Witam serdecznie
Jestem tu nowa i mam stracha, jak zostanę przyjeta.
Chciałabym spróbować swoich sił w pisaniu i postanowiłam opisać swoje przygody ze słonecznej Italii.
Od czytelników zależy, czy mam to kontynuować, czy jednak schować do szuflady.
Starość to jeszcze nie koniec świata
Właśnie skończyłam zmywać naczynia po gościach, dziś obchodziłam swoje czterdzieste piąte urodziny. Jak to szybko minęło ? pomyślałam odkładając spód od tortownicy. Tort jak zwykle zrobiłam sama, kiedy zapraszam swoją rodzinkę, nigdy nie idę na łatwiznę. Wszystko smakowało,, dostałam pochwały, ale czegoś mi jednak brakowało. Ale czego? Zastanawiałam się, przecież mam wspaniałego męża i kochanych synów, a jednak czułam niedosyt. Coś muszę zmienić w swoim życiu, i z tym postanowieniem, zmęczona zasnęłam. Rano obudził mnie telefon, dzwoniła moja przyjaciółka z Włoch. Jola wyjechała za granicę jakieś parę lat temu za pracą. Tam zatrudniła się jako opiekunka do starszej osoby. Wiedziałam z listów które do mnie pisała, że nie jest to łatwy chleb, ale płacą nieźle i jeśli ktoś nie ma pracy w Polsce, to dobra okazja na podreperowanie domowego budżetu. Moja przyjaciółka zaproponowała mi zastępstwo za jej koleżankę, która musi na jakiś czas wrócić do Polski.
Kiedy po prawie dwudziestu minutach Jola skończyła swój monolog, bo oczywiście jej przerwać, to tak jak trafić szóstkę w totolotka, zapytałam jak sobie to wyobraża przecież nie znam języka. Oczywiście dla niej nie stanowiło to żadnego problemu.
- Nauczysz się kilkanaście podstawowych słów i tyle ? powiedziała.
Podniosło mi się nagle ciśnienie, serce zaczęło mocniej bić, może warto spróbować? Zapewniłam ją że przemyślę jej propozycję i oddzwonię. Już po odłożeniu słuchawki, podjęłam decyzję, jadę.
Teraz czekała mnie przeprawa z mężem, czy się zgodzi? Co na to moi synowie. Nie było łatwo, ale postawiłam na swoim. Parę dni później zaopatrzyłam się w rozmówki włosko- polskie i kasety. W każdym dniu, po powrocie z pracy, uczyłam się włoskich słówek i stwierdziłam że ten język nie jest taki trudny, Do wyjazdu pozostał tylko miesiąc, żałowałam że będę musiała wyjechać na święta Bożego Narodzenia, jednak nie miałam wyboru.
Mój mąż z obrażoną miną odwiózł mnie na dworzec.
-Nadal się upierasz przy tym wyjeździe? Zapytał
-Marku, przecież nie mogę teraz się wycofać, jest już za późno, to tylko trzy miesiące, zleci jak biczem strzelił ? powiedziałam zarzucając mu ręce na szyję. Kierowca nawoływał wszystkich do zajęcia miejsc w autokarze, pożegnałam się z mężem i z łzami w oczach patrzyłam jak znika mi z pola widzenia.
Na pocieszenie nikt obok mnie nie siedział, więc pojawiła się nadzieja że będę miała więcej miejsca dla siebie.
Jak to bywa ze mną, ledwie autokar ruszył, wyciągnęłam kanapkę z plecaka. Myślę że takie zachowanie, to nerwowa reakcja na podróż, chociaż nie byłam głodna musiałam coś zjeść.
Na pierwszym postoju, wsiadło kilka osób, ale na szczęście nadal nikt przy mnie nie usiadł.
W ostatniej chwili kiedy mieliśmy już odjeżdżać, pojawił się spóźniony pasażer. Machając biletem trzymanym w dłoni, wbiegł zdyszany do środka, tłumacząc coś kierowcy.
-Ja to mam szczęście do pięknych kobiet ? powiedział mężczyzna siadając obok mnie. Moja nadzieja o wygodnej podróży, w jednej chwil legła w gruzach.
Mój współpasażer, to typ lekko podstarzałego podrywacza. Miał około pięćdziesiątki, kruczo czarne włosy przy pomarszczonej, spalonej słońcem cerze, wyglądały komicznie.
- Trzeba się godnie starzeć ? pomyślałam patrząc ukradkiem na farbowanego lisa.
- Jestem Genek, zwrócił się do mnie, podając dłoń na której lśnił złoty sygnet.
Jak na dobrze wychowaną kobietę, grzecznie się przedstawiłam i uznałam że to byłoby na tyle. Wyciągnęłam rozmówki polsko ? włoskie i tym sposobem dałam mu do zrozumienia, że każde z nas powinno spędzić tę podróż po swojemu.
