Dziewczyno Roberta,
Robert pisał, ze przy kłótniach Ci ubliża, to według mnie poważny problem i w sumie ja bym się nie dziwiła, że dlatego np. nie chcesz bliskości. Nic o tym nie wspominasz.
Podobne tematy
Dziewczyno Roberta,
Robert pisał, ze przy kłótniach Ci ubliża, to według mnie poważny problem i w sumie ja bym się nie dziwiła, że dlatego np. nie chcesz bliskości. Nic o tym nie wspominasz.
Moim zdaniem najbliżej istoty problemu był EXTRA_terrestrial. Dodam, że te przeklinania i wyzywania ze strony Roberta swojej partnerki, nie tylko są mało kulturalne (bardzo delikatnie mówiąc), ale też stawiają go w tej samej roli co ojciec partnerki z jej dzieciństwa. Czyli Robert od jakiegoś czasu (pewnie już od dłuższego) swoim zachowaniem przypomina partnerce jej ojca, który stosował wobec jej agresywne metody wychowawcze. Zaś partnerka, idąc wzorem z dzieciństwa, uważa że najlepszą metodą zapobieganiu eskalacji konfliktu, jest zamknięcie się i przemilczenie tego. Jej stan depresyjny i lęki wydają się być potwierdzeniem.
Cały czas uważam, że partnerka powinna udać się do naprawdę dobrego specjalisty (psycholog czy psychiatra), i nie ma czego się bać, on nie gryzie
Ale Robert też za pomocą terapii, skoro sam nie potrafi, powinien nauczyć się normalnie komunikować się i inaczej wyrzucać swoje frustracje, jakimi są też ciągłe wyprowadzki.
Uważam, że jest TU, w tej rodzinie, co zbierać, dopóki mleko nie rozlało się. Czego im życzę z całego serca i oby taki finał był w przyszłym roku ![]()
328 2014-12-30 10:12:52 Ostatnio edytowany przez robert247 (2014-12-30 11:53:53)
Moja kobieta napisała więc chyba mogę już coś napisać i sie odnieść.
Moja kobieta ma rację,były kłótnie,były wyzwiska.Nie usprawiedliwia mnie nic.Ale nadal twierdzę (z mojego punktu widzenia) że zostałem do nich sprowokowany.Oczywiście zdaję sobie sprawę ze jako facet powinienem być stabilny emocjonalnie i nie dać się prowokować...ale przy mojej naturze ekstrawertcznej,naprawdę cieżko mi nieraz było sie pohamować.
Po takiej kłótni często sam analizowałem gdzie jest mój błąd,dlaczego aż tak mocne słowa potrafią paść. Zawsze dochodziłem do wniosku że to siędziało na zasadzie takiej sprzeczności.
Czyli kłócimy sie o pierdołę jakąś i nagle konflikt przechodzi w atakowanie się nawzajem,asedno kłótni ucieka i go już nie ma. Padają słowa....i nie mogę zrozumieć jak moja partnerka może tak mówić do mnie skoro mnie kocha,wtedy u mnie jest żal,bunt,złość i...nienawiść i nagle bach...padają obrażliwe słowa. Zawsze ten sam mechanizm...czyli urazona duma,lub przykre słowa a w mojej odpowiedzi - wyzwiska.
Fakt ze tego już dawno nie ma,ten okres to jest kilka lat wstecz ,po czasie po prostu przestałem to robić,bo zdałem sobie sprawę że to jest chora relacja,że lepiej po prostu wyjść z domu,przemilczeć niż po raz kolejny zostać doprowadzonym na skraj emocjonalnego ładu.
Jeśli chodzi o krytykę.
Potwierdzam..i też zrozumiałem że nie powinienem tego robić...ale znów muszę napisać skąd to się brało u mnie. Otóż z wzorców wyniesionych z domu.
Moja partnerka ma całkowicie,wręcz biegunowo inną rodzinę od mojej.W mojej opinii zawsze stawiałem jej rodzinę jako gorszą,o gorszych wzorcach i zasadach....widziałem te zachowania i wzorce u mojej dziewczyny...i fakt- nie mogłem ich nieraz zdzierżyć. Zwracałem jej uwagę i próbowałem ją przekonać do tych moich - własciwych(moim zdaniem).
Dziś wiem że to był straszny błąd.Ale ja wczesniej tego w ogóle nie rozumiałem.Jej rodzice byli bezuczuciowi,bez zasad (chorągiewki),leniwi...no i jeszcze zrobili w zyciu coś czego nnie mogę tu opisać,ale mi sie w głowie to nie mieściże tak można.
Taki obraz ich miałem...po dłuższym poznaniu ich. Dziś wiem ze to bardzo bardzo zle,ze nie powinienem ich krytykować ,tylko po prostu uszanować ludzi jakimi są i wyciagnąć tylko ich dobre strrony. To zwykły brak pokory u mnie,bo przecież ja tez nie jestem ideałem,ale taki pokręcony obraz miałem w głowie przez jakiś czas.
