Myślę, że nie można za wszystko obwiniać małej miejscowości. Jak byłam dzieckiem, to mieszkałam trochę na wsi, a trochę w średniej wielkości mieście. Do podstawówki i gimnazjum chodziłam na wsi. Nie podobało mi się pod wieloma względami. No ale podobał mi się dom z ogrodem, gdzie mogłam robić wszystko. Jednak kiedy musiałam wyjść z domu, to już średnio było. Tylko widzę po sobie, że to nie była wina miejscowości, a moja. Jeśli ktoś jest zamknięty i chodzi smucić się do parku, to raczej trudno, by odkrywał plusy życia na danym terenie. Istnieje przecież wiele takich wiejskich albo małomiasteczkowych społeczności, które są ze sobą bardzo zżyte i fajnie organizują sobie czas. Już nauczyłam się tego, by nie generalizować w ten sposób, bo wszystko tak naprawdę zależy od ludzi, którzy nas otaczają. Wszędzie można trafić na zawistnych, którzy najpierw szczerzą się nieszczerze, a potem obrobią nam tyłek, gdy nie patrzymy.
Co do rozwoju, to zależy w czym chcemy się rozwijać. Przecież trudno być np. rolnikiem w mieście. A moja koleżanka, która jest nauczycielką na wsi rozwija się tak, że jej miastowe znajome mogłyby pomarzyć. Ona jest przekonana, że w szkołach na wsi dużo można zrobić i dużo zmienić. W mieście jest większa biurokracja, a i rodzice są inni (jej słowa). No ale jeśli miałabym brać siebie pod uwagę, to zaczynając pracować w zawodzie mogłam to robić w sumie tylko w Warszawie, no i może w Krakowie. Teraz już chyba w wielu firmach wprowadzają takie rozwiązania, ale Warszawa i tak króluje pod tym względem. Gdzie indziej nie zarobiłabym takich pieniędzy, tylko 1/3 tego. Mój partner niby jest architektem (ale IT, nie mylić z normalnymi architektami), więc w każdym mieście znalazłby pracę, ale jego zarobki też byłyby ułamkiem tego, co zarabia teraz. Oczywiście można złapać okazję, no ale tutaj taka praca leży na ulicy, gdy ma się umiejętności. Nie trzeba niczego szukać i łapać. Muszę też przyznać, że uwielbiam operę i teatr i strasznie mi tego brakowało wcześniej.
Samej Warszawy nie postrzegam jako zabieganej, z tłumami i zgiełkiem. Kiedy myślę o Warszawie, to widzę dużo parków, jakichś małych jezior i stawów. No ale to mój subiektywny punkt widzenia, bo nigdy nie musiałam przedzierać się przez miasto do pracy, zawsze chodziłam pieszo. Nie mam wielu negatywnych doświadczeń. No i mam duży sentyment do tego miasta, bo pierwsza miłość, pierwsze randki, spacery mniej znanymi uliczkami itp. Mieszkałam w sumie w 3 różnych miejscach w Warszawie: niedaleko Mordoru, w centrum, no i teraz w Wilanowie - praktycznie "pod miastem" czy "na obrzeżach" jak kto woli. I w sumie tutaj najbardziej mi się podoba, bo jest mało ludzi i nie czuję jakby to było miasto. Mogłabym też mieszkać na Żoliborzu. U mnie nie ma tłumów i zgiełku, a jednocześnie do miasta nie jest daleko, więc wszystko na wyciągnięcie ręki. Choć oczywiście zależy co kto lubi.