EXTRA_terrestrial napisał/a:/.../ja już chyba nie będę tu nic "interpretował" pozwalając działać specjalistom./.../
Nie kurde, nie wytrzymałem długo w postanowieniu - jeszcze jedno ostatnie o niej:
Robert - zobacz na to co napisałeś:
"/.../Tam pewna siebie nieugięta osoba,w srodku DZIECKO [podkreślenie ET], które ktoś kiedyś skrzywdził i odciął od emocjonalnej sfery życia. nie sądziłęm że można mieć w sobie dwie tak skrajne osobowości./../"
Jak tylko możesz próbuj "to dziecko" wydobyć na powierzchnie, to DZIECKO właśnie trzeba pokochać w Żonie, bo jeśli kochasz tylko "opakowanie" to ona niewiele z tego ma. Temu dziecku trzeba zapewnić bezpieczeństwo, spokój, zabawę, uwagę i troskę - to co lubią "dzieci". Tu masz swój "punkt dostępu". Swoje "wejście". Rozumiesz co mówię? Nie jest to "normalne" of korz, ale chyba nie masz opcji.
Dobra wyłączam się :-)
Nie wyłanczaj się
W ogóle dzieki wam inaczej spojrzałem na moje relacje,na siebie.Np daliście mi do zrozumienia ze można być pewnym siebie facetem,a jednoczesnie nie opryskliwym,nie negatynie reagującym ,ze można poszukać w sobie równowagi.Ja naprawde dużo zyskałęm dzięki waszym wpisom.Na związek mam wpływ już połowiczny.
Z tym pokochaniem dziecka to trafiasz znów w samo sedno,ja to też tak czuje...ale w związku naprawdę ciężko tak z tym żyć. Wiadomo ludzie mają swoje wymagania,nieraz nie chcemy niańczyć dorosłego człowieka i kochać go jak dziecko tylko jak...dorosłego.
Teraz przypominam sobie ile razy w naszym związku były takie momenty że ona stawała się jakby z minuty naminutę taka miękka,negatywne emocje ją opuszczały,jakby wewnątrz toczyła walkę z samą sobą.....wtedy zawsze przychodziłą i sie we mnie chciała wtulić.Ale te gesty,ręce splecione na klatce piersiowej,wzrok smutny,oczy spuszczone w dół - ja tego w ogóle tak nie interpretowałem tylko waliłem z najcięższej artylerii,nie rozumiałem jej,i nieraz chciałem ukarać swoją obojetnoscią...za moje samotne dni.Dziś wiem że to przychodziła ta mała dziewczynka i pokazywała te resztki uczuć które gdzieś tam zostały głeboko w podswiadomosci..których nie dało sie do końca zabić.
Troszkę teraz czuje sie jak taki worek treningowy,w który od czasu do czasu moja kobieta musiała poboksować ,żeby poczuć chwilę ulgi. No i bardzo dobrze,mógłbym te ,,razy,, znosić do końca świata jak ma jej to pomóc. Ważne że teraz rozumiem.
Co więcej zdałem sobie teraz też sprawę z tego ze kiedyś w naszym związku kiedy ja sie uparłęm ze ma być dobrze tzn. super otwarte zachowanie z mojej strony ,zero ciezkich tematów,zero prowokowania kłótni,zero czepiania sie...że ja tak robiłęm zeby wytestować co sie stanie,i wtedy kiedy było tak dłuższy czas,kiedy nie dałem sie prowokować to zauważyłem ze ona jak sie zapomniała z tą swoją ,,obojętnoscia,, to najzwyczajniej prowokowała sama jakieś starcie. Zauważyłęm wtedy ze ona jakby tej ,,przemocy,, potzrebuje,jak na ironie bo to nienormalne. Tak jakby szukała powodu dla którego znowu bedzie mogła sie zamknąć w milczeniu (ale musi miec powód),musi byc jednoczesnie zgodna ze swoim brakiem poczucia winy.Ja sie pamietam kilka razy rozesmiałem w takich sytuacjach mówiąc ze nie dasz rady mnei sprowokować...a ona wtedy dobra mina...ale widziałęm ze w srodku..walka na całego.
Kiedyś mi powiedziała w oczy ze ona by chciała zebym ja był na zewnątrz taki silny i pewny siebie jak jestem ,ale w domu przy niej...żebym umiał hmm.. być jej uległy,żeby ona czuła miłość ode mnie która jest ponad moje ego
..hehe chciała by:) - Kiedyś sadziłęm ze chce mieć ciastko i zjeść ciastko....Dziś rozumiem to już inaczej ,i potrafię jej to dawać,przynajmniej staram sie.
Wspomnę jeszcze o czymś z jej dziecinstwa.
Opowiadała mi kiedyś jak ojciec zawsze po tym jak ją bił,to potem się kajał przed nią,udawał ze płacze ze ona sie nie chce przytulić (po tym biciu)..A to było wtedy jak ona miała 3-5 lat...czyli mała dziewczynka. Dodam ze jej matka zawsze wtedy gdy była ta przemoc ,nie reagowała,wychodziła z pokoju,moja dziewczyna mi mówiła że chciała pomocy ale ona nie przychodziła.