-O! widzę, że nie marnuje pani czasu, zagadnął gładząc swoje lśniące, farbowane włosy - Pani w celach zarobkowych, czy turystycznych? Zapytał.
- Turystycznych ? odpowiedziałam z udawaną grzecznością zakładając słuchawki na uszy. Zamknęłam oczy i oddałam się muzyce. Ale nie trwało to długo, silne szarpnięcie w ramię, zburzyło mój święty spokój.
-Przepraszam pana, ale nie mam nastroju do rozmowy ? powiedziałam zdejmując słuchawki. Mam tu krzyżówki, jeśli ma pan ochotę, to proszę z nich skorzystać.
Na szczęście przystał na moją propozycję, ale to była dla mnie porażka. Genek co chwilę zadawał mi pytania, tak właściwie nie wiele sam wiedział i właściwie to ja sama rozwiązałam jedną z krzyżówek.
-Co tu zrobić? Myślałam nerwowo i w tym momencie przyszedł mi do głowy szatański pomysł. Z racji na mój zawód, który wykonuję już od ponad dwudziestu lat, mogłam spokojnie rozpoznać uzębienie u osób z którymi miałam kontakt. Facet miał sztuczne zęby.
-Może guma dla odświeżenia? ? zapytałam.
Nie mógł odmówić, udając że to dobry pomysł, przyjął miętową drażetkę i tym sposobem miałam go z głowy.
Następny postój miał być za jakieś trzy godziny, Genek milczał jak grób i tylko ja wiedziałam dlaczego. Kiedy zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, pierwszy pobiegł do toalety, a jak wrócił to był taki zmęczony, że zasnął jak dziecko chrapiąc przy tym głośno.
Na całe szczęście wysiadł w Rzymie, na pożegnanie, zapisał mi swój numer telefonu na skasowanym bilecie tramwajowym.
-Jakie to romantyczne ? pomyślałam, ale trafił mi się amant filmowy, hi, hi, zaśmiałam się nerwowo Dawniej kawalerzy bywając w kafejkach, pisali liściki na papierowych serwetkach, a Genek zrobił to na bilecie, może źle go oceniłam.
Nareszcie została jeszcze godzina do końca podróży, poczułam nerwowy skurcz w żołądku.
Miałam nadzieję że Jola wyjdzie po mnie, bo w przeciwnym razie, sama sobie nie poradzę.
Na moje szczęście, przyjaciółka czekała na końcowym przystanku.
Powitanie było serdeczne, obie z Jolą, płakałyśmy jak małe dziewczynki, ostatni raz widziałyśmy się parę lat temu. Zaprzyjaźniony, włoski przyjaciel mojej koleżanki, zapakował moje bagaże i zawiózł nas na miejsce.
W apartamencie, który miał być moim domem przez trzy miesiące, czekała na nas kobieta którą miałam zastąpić.
Marysia od razu przeszła do konkretów. Po krótkim powitaniu, zaprowadziła mnie do Filomeny, starszej pani, którą miałam się opiekować.
W małym pokoiku na łóżku, leżała przykryta po brodę staruszka. patrzyła na mnie przerażonym wzrokiem, ściskając kurczowo w zniekształconych artretyzmem palcach kołdrę.
Przywitałam się z nią po włosku, na tyle ile potrafiłam i próbowałam uścisnąć jej dłoń. Ale w tym momencie poczułam silny ból, Filomena na powitanie, wbiła swoje paznokcie w moją rękę.
-Ała! Syknęłam, próbując wyswobodzić się z jej uścisku
Jola która stała tuż za mną, nachyliła się nad kobietą i podniesionym głosem upomniała staruszkę, przekazując jej, że to ja będę od dziś się nią opiekować.
Wróciłyśmy do salonu, zostawiając Filomena z tą wiadomością.
-Nie martw się, to jej minie, za każdym razem kiedy ktoś nowy pojawia się w jej życiu, tak właśnie reaguje ? powiedziała Jola.
Mimo jej zapewnień poczułam lekki niepokój, czy starsza pani mnie zaakceptuje. Resztę dnia spędziłyśmy plotkując i popijając włoskie capucino.
Moja poprzedniczka, pożegnała się ze mną, dając mi kilka cennych wskazówek dotyczących opieki nad staruszką.
Jola oznajmiła mi, ze niestety musi już wracać i pocieszając mnie na koniec, zapewniła, że na pewno dam sobie rad
Przyszedł czas posiłku, zrobiłam kanapki z serem, oraz zaparzyłam herbatę.
-Koniec rozczulania się nad sobą, zaczynam pracę ? powiedziałam sama do siebie, wchodząc do pokoju mojej podopiecznej.
