Kolejny cholerny piątek i dół.Zły dzień w pracy,za dużo tego wszystkiego,jeszcze jakiś facet mi drasnął samochód.Rozanielone nadchodzącym weekendem koleżanki w pracy pytają:co tak Anusia dzisiaj nie w sosie?Nie w sosie.Nie no,pewnie,wszystko super,tylko,że:
jeszcze dwa miesiące temu miałam normalne życie,
narzeczonego,który mnie kochał(??)
"swoje"miejsce-dom,marzenia z nim związane,psa,kota,
plany,marzenia.Te przyziemne,jak podróże,te ważniejsze,jak ślub,dzieci.
miałam jakąś przyszłość,pewność,stabilizację a teraz NIE MAM NIC.
Tak poza tym to wszystko cudownie.Jezu,nikt mnie nie rozumie,nie mam komu tego mówić bo,bez przesady,nie będę truła ludziom z pracy,ani jakimś znajomym,których widzę raz na sto lat.Na dodatek jakiekolwiek ich trajkotanie o mężach,chłopakach i oczywiście o porannym,popołudniowym,wieczornym seksie doprowadza mnie do stanu irytacji,rozpaczy,juz nie wiem czego.Nie mam ochoty się spotykać z nikim,mój plan prowadzenia teraz bujnego życia towarzyskiego się nie uda,nie mogę ich słuchać,ich radość mnie denerwuje.Chciałabym się wypłakać,wyżalić,a nie udawać,że wszystko jest świetnie,taka jestem dzielna,doskonale sobie radzę.
Bo kto by chciał tego wysłuchiwać.Miałam tylko jedną taką osobę.Tylko jedną,która mnie całkowicie poznała,przed którą się otworzyłam.Bo nie przychodzi mi to łatwo.
W ogóle nie wiem kiedy i jak to się stało,że tak się uzależniłam od tego człowieka.Początki nszej znajomości to jakaś prehistoria.Ja,maturzystka,a on dzieciak na początku liceum.Przecież nie traktowałam tego poważnie.Byłam już na studiach,kiedy on został tu w szkole,nigdy bym nie pomyślała,że to przetrwa.A jednak przyjeżdżał do mnie,po 2 latach wybrał uczelnię w tym samym mieście.To on zabiegał,prosił,żebym na niego czekała.To ja byłam wtedy"na górze".I tak przez kolejne 5 lat.Pokochałam.Nie mieszkaliśmy razem,dawaliśmy sobie swobodę,jeśli chodzi o jakiejś wyjścia,imprezy.Z resztą ja miałam bardzo dużo nauki,on niekoniecznie,ale prosił o każdą moją wolną chwilę.Dojrzewaliśmy razem,patrzyłam jak z chłopaka zmienia się w mężczyznę.Jak z głupiego nastolatka,który ma to i owo na sumieniu,przeistacza się w zaradnego,kochającego faceta.Zawsze mówił,że to moja zasługa.Ze wyszedł"na ludzi'.Był we mnie zapatrzony jak w obrazek.Jak się cieszył,gdy po moich studiach zamieszkaliśmy razem.Ja też.Pierwsze wspólne kroki w dorosłość.Oświadczyny.Znałam go od podszewki.Widziałam w chwilach największej radości,w złości,ale też w rozpaczy,gdy wychodzi z człowieka wszystko.
Kiedy to on znalazł się "na górze"?Ja już pracowałam,gdy on jeszcze był studencikiem,póżniej same dorywcze prace,bezrobocie,zwolnienie lekarskie po wypadku(z jego głupoty).Był wtedy niewiadomą,nie wiedziałam jak z tego wybrnie,ale kochałam go już bardzo.Razem daliśmy radę.Zaufałam całkowicie.Wybrnął.Stanął na nogi a ja byłam dumna,że go to wszystko nie załamało,a nas nie rozdzieliło.No i chyba wtedy znalazłam się "na dole".Uznałam za pewnik,że teraz już najgorsze za nami,wychodzimy na prostą,zapomniałam o świecie i zamknęłam się z nim w tym domu,jego pięknym rodzinnym domu,który oczywiście był cały mój...
A teraz siedzę sama,w domu rodziców,nie wiem co dalej,nie wiem jak dam radę.Ile czasu moge poświęcić na dochodzenie do siebie,a kiedy zacząć żyć na własną rękę.nic nie wiem.Niczego nie mam.Budować wszystko od nowa.Sama.Ale ja mam już we krwi,że on jest zawsze obok.Czuję się jak dziecko,które nie zna życia.Nie mam innych doświadczeń.Nie znam innych związków.To był mój pierwszy chłopak,facet,narzeczony.Pieprzona poprawna monogamistka,która nawet w największym amoku,na imprezach,tych prehistorycznych:),nigdy nie całowała innego.Zawsze tylko on.Byłam z tego dumna.Znależliśmy się jako dzieciaki,żeby całe życie spędzić razem.
Czy jest tu ktoś,kto w wieku 30 lat ma tak żałosnie skromne doświadczenie?Czy to boli tak bardzo niezaleznie od tego,czy to pierwszy,drugi,czy piąty związek?