U mnie w domu było inaczej(nie twierdze ze lepiej),ale ja nie miałem w domu przemocy,poza krótkim półrocznym epizodem kiedy rozchodzili sie moi rodzice,wtedy widzaiłem przemoc ojca wobec mamy(on nigdy wczesniej jej nie stosował),dziś z opowiadań mojej mamy nawet widzę jak ona mówi ze on przez 20 lat był idealny a potem jakby coś w niego wstąpiło,no ale po rozwodzie to sie ucieło całkowicie.Mama ani tata nigdy wobec mnie nie stosowali przemocy,owszem kilka razy dostałem lanie w życiu ..ale zasłużyłem i dzis rodzicom za to dziekuje że mnie nie rozpuscili,bo to nie była przemoc psychiczna tylko ustawienie do pionu niesfornego nastolatka. Natomiast co by sie działo, zawsze miałem wsparcie (odwrotnie jak u mojej dziewczyny),wsparcie i zaufanie...rodzice nigdy mi niczego nie zabraniali ot tak,tylko przestrzegali przed konsekwencjami,tumaczyli i..sam wrzucałem sie na głeboką wodę,nieraz cierpiałem fizycznie...ale psychicznie - chyba nigdy(jedynie rozwód).
Tak skrajnie różne sytuacje w naszych domach ,mają zapewne kolosalny wpływ na nas.
Jesli miałbym wskazać nasz mały sukces,kroczek do przodu w naszym związku to jakieś 1,5-2 miesiace temu wrozmowie z moją kobietą zasugerowałem jej że skoro nasze kłótnie są złe a nasze oczekiwania są skrajnie inne,to może to ominiemy...bo coś nas łączy.Wtedy ona powiedziała ze łączy nas miłość,kochanie. Wtedy powiedziałem ze zamiast milczec i eskalować przypominajmy sobie o tym ze bez sensu to wszystko skoro sie kochamy.
I wtedy za jakiś czas była zwara...i nagle ona wyskoczyła do mnie : Ej słuchaj spokojnie..pamiętasz przeciez i tak sie kochamy więc..? I wtedy nagle dosłownie wsekunde złość nam spadła...i w końcu nastąpił okres kiedy zamykamy spór natychmiast,gasimy go od razu,bez cichych dni bez kłótni i eskalacjii.Dlatego napisałem wczesniej ze ostatnio jest miedzy nami lepiej(nie oznaczało to ze nie ma sporów)...za miło by było
...ale jakby znalezlismy wspólny sposób na zduszenie tego w zarodku,i zauważyłęm ze nikt z nas potem nie czuje żalu..a kiedys ten żal i pretensje ciągneły sie długo...bo nikt nie chciał ustąpić. Teraz niewazne aż tak bardzo kto ma racje..ważne ze sie kochamy.Dodatkowo zauważyłęm że po czymś takim wcale nie konczymy tematu...ale ona rozmawia,sama rozmawia i dokanczamy to rozmową ,i nie widzę zacietrzewienia i nienawisci.
Moja dziewczyna mówiła mi jakiś czas temu że miała jakieś testy psychologiczne na studiach i wyszło że ona działa zadaniowo...nie kieruje sie uczuciem z wewnątrz tylko zadaniem do wykonania....stąd może ona tego z tym gaszeniem kłótni nie robi z chwilowego wybuchu uczucia w sercu a zwyczajnie jako kolejne ..tym razem POZYTYWNE zadanie w swoim życiu. No i super ja nie wnikam,ważne ze jest dobrze i ze ja sie czuje dobrze z tym. Natomiast zdaje sobie sprawe ze to nie naprawia problemu w jej emocjach..dlatego..
Dla mnie dniem zwycięstwa będzie dzień kiedy ona sama to wszystko przetrawi, zrozumie w sobie,kiedy sama przyjdzie do mnie żeby pogadać (nie miało to miejsca jeszcze nigdy) ,wtedy prawdopodobnie pójdzie z górki.Mam nadzieje ze jakas terapia w tym pomoże.
Ja natomiast już zaprzestałem wałkowania tematu od jakiegoś czasu,jestem wyczerpany tematem i zluzowałem o 90%,tym bardziej ze nasze relacje jednak troszkę poprawiły sie.
Wczoraj moja dziewczyna wróciła pózno ,spałem wiec nie wiem co tam u psychologa,dziś będę wiedział jakie ma wrażenia,mam nadzieje ze pozytywne.
dzięki pozdrawiam
ps
Sorry ze sie rozpisałem ale nieraz człowiek musi wyrzucić z siebie swoje przemyślenia,a tutaj atmosfera i ludzie są tacy ze warto sie trochę otworzyć.Zawsze można sie czegos nauczyć o sobie:)