Nie było tak źle, posadziłam starszą panią na stołku, który był przeznaczony nie tylko do siedzenia, pod spodem miał pojemnik na potrzeby fizjologiczne. Filomena z apetytem zjadła wszystko co jej podałam. Miałam już pierwszy swój sukces. Potem zajęłam się jej toaletą, a nie było to łatwe. Wszystko trzeba było robić na łóżku, bo kobieta od długiego czasu nie opuszczała swojego pokoju.
Życzyłam jej po włosku dobrej nocy i zgasiłam nocną lampkę. Uspokojona i dumna z siebie usiadłam w salonie, zastanawiając się jaka będzie noc w nowym miejscu i co pokaże ranek.
Noc niestety była koszmarna, Filomena wzywała mnie co jakieś piętnaście minut, do siusiania. A nie było to takie łatwe jak u zdrowych osób. Trzeba było dźwignąć ją z lóżka, posadzić na sedio, wspominane już wcześniej krzesło i czekać. Za każdy razem ten sam scenariusz, wołanie, dźwiganie, kilka minut oczekiwania i nic. Dopiero nad ranem staruszka oznajmiła mi że może spokojnie wrócić do łóżka, używając przy tym włoskich słów, które zrozumiałam używając, wyłącznie swojej wyobraźni.
Oczywiście nie było już mowy o spaniu, oczy miałam jakby ktoś nasypał mi do nich piasku. Zaparzyłam sobie kawę w małym metalowym ekspresie i zabrałam się do robienia śniadania.
Postanowiłam że Filomena zje je ze mną w salonie. Nie wiem jakim cudem, ale udało mi się podnieść ją z łóżka. Włożyłam swoje ręce pod jej pachy, na szczęście była drobną osóbką i nie ważyła wiele. Krok po kroku, zbliżałyśmy się do celu. Kiedy posadziłam ją na fotelu, zobaczyłam w jej oczach strach.
Skleciłam kilka zdań, używając słownika i zapewniłam ją, że nie musi się niczego obawiać, bo jestem tu po to by jej pomóc.
Pierwszy miesiąc był dla mnie koszmarem, codzienna walka o higienę, przymusowe spacery po mieszkaniu i leczenie licznych zadrapań, zadanych przez upartą starszą panią, sprawiły, że byłam bliska poddania się. Ale któregoś ranka, Filomena zapytała mnie czy mam rodzinę. Teraz wiedziałam już, że będzie dobrze. Doszłyśmy do porozumienia, dzięki niej mogłam wzbogacić swoje słownictwo. Każde wypowiedziane przez nią zdanie sprawdzałam w słowniku i tym sposobem, dowiedziałam się wiele o jej życiu. Moja podopieczna była panną, kiedyś prowadziła sklep z wędlinami, oprócz tego robiła piękne serwetki na szydełku.
Zostałyśmy przyjaciółkami, każdego poranka piłyśmy kawę, a ja opowiadałam jej o swojej rodzinie i pracy którą obecnie wykonuję. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, rodzina Filomeny musiała wyjechać, zostałyśmy same. Wystrojone zasiadłyśmy do stołu, wyciągnęłam z listu który wysłała mi moja mama opłatek i łamiąc go podałam Filomenie
-Komunija? Zapytała zdziwiona.
Nie mogłam opanować śmiechu widząc zdziwioną staruszkę. Kiedy już się uspokoiłam, dokładnie wyjaśniłam Filomenie że taki zwyczaj panuje w Polsce i w wigilijny wieczór wszyscy łamią się opłatkiem.
No cóż, byłam przekonana że spędzimy ten dzień w rodzinnym gronie i nic nie kupiłam do jedzenia w lodówce miałam tylko parówki i makaron.
- Nic się nie martw, powiedziałam do Filomeny, zaraz coś przygotuję i zjemy pyszną kolację.
Płakać mi się chciało, bo już widziałam swoją rodzinkę u teściowej. Stół suto zastawiany, karp po żydowsku, kluski z makiem, kapusta z grochem, a ja właśnie kroję parówki. Ale co tam, mam parówki, nie jest źle.
Staruszka już przysypiała, na komendę mandziaro!! Czyli jedzenie, zaraz się ożywiła.
Myślałam tylko o tym żeby tak ją zmęczyć, by spała jak suseł, opowiadałam jej, oczywiście używając słownika, o naszych świętach, o potrawach i upominkach pod choinkę. Aż w końcu oznajmiłam że czas do spania.
Odholowałam starszą panią do jej pokoju, pogłaskałam po głowie i życząc dobrej nocy, wyszłam, gasząc światło w lampce nocnej.
To był bardzo przykry i przygnębiający wieczór, bez Pasterki, bez rodziny, bez choinki. Położyłam się w swoim pokoju i założyłam słuchawki na uszy z nauką języka włoskiego. Jednak wszystko mnie drażniło, nic nie wchodziło mi do głowy, więc zrezygnowałam z lekcji i wtulając się w poduszkę próbowałam usnąć.
Nie upłynęło może dwadzieścia minut, jak usłyszałam wołanie z pokoju babci.
