cslady napisał/a:No cóż, sami sobie wystawiają wizytówkę. Jak dla wydział, który pretenduje do miana super zajebistego, powinien traktować studentów jak ludzi. Można bardzo dużo od nich wymagać, ale zawsze z szacunkiem. Dla mnie takie z góry nieżyczliwe nastawienie jest bardzo żenujące. Wiem, że tego typu osoby sądzą, że takie zachowania oznaczają prestiż uczelni, ale moim zdaniem tak nie jest. Chociaż mniej się dziwię doktorantom z przerostem ego niż studentom, którzy pozwalają się tak traktować.
Jeśli nie wiesz czy to jest decyzja, to zadzwoń/idź do dziekanatu i zapytaj. Też bym poszła do tego prodziekana osobiście, tak jak Ci facet radzi.
Doktoranci nie są źli sami w sobie.
Zachodzi pewna prawidłowość - im gorszy wykładowca, tym gorsi doktoranci.
Chociaż z drugiej strony facet mi mówił, że naprawdę mało kto przychodzi na studia doktoranckie z zamiarem "uwalę tyle i tyle", ale jak człowiek widzi odpowiedź na pytanie "charakter prawny traktatu lizbońskiego" jedno zdanie - że został zawarty w Lizbonie, to go ponoć szlag trafia 
Żaden doktorant nie chciał nikogo sam z własnej woli rozbierać... Oni sami mówili, że to jest dla nich krępujące. To było krępujące i dla doktorantów, i dla studentów. I jedna i druga strona się temu poddała, bo jedni chcą zrobić doktorat, a drudzy skończyć studia. TYLKO DWIE osoby nie podeszły do egzaminu. Reszta się rozebrała i pokazała kieszenie.
Idę do niego, w czwartek rano ma dyżur. Wcześniej chciałam iść, ale nie było dyżuru. Aż się go boję. Ostatni raz byłam u niego w marcu z tą samą sprawą, ale czysto informacyjnie - pytałam o IOS, o podstawy, opisałam swoją sytuację, zapytałam czy jest możliwość w przyszłym roku. Powiedział, że "może to być podstawą do rozważenia takiej ewentualności".
Zastanawiam się (za radą zaufanych osób, związanych z uczelnią) czy nie iść jutro do lekarza i nie wziąć potwierdzenia że jestem "chorowita" na najgorszą ewentualność.
Najgorsze jest to, że się mocno zestresowałam i już nie myślę trzeźwo. Jak ZAWSZE, choćby nie wiem co się działo, odkładam wszystko na swoje miejsce, tak teraz miseczka po owocach leży na parapecie, wyprana bielizna na stole, książki na podłodze, ładowarka na łóżku.
A ja czuję jakąś okropną niemoc. Mam tak czasami. W sytuacjach, kiedy wiem, że ja nie mam żadnego wpływu na coś, co jest dla mnie ważne i że pozostaje to całkowicie w rękach przypadku/innej osoby. Wolę już większe problemy/zadania, których rozwiązanie zależy tylko ode mnie niż nawet małe (chociaż ten nie jest mały), które są ode mnie totalnie niezależne.
To jest duży problem nie tylko pod względem nauki, pracy, publikowania, stypendium, ale też pod względem życia prywatnego, bo skutecznie zabierze mi sporo czasu. Praktycznie zero. Nie wyobrażam sobie siedzieć i klepać terminów z postępowań przez 2 miesiące, żeby nie zapomnieć. U nas przywiązują wielką wagę do szczegółów, zupełnie niepotrzebnych w pracy (to się sprawdza zawsze) i szybko wylatujących z głowy.
Określiłabym to tak - u nas na wydziale uczy się tak jak do testów na aplikację - masz zakuć, nie rozumieć. Egzaminy wstępne na aplikację nie przesiewają ludzi ze względu na predyspozycje do wykonywania zawodu, inteligencję, umiejętność myślenia, tylko na to czy się dobrze zakuło odpowiednie ustawy albo zrobiło odpowiednią liczbę testów z ArsLege
Mój facet mówi, że to, że samo ArsLege podaje, że daje duże prawdopodobieństwo zdania po przerobieniu ich testów, wcale nie jest bajką, bo sam tak robił. Po prostu pytania się powtarzają, bo do każdego przepisu można ułożyć ograniczoną ilość pytań. A i egzaminatorzy krążą wokół podobnych tematów.
I nasz wydział też - sprawdzają, kto lepiej zakuł podręcznik 