w momencie jak podpisywałem umowę o wynajem, to można powiedzieć, że mleko już było wylane... Na początku października ona ze mną zerwała oficjalnie. Moje pojęci logiki uległo całkowitej defragmentacji.
Do dzisiaj nie potrafię sobie tego poukładać w głowie. Ona twierdzi, że po prostu sie wypaliło, że sie całkowicie różnimy i że ona chce iść teraz przez życie sama. Tym bardziej tego nie rozumiem, że ona jeszcze na przełomie sierpnia/września mówiła mi jak bardzo mnie kocha, jak bardzo we mnie wierzy i tęskni za mną w różnych sytuacjach. Czy można w tak krótkim okresie zdecydować, że sie już kogoś nie kocha i postawić grubą krechę na tym co było kiedyś? Czy to jakiś wpływ jej koleżanek na nią? Chęć wyszalenia się i pochłonięcia przez studenckie życie? 6 lat różnicy między nami, trochę inne życiowe priorytety. Czy my po prostu mieliśmy słaby timing? Co do naszych wspólnych relacji - ja zawsze dla nie byłem wtedy kiedy tego potrzebowała. Wspierałem ją, pomagałem w różnych sytuacjach. Nigdy niczego nie odpierdoliłem, czasami może byłem trochę zazdrosny i się za bardzo o nią martwiłem (no ale ona też miała podobnie). Skoro ja nie zrobiłem niczego źle, to czemu tak muszę cierpieć? Ona po rozstaniu się zachowuje tak bardzo jak nie ona... Imprezuje jak szalona, ma na wszystko wyjebane i mam wrażenie, że stała się jakimś emocjonalnym warzywem. Tak jakby ktoś jej przestawił wajchę w głowie. Ona zawsze była przebojową, inteligentną, pewną siebie dziewczyną, ale jednak wiem, że zawsze była mocno uczuciowa. Ja z kolei byłem głosem rozsądku w tym związku. Wszyscy mówili, że ona sie przy mnie zmieniła na lepsze. Zresztą ja też sie zmieniłem dzięki niej, bo przez swoją zdrowotną przeszłość, utraciłem gdzieś poczucie pewności siebie i własnej wartości, a dzięki niej wszystko pomału zaczęło wracać na dobre tory.
Myślicie że to jest taki okres tylko, stan przejściowy w jej życiu? Że pewnego dnia sie ocknie i zrozumie, że dużo straciła? Mi jest ciężko zrozumieć fakt, że stałem się dla niej całkowicie obojętny, że z dnia na dzień stałem się zwykłym człowiekiem z ulicy. Nie mam pojęcia co mam zrobić w tej sytuacji, nie mogę sie od niej odciąć całkowicie - mamy wspólnych znajomych, a dodatkowo ja jestem zżyty z jej rodziną też. Nawet jej rodzice byli mocno wkurzeni na nią, za to, że ze mną zerwała. No ale tak naprawdę to nie ma żadnego znaczenia.
Kocham ją wciąż bardzo, ale nie odwalam dziwnych akcji i nie błagam jej na kolanach o powrót. Minęły dwa miesiące od rozstania, ale ja wciąż mam gorsze chwile jak ta i nie wiem jak sobie z tym wszystkim poradzić. Nasz kontakt jest sporadyczny, staram się unikać kontaktu z nią, no ale ciężko mi nie myśleć o niej codziennie. Na zewnątrz wszystko fajnie wygląda, bo radzę sobie dobrze, mam głowę w górze, ale w środku czasami czuję ogromną pustkę i żal.
Jakieś rady, opinie, cokolwiek?
Pozdrawiam.