- Anna!! Fare la pipi, to znaczyło, że chce mi się siusiu
Niechętnie wstałam, było bardzo zimno, a jeszcze to rozdrażnienie, no cóż, po to tu jestem, to moja praca. Posadziłam babcię na sedio i czekam. A ona siedzi, macha ręką, jakby chciała sobie pomóc w siusianiu. Mija dziesięć minut, w końcu daje mi do zrozumienia, ze to był fałszywy alarm. Pakuję babcię z powrotem do łóżka, zawiązuję lenzolę, czyli prześcieradło położone na kocu, zawiązuję bo Filomena ciągle zrzuca wszystko. Wychodzę z pokoju i gaszę światło, padam na łóżko.
-Anna!! Abicze mi lucze! !to znaczy zaświeć światło.
Zacisnęłam pięści, zakryłam głowę poduszką i starałam się zasnąć. Jednak babcia nie dawała za wygraną.
- Anna, abicze mi lucze, kurli, kuli!! Czyli zaświeć mi światło, błagam.
Postanowiłam że nie poddam się, albo ja ją przetrzymam, albo ona mnie. Przegrałam musiałam jej włączyć to cholerne światło.
Dochodziła już trzecia rano, a ja nadal nie śpię. Kiedy wydawało się że moja podopieczna w końcu usnęła, usłyszałam wołanie.
-Anna!! Fare la pipi
Można sobie wyobrazić, co chodziło po mojej głowie. Uduszę staruszkę, po prostu ją uduszę. Poszłam do niej, bo tak się darła, że nie było wyjścia.
Rozwiązywanie lenzoli, dzwignie na sedio, machanie ręką, i znowu nic.
Byłam wściekła, oczy bolały mnie z niewyspania, to już kolejna bezsenna noc. Upomniałam ją, żeby już mnie nie wołała i wróciłam do łóżka. Jeśli myślcie sobie że w końcu mogłam usnąć, to się grubo mylicie. Fare la pipi, było jeszcze kilka razy.
Podjęłam decyzję, że wracam do domu, definitywnie!!
Za oknem świeciło słońce, otwarłam okno w salonie żeby przewietrzyć przed śniadaniem. Zapowiadał się ciepły dzień, ale co mi z tego ? pomyślałam i tak muszę tu siedzieć jak w więzieniu. Wolne miałam tylko w niedzielę, a był dopiero czwartek. Inne polki pracujące tu od dłuższego czasu miały jeszcze dodatkowy dzień właśnie w czwartek. Zrobiło mi się lżej na sercu, dziś mają mnie odwiedzić dwie koleżanki Joli. Moja przyjaciółka wyjeżdżając do domu skontaktowała mnie z Teresą i Krysią. Umówiłam się z nimi na popołudnie, ale szczerze mówiąc nie miałam cudownego nastroju do gości. Worki pod oczami, rozczochrane włosy, wyglądałam koszmarnie. Filomena zaczęła swój koncert z siusianiem, wchodząc do kuchni krzyknęłam, oczywiście po polsku.
- Sikaj w łóżko!! Mam cię dość.
Nie było to grzeczne z mojej strony, ale musiałam jakoś wyładować złość.
Zaparzyłam kawę i nastawiłam parówki. Teraz czas dla mnie ? powiedziałam do siebie i poszłam do łazienki. Po dokładnej toalecie stwierdziłam że nie jest tak źle, pudrem zatuszowałam worki pod oczami, a i fryzura wyszła nie zła. Spojrzałam w lustro i pomyślałam.
- Panie, a cóżeś ,mnie taką piękną uczynił, hi, hi.
Weszłam do pokoju Filomeny, lenzola, czyli kolejne prześcieradło podarte w strzępy, staruszka spojrzała na mnie triumfalnie, dając mi do zrozumienia że w ten sposób ukarała mnie bo nie przyszłam od razu jak mnie wołała. Pogroziłam jej paluszkiem i powiedziałam że następnym razem będzie spała bez przykrycia i zobaczymy czy jej będzie wtedy do śmiechu.
Teraz musiałam ją jakoś przetransportować do łazienki, a potem do salonu. Nie było to łatwe zadanie. Moja Filomena mimo że była małą kobietką ale zawieszenie miała spore.
W końcu usiadłyśmy do śniadania. Fotel staruszki zabezpieczyłam szalikiem, zawiązując go między oparciami, tak na wszelki wypadek, gdyby miała ochotę wstawać. Moje poprzedniczki, trzymały cały czas babcię w łóżku, bo tak było wygodniej, ale ja jak już coś robię to z sercem, mimo że nie zawsze jestem za to nagradzana. Tak właściwie to było mi jej żal, z tego długiego leżenia, babcia miała liczne odparzenia i odleżyny. Kiedy tu miałam tu przyjechać, Jola uprzedzała mnie o stanie babci, psychicznym i fizycznym. Dlatego zaopatrzyłam się w odpowiednie maści i syropy ziołowe na uspokojenie.
