Witam,
poruszałem już mój problem w kilku podobnych tematach (ze względu, że jestem tu nowy i nie za bardzo ogarnąłem na początku), starając się uzyskać jakieś wskazówki, porady, słowa krytyki czy pocieszenia, ale jednak postanowiłem, że stworzę swój i opiszę w jednym wątku.
Od 13 lat jestem w związku małżeńskim z kobietą, którą kocham ponad życie, jest tą jedyną i zawsze nią była. Mamy 9 letniego syna. Nasze wspólne życie miało swoje wzloty i upadki, chwile piękne, ale i beznadziejne. Jednak od pewnego czasu (nawet nie jestem w stanie określić, kiedy to nastąpiło) zaczęło się wszystko powoli sypać. Mamy trudne charaktery, można powiedzieć, że takie dwa małe przeciwieństwa, co raczej nie pomagało. Gdy któreś powiedziało A, to drugie musiało na koniec powiedzieć B. Zaczęliśmy się czepiać o praktycznie każdą pierdołkę, nie rozmawialiśmy o naszych problemach, każdy miał jakieś tam życie, problemy, ale swojej głowie. Nie spędzaliśmy praktycznie razem czasu, ja zacząłem być domownikiem, wciągnąłem się w świat komputera, zacząłem przy tym popijać w week piwo, gdzie potrafiłem (jak to żona mówiła) upić się przy tym sam, mało czasu poświęcałem rodzinie, byłem zazdrosny, miałem problemy ze swoimi emocjami i nastrojami, żona wychodziła do rodziców lub spotykała się z koleżankami. Kolejnym problemem były też nasze wydatki, gdzie wiedząc, że nie możemy za bardzo szaleć, nie potrafiliśmy też tego tematu unormować. Jestem osobą dobrą, jednak chyba troszkę zagubioną która bardzo potrzebuje bliskości i (podobno z tym przesadzam) i to stał się również problem. Pisałem np. żonie miłego maila do pracy, a ona nie odpisała ? problem dla mnie, napisałem sms-a, to samo. Wychodziła z koleżanką/ami, mówiła, że będzie np. o 22:00, a ja pisząc sms o 23:00, gdzie jest, czy wszystko jest ok, odbijało się tym, że ją sprawdzam i kontroluję, a ja się po prostu martwię. Kilkanaście miesięcy temu, po rozmowie między nami zacząłem dostrzegać swoje błędy, że pora zacząć coś z tym robić. Przejąłem pewne obowiązki, które do tej pory praktycznie zawsze wykonywała żona. Zacząłem zmieniać w sobie pewne nałogi i przyzwyczajenia (rzuciłem nawet palenie po 19-stu latach). Małżonka też miała swoje minusy. Ponad wszystko stawiała dobro swojej rodziny (rodzice, brat), nie słuchała, że jakieś tam rzeczy w tym mi się nie podobają. Zostawała w pracy po godzinach za darmo, bo wszyscy tak robili i jak to twierdziła, nie mogła się wyłamywać. Nie konsultowała ze mną pewnych rzeczy i robiła, jak uważała za moimi plecami.
Teraz wiem, że wszystko prysnęło przez brak rozmowy o życiu, problemach...
Więc, pewnego czerwcowego dnia, żona wyprowadziła się do rodziców. I tak trwa to do dzisiaj.
Miałem dużo czasu na przemyślenia, co robiłem nie tak, co muszę zmienić i wdrażam to w swoje życie. Rozmawiałem z żoną kilka razy o powrocie, ale ciągle jest na nie. Nie mamy obecnie jakiś stosunków bojowych, spotykamy się co jakiś czas, zachowujemy się jak normalni ludzie, rozmawiamy normalnie. Tylko ja ciągle dążę do powrotu, a ona obecnie tego nie chce.
Więc bardzo proszę o jakieś rady i pomoc, jak ten związek uratować, bo naprawdę mi zależy na tym.