U nas było tak,kłótnia,wyzwiska...pogodzenie sie...miesiąc dobrze i potem znowu,nieraz ten czas był dłuższy bez zadnych zwar,nieraz krótszy ale zawsze powodem było żemoje wybujałe ego zderzało sie z rzeczywistością której nie akceptowało.Niekiedy były to rzeczy skrajnie nie do przyjęcia dla mnie. Musiałbym być skrajnie obojętny żeby to olać,aleja nie byłem obojętny bo byłem zaangażowany w tę relacje.Nie potrafiłbym być obojętny.
Dziś po czasie już tego nie robię,po prostu robię swoje i nie wgłeebiuam sie w psychikę postępowania,tesciów,jednak żyję z kobietą która wiele przejeła z tego .
Kiedyś myslałem i spytałem ją, dlaczego jest tak w naszym związku ze moja kobieta nie zwraca mi uwagi w moim postępowaniu,decyzjach,itp.nie krytykuje ich i ona odpowiedziała że po prostu nie ma żadnych obiekcjii do mojego postępowania,decyzjii,poglądów,czynów...jedynym wyjątkiem były te wyzwiska i eskalacja kłótni,ale w codziennym życiu żadnych obiekcjii. To mnie tylko utwierdzało w tym ze nie robię zle...ale szczesliwy nie byłem mimo to,bo słyszałem ze w naszym związku oprócz kłótni wszystko jest dobrze...zatem ;SKĄD SIE BIORĄ TE KŁÓTNIE skoro w związku jest dobrze (wg niej) ? Paradoks.
pozdrawiam
Teraz sprawa druga.
Miałem teraz trochę czasu,dużo czytałem o introwertyzmie,żeby móc lepiej zrozumieć moją kobietę i poprawić naszą komunikację.
znalazłem dwa artykuły które przyznam zmrozliły mnie,na dole podaję linki gdyby kogoś to zainteresowało.
http://neuroskoki.pl/czy-introwertycy-sa-autystyczni/
http://psychiatria.mp.pl/zaburzenia_osobowosci/show.html?id=70088
Trafiłem na to zupełnie przypadkowo,przeczytałem ,szczególnie chodzi mi o drugi link. I stwierdziłem ze osobowość i zachowanie mojej kobiety pasuje tam w 101 %.
Pokazałem jej to,poczytała,rozmawialiśmy o tym...i potwierdziła to. W Styczniu po nowym roku idziemy do psychologa żeby sie upewnić czy to jest coś nie tak z tą jej osobowością ,z moją również:). To jest już zaklepane.
Jęsli chodzi o nas...hmmm od około 2 tyg jestem w domu,moja kobieta sama po mnie przyjechała...i powiem ze od tego czasu(ok. 2 tyg.) jest u nas totalnie rewelacyjnie,to jest to o co mi chodziło. Umówiliśmy sie ze przynajmniej do tej wizyty u psychologa będziemy sie dla siebie bardzo starać...i naprawde widzę że się da,da sie mieć te relacje jak na początku związku,nie wiem ile to potrwa ale ja się cieszę każdym takim dniem,bo wiem jak może być. Moja dziewczyna od 2 tygodni daje mi tyle uczuć,zainteresowania i zwykłekj rozmowy że nie mogę nieraz się ogarnąć że to jest ta sama osoba
.zakochałem się chyba od nowa...:)
Wybaczcie mojej kobiecie ten oszczedny język wypowiedzi w jej poście,ale ona jest totalną introwertczką,sama mi wczoraj mówiła że z wielkim trudem wychodzi jej napisanie nawet jednego zdania o tym co czuje i myśli.
dzięki za wasze opinie,one zawsze są pomocne
pozdrawiam
330 2014-12-31 11:48:47 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2014-12-31 12:01:47)
/.../
Pokazałem jej to,poczytała,rozmawialiśmy o tym...i potwierdziła to. W Styczniu po nowym roku idziemy do psychologa żeby sie upewnić czy to jest coś nie tak z tą jej osobowością ,z moją również:). To jest już zaklepane.
Tu nie wystarczy "psycholog". Potrzebna jest osoba będąca licencjonowanym psychoterapeutą z długoletnim doświadczeniem. Psycholog może natomiast pomóc znaleźć kogoś dobrego. Ma to szczególne znaczenie dla przyszłego rozwoju emocjonalnego dzieci, jeśli to ten typ osobowości, który sugerujesz.