-Kurcze! Puknęłam się w czoło aż zabolało, przecież ja mam to w torbie, czemu o tym zapomniałam. Może jak jej podam taki syrop to będzie spokojniejsza i w końcu da mi się wyspać. Pobiegłam zaraz do swojego pokoju i przejrzałam torbę.
-Są!! Ścisnęłam worek z buteleczkami i przytuliłam do siebie. Tak się ucieszyłam jakbym jakiś skarb znalazła.
Pobiegłam, prawie w podskokach do kuchni po kieliszek i wróciłam do Filomeny.
Jeśli ktoś myśli ze podanie jej leku było takie łatwe to się grubo myli. Machała rękami jakby chciała odgonić muchy. Nie pomogły tłumaczenia że, to dla jej dobra, co próbowałam wlać jej do ust słodki syrop, to wypluwała go za każdym razem, a ja z przerażeniem patrzyłam jak cudowny eliksir, ląduje na mnie. W końcu krzyknęłam na nią że to na pęcherz, bo ma problem z siusianiem. Uff, pomogło.
Schowałam szybko butelkę, bo jak każdego rana odwiedzały mnie Sąsiadki z dołu. Antonina i Maria były pannami, miały po jakieś siedemdziesiąt lat. Mieszkały na parterze kamienicy cała góra należała do Filomeny. Apartament, babci składał się z dużego salonu, kuchni łazienki, dwóch małych pokoików które zajmowałyśmy z Filomena, długiego przedpokoju i sypialni która była zamknięta na klucz. Miałam tam tylko wietrzyć. Później okazało się dlaczego siostrzenice Filomeny, kazały zamykać mi ten pokój na klucz.
Sąsiadki zjawiły się jak zwykle punktualnie. Na tacy przyniosły malutkie filiżanki z kawą.
Patrzyły badawczo na babcię, czy aby wszystko w porządku i nie robię jej krzywdy.
Byłam tu dopiero jakieś dwa tygodnie, to za mało czasu żeby się wykazać. Jednak udało mi się szybko zaskarbić ich serca.
Kiedy Antonina zapytała babcię czy jadła już siadanie, ta odpowiedziała bez wahania, że nic nie jadła, bo nic jej nie dałam. Myślałam że mnie szlag trafi jak to usłyszałam. A to ci dopiero kozucha kłamczucha, ździebełko słomki i kropelka wody.
- Jak to nie jadłaś? Zapytałam, przecież były parówki na śniadanie i mandarynki na deser.
Filomena machnęła ręką i przeszyła mnie wzrokiem. Wiedziałam co sobie teraz myśli. Masz za swoje, nie lubię cię i tyle, tak pewnie myślała. Nie dawałam za wygraną, sąsiadki patrzyły na mnie podejrzanie a Filomena trzymała kurczowo w zniekształconej artretyzmem dłoni, filiżankę z kawą i jakby nigdy nic, popijała sobie spokojnie aromatyczny płyn.
Na dowód zaprowadziłam Marię do kuchni żeby pokazać jej talerzyki, na których leżały resztki śniadania. Nie wiem czy to ją przekonało czy nie, ale pierwszy raz, byłam z siebie dumna że nie posprzątałam od razu po śniadaniu, co zwykle robię, bo nie lubię garów w zlewie.
Kiedy zostałyśmy już same z babcią, zrobiłam jej długi wykład, nie było to łatwe. Pomagając sobie rękoma i słownikiem z którym nie rozstawałam się ani na chwilę, wytłumaczyłam mojej podopiecznej, kto tu rządzi i jak będzie tak się zachowywać dalej to ją tu zostawię samą i zobaczymy kto na tym zyska.
Właśnie zadzwonił telefon, odłożyłam słownik i podniosłam słuchawkę.
- Cześć Anula, usłyszała głos Joli, jak sobie radzisz? Zapytała radośnie.
Dopiero teraz odpuściły mi nerwy. Prawie z płaczem na końcu nosa, opowiedziałam przyjaciółce o moich problemach z babcią. Na koniec dodałam że rezygnuję i chce wrócić do domu.
- Czyś ty zwariowała! Jola wrzasnęła do słuchawki, nie możesz teraz wracać bo nie ma za ciebie zastępstwa. Początki są zawsze trudne, czy myślisz że ja miałam tak od razu sielsko? Nie poddawaj się, po Nowym Roku wracam i będzie ci lżej. Po tych słowach trochę się uspokoiłam. Jola opowiadała o swojej rodzinie, o świętach o tym jak wszyscy cieszyli się z prezentów itd. Siedziałam zbita jak pies, wyobrażając sobie moich bliskich i tak po prostu poryczałam się jak dziecko.
