Hej,
Postanowiłam napisać bo sama borykam się ostatnio z podobnym problemem tylko myślę, że u mnie jest to jeszcze bardziej pogmatwane jeśli Cię to pocieszy 
Od 4 miesięcy spotykam się z mężczyzną (oboje +/- 30 l.) i teraz jestem w "martwym" punkcie tej jakże pokręconej relacji.
Generalnie chodzi o to, że oboje jesteśmy po przejściach - ja mam lekkie problemy z zaufaniem, natomiast on - boi się zaangażować żeby, jak to powiedział, "potem nie płakać"
Tyle że nasza znajomość wystrzeliła od samego początku jak z procy i to w głównej mierze z jego strony. Przez chwilę to czułam się wręcz osaczona jego sms-ami, telefonami, zdjęciami. W pewnym momencie to myślałam, że wyskoczy mi z lodówki. Ale w sumie to bardzo mnie do niego ciągnęło i powoli się otwierałam na tą znajomość. Z jego strony zaczęły pojawiać się różnego rodzaju wyznania i deklaracje i w pewnym momencie poczułam, że czeka na ich odwzajemnienie. W związku z tym, że mieliśmy wtedy dopiero 2-3 miesięczny staż (choć nie powiem, mieliśmy bardzo częsty i intensywny kontakt) i nie chciałam kończyć tej znajomości, mimo moich obaw, wzięłam go na szczerą rozmowę i powiedziałam mu o sobie, o tym dlaczego jestem lekko wycofana, ale że zależy mi na nim więc niech to się spokojnie wszystko rozwija. Finał był taki, że niby do niego dotarło, ale jakieś 2 tyg po tej konwersacji zmienił całkowicie do mnie nastawienie. Schłodził naszą relację aż za bardzo, z Karaibów trafiliśmy na Syberię wręcz
Mieliśmy nadal kontakt, często z jego inicjatywy, ale to już nie było to. No i kolejna poważna rozmowa. Że coś w nim pękło, że się otworzył aż nadto, że się boi kolejnego ciosu (jest ponad rok po rozwodzie) że pewnego dnia, jak on to powiedział, obudził się z blokadą i nie potrafi wrócić do tego co było między nami. Z jednej strony miałam wyrzuty, że to zepsułam i że to moja wina bo byłam zdystansowana, ale z drugiej na boga! Też już wiele przeżyłam i nie rzucam się na "główkę" w każdą nową znajomość, jak mi ktoś robi wyznania po miesiącu to podchodzę do tego ostrożnie. W każdym razie pogadaliśmy kilka dni temu, wyznał, że mu na mnie zależy, że coś czuje, ale ta "BLOKADA" jest (uwaga:) niezależna od niego. Byłam z nim szczera bo uważam, że rozmowa to najważniejszy punkt komunikacji między ludźmi. Niby obojgu nam zależy, niby oboje coś czujemy. Zapytałam go więc: to czego chcesz? A on, że chciałby się odblokować i żeby było tak jak na początku, że wie, że jak się odetnę to będzie strasznie żałował, że przez swoje fanaberie stracił możliwość na wielkie uczucie. No i co wy na to?
bo ja nie wiem. Z jednej strony chciałam czas, chciałam żeby to się powoli rozwijało. Z drugiej zaś, widzę, że się bardzo dużo zmieniło, bardzo się zdystansował, atmosfera po naszych rozmowach jest strasznie gęsta i jakaś taka...sztuczna. Teraz oboje jesteśmy w rozjazdach, postanowiliśmy sobie wszystko przemyśleć, dać czas. Tylko, że się strasznie od siebie oddaliliśmy, za dużo zostało powiedziane. Mam wrażenie, że jest bliżej końca niż początku. W każdym razie chciałam tylko pokazać tak jakby drugą stronę medalu - facet był zaangażowany na 100%, zabiegał, "osaczał" wręcz i teraz sobie myślę, że a) dobrze, że trzymałam się trochę na dystans bo teraz by mi było mega ciężko b) czasami bardzo chcemy z kimś coś stworzyć, pozbyć się swojej przeszłości, ale to w nas gdzieś zawsze zostaje - lęki, obawy i nawet jeśli nie chcemy to to rzutuje na teraźniejszość.