Co do slubu to wlasnie tez tak mysle.bylismy zgodni w tym temacie.to miala byc tylko formalnosc,zalatwienie urzedowej sprawy,nawet bez koscielnego,zgodnie z naszym swiatopogladem.co nie zmienia faktu,ze powinnam dostac raczej nagrode,juz bez eufemizmu,Super Naiwnej Dekady:-).
Wroce tu jeszcze wieczorem.teraz,w ramach terapii,ide sie zmeczyc niemilosiernie w fitness clubie.
Jeszcze trochę opiszę moją sytuację.Nawet jeśli nikt tego nie będzie chciał czytać.Wszak ta sytuacja w sumie jest dość stereotypowa,banalna.Nie ja jedna tak zostałam potraktowana.Jest nas całe mnóstwo.Zadna na pewno się nie spodziewała,że będzie porzucona.
Myślę,że trochę zaczęło sie psuć po przeprowadzce na wieś.Odziedziczył dom na wsi po rodzicach.Dla mnie to była duża zmiana.Nie chodzi o wieś,bo i tak prawie zawsze w weekend jeżdziliśmy za miasto,lubiliśmy takie wypady na rower,spacer.To były nasze niedziele.Nie centrum handlowe,nie kawiarenki itp. tylko fajna całodniowa wycieczka.Chodziło o takie odzizolowanie.No i te dojazdy.Nauczyłam sie prowadzć.Ale na dłuższą metę mnie to stresowało i męczyło.On zaczął nową pracę,w firmie kolegi,w którą też zainwestował.Dla mnie coraz mniej czasu.Ale nie było zle.Były wypady,wspólne weekendy,wakacje.A życie codzienne?Normalna rzeczywistość.Razem.Na pewno nie jestem perfekcyjną pania domu.A zadbanie o taki dom to kupa czasu.To na pewno zaniedbałam trochę.Gotowanie też tak średnio.Raczej on ma do tego smykałke.Lubił dla mnie gotować.Kiedyś.Nie zrozumcie mnie żle,nie jestem jakimś nierobem,też pracuję,nawet dużo.sama się utrzymuję.Dla mnie podział obowiązków domowych to normalna sprawa.Za mało się angażowałam,mówił.To wszystko niby miało być moje,nasze.Bez kredytów itp. sielanka podana mi na tacy.A ja już bym wolała klitkę wspólną,a nie taką zależność.
Ale ufałam mu bezgranicznie i dobrze się tam czułam.Tylko,że w końcu już w ogóle nie miał ochoty na nic.Wyjazd,wyjście?Odpowiadał,że truję,a on taki zmęczony.Świetnie,a ja to cały dzień na kanapie leżę.Tak było już w pażdzierniku.Ja w swoim pokoju czytam,on ogląda mecz.Może wtedy juz powinnam więcej zrobić.Ale on nie chciał,wolał sam siedzieć i popijać piwo.Teraz już wiem,że już o tym myślał.Ale mówił tylko o pracy.Wiecznie zmęczony,więc dawałam mu odpocząć.
Tylko,że ciągle jednak dbaliśmy o siebie,troszczyliśmy się.Był na zakupach dla siebie a zawsze mi też coś kupował-ja tak samo.Drobiazgi.Jak byłam cały dzien w pracy to czasem wpadał i na przykład ciacho zostawiał.Jak miał wolną sobotę to po pracy dostawałam obiadek,razem spędzaliśmy wieczór.Planowaliśmy sylwestra,wyjaz w marcu gdzieś.
W pewną sobotę wracam z pracy a on płacze.Nie wie jak mi to powiedzieć.Ale powiedział.Człowiek nie wierzy na początku.Jak to nie ma sensu?Mam się wyprowadzić?DLACZEGO???Cały tydzień go nie było prawie.W pracy(?)też nocki w okresie przedświatecznym.Nawet nie było jak rozmawiać.Nie wierzyłam.Zaczęłam normalne przygotowania do świat,sprzątanie itp.Specjalnie odpuściłam trochę z pracą,żeby to ogarnąć.Któregoś wieczora powiedziałam,że przecież to normalny kryzys,poprawię się,ogarnę.
Dzień przed Wigilią-koniec.Wszedł do domu.Czyściutko,pachnie,firaneczki uprane itp.Obiadek czeka.
a on: sama to wszystko zrobiłaś?Po co? nie wiem jak mam z tobą rozmawiać,nie chcę się kłócić.Masz się wyprowadzić do nowego roku.
Boże,jak by mi ktoś po prostu wbił w serce nóż.Straciłam kontrolę zupełnie,zaczęłam go prosić o szansę.Ze względu na 12 lat.100 pytań w głowie.Od kiedy,dlaczego,co ja zrobiłam,ktos inny?
Wymienił litanię moich wad.Niesamodzielna,narzekam,on mi tyle dał a ja o głupotach tylko myślę.Tresuję go od zawsze,wszystko ma byc po mojemu,on nie może robić czego chce.Potrzebuje partnera,który by mu pomagał,bo zastał sam na świecie.
Dużo gorzkich słów,częściowo prawdziwych,a niektóre nie.Wymieniał same złe incydenty,nawet jakieś głupoty.
A dobre wspomnienia?On niby już o nich nie pamięta.A najgorsza jest ta obojętność.NIE KOCHA.
a tym sprzątaniem,nadskakwaniem,tylko strzeliłaś sobie samobója,bo trzeba się szanować.
MÓWIŁ DO MNIE JAKIS OBCY CZŁOWIEK,KTÓREGO NIE ZNAM.bo przecież nie mój narzeczony,najbliższa osoba na świecie.niemożliwe.Przepłakałam cała noc.póżniej praca,wigilia.Rodzice w szoku.Wszystkiego nie mówiłam.Swieta z nimi.26 grudnia zaczęłam się pakować.Nawet nie wiem gdzie był.
Pakowałam i pakowałam,woziłam to tym swoim małym samochodem chyba 5 kursów.Parę razy się na niego naciełam.Juz nie prosiłam.Tylko pytałam.od kiedy???pół roku mniej więcej.
Tak mu przykro,przeprasza.Lepiej teraz niz za 10 lat.Na pewno sobie ułoże życie.
I na koniec,tak bardzo nad soba panowałam,wspólny papierosek,rozmowa o najbliższych planach,a on wypala:może będę żałował,może zacznę wydzwaniać do ciebie?nie wiem.
Pożegnałam sie jeszcze z moimi(naszymi)ukochanymi zwierzątkami.
I zapytałam,czy wie że odtrąca ostatnią osobę na tym świecie<która go kocha.
a on przeprasza.łzy w oczach.powodzenia
To było dokładnie 4 stycznia.to ostanie ''powodzenia'' to jedyne słowajakie słyszałam od tamtej pory od niego.
zero telefonów,zero sms.NIC.cisza.
jestem u rodziców.chwilowo.nie mam na razie glowy do szukania mieszkaniai tp.nie mam ochoty byc sama wieczorami.wypelniam dzien praca,ruchem,bieganiem.nawet sie pare razy spotkalam ze znajomymi.malutko ich ale postaram sie odnowic te zaniedbane.bo to sa raptem ze 2-3 osoby.sama jestem sobie winna.nie pielegnowalam tych znajomosci.zawsze tylko on.wszystko z nim
przepraszam,za bardzo sie rozpisałam.Nigdy nie byłam na zadnym forum.nie mam facebooka,gg itp.jak to się mówi; wykluczona cyfrowo.Nadrobię.w internecie też są ludzie.a może tak nawet łatwiej.nikomu tego wszystkiego nie mówiłam.