-Przestań się mazać! Usłyszałam - bądź żelazną damą i nie daj po sobie poznać że ci jest trudno, one tylko na to czekają, takie są Włoszki. Płacą wróblami na dachu i myślą sobie że złapałyśmy Pana Boga za ręce. Pomyśl sobie, że te trzy miesiące zlecą jak z bicza strzelił i wrócisz z kasą do domciu.
Po tych słowach poprawił mi się trochę humor i zapewniłam Jolę że postaram się jakoś wytrzymać.
Tak byłam zajęta rozmową, że całkiem zapomniałam o babci. W pewnym momencie usłyszałam jakiś ruch w salonie, zapaliła mi się czerwona lampka w głowie i wiedziona złym przeczuciem pobiegłam do Filomeny,
Ku mojemu przerażeniu, zobaczyłam ją stojącą na własnych nogach, a szalik który miał zabezpieczać babcię w fotelu leżał na ziemi.
Krew uderzyła mi do głowy, w ostatniej chwili złapałam ją, kiedy zachwiała się niebezpiecznie przed stołem.
To już było ponad moje siły, nie dość że nie daje mi spać to jeszcze ta samodzielność. Tego było za wiele. Nie zwracając już uwagi na to że mówię po polsku skarciłam staruszkę wyjaśniając co mogło się stać gdybym nie przyszła na czas.
Kiedy posadziłam ja z powrotem na fotel, Filomena spojrzała na mnie tymi swoimi wyłupiastymi oczkami i spokojnie zapytała.
-Anna, perke nerwoso? co oznaczało czemu się denerwujesz.
Po obiedzie już nie mogłam się doczekać wizyty koleżanek Joli. Zrobiłam się na bóstwo, babcię napoiłam syropkiem i odtransportowałam do łóżka.
Teresa i Krysia zjawiły się u mnie trochę spóźnione, nawet myślałam, że nie przyjdą. Kiedy zadzwonił domofon, wyjrzałam przez okno, to były one.
- Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak się cieszę z waszej wizyty ? powiedziałam ściskając każdą z osobna.
Teresa i Krysia pochodziły z pod krakowskich wsi, były starsze ode mnie jakieś dziesięć lat.
Obie po przejściach, rozwiedzione, dzieci odchowane, nic ich w Polsce nie trzymało, dlatego zdecydowały się na wyjazd i pracę we Włoszech.
Pogadałam sobie w końcu w ojczystym języku, otrzymałam kilka cennych rad jak sobie radzić z babcią, wypiłyśmy pyszny likierek limonkowy, a Teresa obiecała, że w niedzielę zabierze mnie na wycieczkę z jej włoskim przyjacielem.
- Może Monte Cas sino? Co ty na to?
Byłam tak wdzięczna Joli ze skontaktowała mnie z tymi kobietami. Wrócił mi w końcu humor i naładowana dobrą energią przez towarzyszki doli i niedoli na obczyźnie, już wiedziałam że dam radę.
- Monte Cas sino? Wiedziałaś jak zrobić mi przyjemność, zawsze marzyłam o tym żeby zobaczyć to miejsce, zawołałam uradowana i rzuciłam się Teresie na szyję.
-Przestań! Bo mnie udusisz - Krysia !!! zabierz ode mnie tą szaloną kobietę
Czas wizyty dobiegł końca, z żalem pożegnałam moje nowe koleżanki i umówiłam się z Teresą na niedzielę.
Teraz proza życia, fare la pipi już mnie wzywało, jak zwykle na darmo, ale jakoś to zniosłam ze spokojem, na myśl o niedzielnej wycieczce mogłabym przenosić góry.
Syrop na uspokojenie zaczął odnosić skutki, co prawda mierne, ale coś drgnęło. Filomena, wzywała mnie już co jakieś dwadzieścia minut, a to był sukces. Wiedziałam że teraz będzie już tylko lepiej. Zadzwoniłam do Joli z prośbą o kolejne butelki, bo te co miałam w zapasie na długo nie starczą.
W piątek zjawiły się siostrzenice babci, pytały ją o samopoczucie i dziwiły się widząc Filomenę siedzącą w fotelu. Nie wiem czy akurat były szczególnie z tego zadowolone, bo trzeba przyznać że mimo wszystko staruszka sprawiała im pewien kłopot, żyjąc tak długo - miała 91 lat i oprócz zwykłych dolegliwości związanych z wiekiem i stanem psychicznym nic jej nie dolegało, a płacić za opiekę trzeba było. Ja jednak zostałam przy swoim, starość nie musi być taka przykra, każdy z nas młody, czy stary ma prawo do normalnego traktowania. Dlatego wzięłam sobie to za punkt honoru, że dokąd ja tu będę krzywda jej się nie stanie.
Nareszcie niedziela! Już nie mogłam doczekać się kiedy opuszczę mieszkanie i odetchnę świeżym powietrzem. W tym dniu Antonina, siostrzenica babci miała mnie zastąpić. Kazała mi położyć ją do łóżka i włączyła telewizor, upominając mnie na obchodne, żebym wróciła na czas.
