Witam Wszystkich,
Nie wiem od czego zacząć? Może od tego, że jestem mężatką od 2,5 roku. Od samego początku nie układało się między nami rewelacyjnie, jeszcze przed ślubem dochodziło do wielu sprzeczek, lecz nikt wtedy nie odważył się na rozstanie. Teraz tych kłótni jest coraz więcej, więcej jest ?cichych dni? niż tych pozostałych. Kłócimy się o każdy najmniejszy drobiazg. Podczas ostatniej kłótni doszliśmy do wniosku, że mamy zupełnie różne charaktery, przez co nigdy nie dojdziemy do porozumienia, że mamy zupełnie inne podejście do życia, że nie mamy wspólnych tematów? Poza pracą. Nasza praca ? nasza firma ? dominuje w naszym związku. Jest głównym tematem niemalże zawsze i wszędzie. Budzę się rano i o niej słyszę, zasypiam i jest podobnie. Pracujemy razem już 3,5 roku; firmę założył mąż rok wcześniej, ale od 3,5 roku to ja jestem tam codziennie. Największe kłótnie zawsze dotyczą właśnie tej kwestii. Mąż uważa, że to on wie najlepiej co i jak robić. Boję się zaproponować cokolwiek, bo zawsze wychodzi na to, że albo nie mam racji, albo źle postanowiłam. No i wtedy kolejna kłótnia. Tzn. to mąż zazwyczaj mówi, bo ja po kilku pierwszych jego zdaniach zacinam się i przestaję odzywać się w ogóle. I następują ciche dni. Później wyciągam rękę, przyznaję jemu rację, parę dni jest w porządku. Do następnej różnicy zdań. I tak wkoło.
Przez te 2,5 roku małżeństwa czuję się wykończona psychicznie. Nie mam siły i ochoty na nic. Kiedyś byłam kobietą potrafiącą podejmować decyzje, kobietą pełną pomysłów na życie, kobietą ambitną, pełną energii, siły i woli walki. Teraz jest zupełnie odwrotnie, a do tego wszystkiego dochodzi niska samoocena i niezdecydowanie.
Po ostatniej kłótni postanowiliśmy, że znajdę pracę; może to pomoże naszemu związkowi. Ale teraz sama już nie wiem czy w ogóle chcę go ratować. Wiem, że mąż zawsze będzie osobą dominującą i decydującą w tym związku. To on mówi mi jak mam się ubrać, jak wyglądać, jak się zachowywać, mówi mi co zrobiłam źle i w jakiej sytuacji zachowałam się nie tak jak on uważa, że powinnam była się zachować.
Od pewnego czasu zaczynam się zastanawiać czy ja go w ogóle kocham. Dochodzę do wniosku, że do ślubu tak się spieszyłam, żeby uciec z domu? Nie mówię, że jest mi źle ? niczego mi nie brakuje, stać nas na wiele, niczego sobie nie odmawiamy, dużo podróżujemy, zwiedzamy, ale czy to jest w życiu najważniejsze???
Nie mówię, że w tym wszystkim jestem bez winy. Szczególnie od ostatnich paru miesięcy. Mąż uważa, że jestem jak ?warzywko?? Nie przytulam się do niego, nie całuję, nie jestem czuła. Ale ja po prostu nie potrafię. Nie mam ochoty. I zaczyna mi się wydawać, że jest to kolejny argument ku temu, że po prostu go nie kocham. No bo przecież jeśli się kocha to jest się w stanie zrobić wszystko dla tej drugiej osoby? Czy nie tak?
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kilka innych kwestii, w których mąż wymaga ode mnie podjęcia szybkich decyzji. Tzn. jest to kwestia wzięcia kredytu na 20-30 lat na zakup mieszkania, ale ja nie wiem czy ja chcę się w to pakować biorąc pod uwagę stosunki między nami?
Mam tak ogromny mętlik w głowie, nie wiem co mam myśleć, co robić, czy dalej w to brnąć, czy podjąć inną decyzję? Nie wiem. Jestem kompletnie rozbita. Nie wiem czy jest to wina mojej niezrozumiałej kobiecej psychiki, czy ja to sobie wszystko po prostu wyolbrzymiam? Wiem, że mąż mnie kocha, ale czy ja kocham jego??