Na dole przed bramą czekała już na mnie Teresa i jej włoski przyjaciel. Facet był dużo od niej starszy i niższy. Spojrzał na mnie badawczo, zagadał coś po włosku, że mu miło i cieszy się że mnie poznał i zaprasza nas na wycieczkę. Podczas podróży niewiele się odzywałam, na każde jego pytanie właściwie odpowiadała za mnie Teresa. Jak już coś zagadałam na zasadzie Kali jeść Kali pić, śmiał się serdecznie naśladując moje poczynania z włoskim.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, nasz przewodnik spisał się na medal. Zaraz zaprowadził mnie na groby Polaków. To było takie wzruszające kiedy czytałam polskie nazwiska na nagrobkach, i niejedną łezkę uroniłam. Szkoda że tylko pobieżnie musiałam to wszystko oglądać, ale czas nas gonił, a ja nie mogłam się spóźnić.
Józef, bo tak po polsku miał na imię przyjaciel Teresy, zaprosił nas do kawiarni. Dzięki Teresie dowiedziałam się że pracuje na Merkato, czyli taki nasz targ, i handluje owocami.
Zazdrościłam koleżance, że tak dobrze mówi po włosku, ale była tu już kilka lat a ja dopiero niecały miesiąc. Jedno o czym teraz myślałam, to że muszę się podszkolić w języku, jak mam tu jeszcze jakiś czas zostać.
Znajomi podwieźli mnie pod dom, właśnie dochodziła już 20 00, Antonina czekała już ubrana na balkonie więc szybko pożegnałam Teresę i Józefa który z wielkim namaszczeniem złożył szarmancki pocałunek na mojej dłoni, a po jego spojrzeniu, wiedziałam że będę miała problem, i nie pomyliłam się.
Już w nocy zadzwonił telefon, myślałam że to Teresa, ale w słuchawce usłyszałam Józefa.
Mruczał upojne pod nosem że ten dzień spędzony w moim towarzystwie zmienił nagle jego życie, że zakochał się od pierwszego wejrzenia i takie tam pierdoły. Byłą zaskoczona, a potem dostałam ataku śmiechu. Wyjaśniłam mu ,że ja mieć męża, że go kochać i nie szukać przygód. Ale on nie dawał za wygraną, obiecał mi owoce żebym dobrze się odżywiała. Odłożyłam słuchawkę, miałam mieszane uczucia czy powiedzieć o tym Teresie, jednak postanowiłam że poczekam na dalszy rozwój sytuacji. Ta noc była dla mnie zupełnie bezsenna, z jednej strony została zaspokojona moja kobieca próżność, bo która z nas nie cieszyłaby się z tego że może się jeszcze komuś podobać, a z drugiej strony, obleciał mnie strach, na myśl o kłopotach które mnie czekają. Pierwszy raz byłam wdzięczna Filomenie za jej wołanie, przynajmniej miałam zajęcie i zmęczona w końcu usnęłam.
Następny dzień nie przyniósł nic nowego, Staruszka była o niebo spokojniejsza, a ja poświęciłam w końcu czas na naukę włoskiego. Z słuchawkami na uszach posprzątałam w całym mieszkaniu, wywietrzyłam tajemniczy pokój, ten który miał być cały czas zamknięty na klucz. Kiedy wróciłam do salonu, zadzwonił telefon. Włosy na głowie stanęły mi dęba, w słuchawce usłyszałam już znajome mi mruczenie, Józef oznajmił że pod bramą mam niespodziankę. Prawie rzuciłam słuchawkę, rozdygotana podeszłam do okna. Tuż przed wejściem stały jakieś kartony.
Boże!! Co ja teraz zrobię, durny facet, co on sobie wyobraża. Już widziałam podejrzliwe spojrzenia sąsiadek. Nie miałam wiele czasu na zastanowienie się co z tym fantem zrobić. Musiałam szybko działać zanim wrócą, bo jak zwykle o tej porze chodziły do kościoła.
Zbiegłam po schodach i otworzyłam drzwi, serce tak mocno mi biło aż w pewnym momencie poczułam jak robi mi się słabo. Wciągnęłam pudła patrząc cały czas na ulice czy ktoś mnie nie obserwuje. Kiedy wszystko było już w środku, prawie osunęłam się na podłogę. dopiero teraz odpuściły mi nerwy. Miałam karton bananów, taki sam mandarynek i pomarańczy, zapas dla wojska. Szybko to wszystko ukryłam w spiżarce i zabrałam na górę tylko tyle ile mogłam udźwignąć.
Ale miałyśmy ucztę z Filomenką, dojadłysmy do syta, niestety musiałam za to odpokutować. Babcia z nadmiaru tych pyszności dostała rozwolnienia i nie schodziła prawie z sedia.
Nareszcie!! Wróciła Jola poczułam się o niebo lepiej, musiałam jej o tym wszystkim opowiedzieć, o Józefie, owocach i moich rozterkach, czy mam powiedzieć Teresie o wszystkim. Umówiłyśmy się na następny dzień.
Babcia miała wyjątkowo zły humor, dawała nieźle popalić, w końcu nadszedł wieczór.
Wyszłam z pokoju i zgasiłam światło lampki nocnej przy stoliku staruszki.
Z trwogą patrzyłam na telefon, najchętniej bym go wyłączyła, ale nie mogłam tego zrobić, bo wzbudziłoby to tylko podejrzenia. Może dał sobie spokój ? pomyślałam i wtuliłam głowę do poduszki.
- Anna!! Abicze mi lucze co znaczyła co znaczyło zaświeć mi światło - usłyszałam głos babki
Zignorowałam wołanie babki ? pewnie zaraz uśnie ? pomyślałam.
- Anna!! Abicze mi lucze!! Kurli, kurli ? to znaczyło zaświeć mi światło błagam, błagam.
Wołała mnie jeszcze tak kilka razy, jednak postanowiłam że ją przetrzymam. W końcu babcia postanowiła poprosić o to, kogoś innego i wtedy zmiękłam.
- San Atonio Abicze mi lucze - teraz prosiła Świętego Antoniego
Zwlekłam się z łóżka i zaświeciłam to cholerne światło, tak żeby nie wiedziała że to ja. Nie mogłam jej pokazać że ma przewagę.
Wracałam wściekła do swojego pokoju z myślą że zapowiada się bezsenna nocka, ale zaraz poprawił mi się humor jak usłyszałam wołanie babci.
Dziękowała Świętemu Antoniemu za to że ją wysłuchał i zaświecił je światło. I jak się można było na nią złościć.
Jednak nie było tak cudownie, skończyło się ze światłem, a zaczęło z siusianiem. Byłam totalnie wykończona, postanowiłam że dam jej podwójną dawkę syropu ziołowego, może w końcu uśnie.
Rano obudził mnie śpiew ptaków, za oknem świeciło słońce, przeciągnęłam się leniwie, byłam w końcu wyspana.
O boże!! Wyspana? A co z Filomeną? Nie woła nie krzyczy! Zerwałam się z łóżka przerażona. Myślałam tylko o jednym, żeby tylko żyła!! Boże żeby mi nie zmarła, ma tyle lat Boże zmiłuj się nade mną. Podeszłam pod drzwi babki, w pokoju cisza, na drżących nogach weszłam do środka. Moja babuleńka spokojnie sobie spała, pochrapując cichutko. Myślałam że ja wycałuję za to, ale tylko popłakałam się ze szczęścia. Wyszłam cichutko żeby jej nie zbudzić i aż podskoczyłam z radości. Postanowiłam to wykorzystać, miałam teraz czas dla siebie. Zrobiłam sobie maseczkę z banana, umyłam głowę i zaparzyłam kawę. W końcu moje zabiegi odniosły skutek.
Siedziałam sobie w salonie i myślałam o Joli, miała właśnie dziś mnie odwiedzić. Nagle usłyszałam krzyk Filomeny
- Anna!! Filomena morire, tutto baniate, tutto baniate!! Co oznaczało Filomena umiera, wszystko mokre, wszystko mokre.
Poderwałam się z fotela, zawadziłam nogę od stołu i wyrżnęłam jak długa na podłogę. Zabolało. Wpadłam do pokoju i zapytałam.
-Co się dzieje? Czemu tak krzyczysz? A ona mi na to że umiera, bo całe łóżko jest mokre.
- Przestań histeryzować, jeszcze nikt nie umarł od sikania, co ty myślisz że ja się nigdy nie posiusiałam w majtki. Zaraz cię. przebiorę i będzie po sprawie. Chyba ją przekonałam, bo przestała lamentować. Zaprowadziłam ja do salonu i zrobiłam śniadanie. Kiedy wróciłam z kanapkami, Filomena przysypiała.
-Śniadanko! Krzyknęłam jej prawie do ucha.
Staruszka spojrzała na mnie błędnym wzrokiem, uśmiechnęła się pokazując, całe dwa zęby w ustach. Wyglądała jakby się czegoś naćpała. Nie jest dobrze ? pomyślałam, muszę ją jakoś rozbudzić, bo w przeciwnym razie, sąsiadki nabiorą podejrzeń że coś jej podaję na własną rękę. Na całe szczęście przyszła Jola.
- No! kochana, odniosłaś sukces, babcia ujarzmiona, brawo! Brawo! ? powiedziała moja przyjaciółka, zanosząc się od śmiechu.
- Przestań! To nie jest śmieszne! Upomniałam Jolę, musimy ją jakoś doprowadzić do ładu.