Jęsli chodzi o nas...hmmm od około 2 tyg jestem w domu,moja kobieta sama po mnie przyjechała...i powiem ze od tego czasu(ok. 2 tyg.) jest u nas totalnie rewelacyjnie,to jest to o co mi chodziło. Umówiliśmy sie ze przynajmniej do tej wizyty u psychologa będziemy sie dla siebie bardzo starać...i naprawde widzę że się da,da sie mieć te relacje jak na początku związku,nie wiem ile to potrwa ale ja się cieszę każdym takim dniem,bo wiem jak może być. Moja dziewczyna od 2 tygodni daje mi tyle uczuć,zainteresowania i zwykłekj rozmowy że nie mogę nieraz się ogarnąć że to jest ta sama osoba
.zakochałem się chyba od nowa...:)
Bardzo się cieszę. Tyle, że spróbujcie to raczej rozwijać i nakręcać (inaczej zdechnie śmiercią naturalną) - czyli gadajcie o uczuciach, seksie - wspominając przyjemne momenty, o tym jak się poznaliście, co czuliście wtedy, co przeżywaliście jak rodziły się wam dzieci, jak fajnie będzie zamieszkać w nowym domu. Napisałem tu kiedyś, że miłość jest herbatą z malinami, którą dostałem do łóżka na przeziębienie - chodzi o to żeby mieć świadomość(obustronnie), że gdy ktoś gotuje ci zrazy na obiad to zawiera w tym kawałek czegoś dobrego od siebie, jeśli biegniesz na budowę i coś tam szpachlujesz czy przykręcasz to dodajesz do tego swoje marzenia o szczęściu. Innymi słowy bez tego elementu zarówno zrazy jak i budowa są szarą i mozolną harówką pozbawioną sensu i nadziei.
I jeszcze jedno - jak widać, sytuacje konfliktowe mogą przeradzać się u was w awantury. Docelowo koniecznie należy nauczyć się rozmawiać o najgorszych problemach tak jakbyś rozmawiał o pogodzie. Ewidentnie masz problem z kontrolą emocji, więc to uchroni cię przed przegrywaniem swoich spraw. Trzeba abyś nabył w takich sytuacjach perfekcyjnej kontroli nad "manierami".
331 2014-12-31 12:52:39 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2014-12-31 12:57:11)
Robert,
Nie wiem, czy potrzebujecie psychoterapeuty który pomoże Wam uporać się z problemami. Ale pamiętam doskonale, jak sama naczytałem się fachowej literatury i później obserwowałam swojego męża i przypisywałam mu najróżniejsze psychopatologie. Chciałam go w ten sposób usprawiedliwić, znależć w jego postępoaniu "chorobę", która odpowiada za jego zachowanie i pozwoli zaaplikować odpowiednie lekarstwo, które go "uzdrowi". Dzisiaj już mam świadomość, że przyczyny jego zachowania były hm...prozaiczne.
To co mi sie podoba w Waszej postawie to,
że nie wychodzicie ze związku jak ze słabego filmu w kinie,
że dostrzegliście, że związek to takzę zobowiązanie do pracy nad sobą i Waszą relacją
i że chcecie podjąć wszelkie kroki aby Waszą relację naprawić.
Rozstać można się zawsze, ale dobrze aby to było wówczas
gdy związek nie może już pomieścić i konstruktywnie przyjąć energii kryzysu
gdy już żadne z Was nie może dodać niczego więcej do MY
gdy następuje regresja duchowa Was obojga i oboje egocentryzujecie się
Bo wówczas taki pseudozwiązek staje się ciągłą destrukcją, na którą szkoda życia.
Powodzenia ![]()
332 2014-12-31 18:07:06 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2014-12-31 18:10:06)
/.../sama naczytałem się fachowej literatury i później obserwowałam swojego męża i przypisywałam mu najróżniejsze psychopatologie. Chciałam go w ten sposób usprawiedliwić, znależć w jego postępoaniu "chorobę", która odpowiada za jego zachowanie i pozwoli zaaplikować odpowiednie lekarstwo, które go "uzdrowi". Dzisiaj już mam świadomość, że przyczyny jego zachowania były hm...prozaiczne./.../
Bo zdrada faceta może być zjawiskiem prostym jak drut. Autor opisywał jednak przeszłość żony, która w kontekście obecnych zachowań tworzy wspólną całość. Dlatego też uważam, że warto aby uwolniła się od demonów przeszłości. :-)
Ważne jednak aby w przypadku podjęcia terapii, nie stawiać z tego powodu żony w jakieś przegranej, defensywnej pozycji w związku. Nie ma podstaw do przekazania "włądzy nad związkiem" w ręce autora z tego powodu. To dalej relacja partnerska a podjęcie pracy nad sobą może świadczyć o determinacji i woli naprawienia - czyli ważności związku dla żony.
Autor opisywał jednak przeszłość żony, która w kontekście obecnych zachowań tworzy wspólną całość.
Zgadzam się, że zachowania partnerki Roberta w kontekście jej przeszłości razem dają pewien spójny obraz.
Jednak chcę na podstawie własnych doświadczeń zwrócić uwagę Roberta, że często to, co widzimy jest interpretacją postrzeganej przez nas rzeczywistości, a nie nią samą, że często nadajemy znaczenie otrzymanym wrażeniom i interpretujemy je zgodnie z systemem naszych nieświadomych oczekiwań.
Bo przecież zanim uświadomimy sobie spostrzeżenia i doznania, przechodzą one uprzednio przez filtry naszego systemu wartości, naszej osobowości, przyswojonych przez nas opinii (np na podstawie przeczytanych publikacji autorytetów) i dlatego doświadczamy tego, w co wierzymy.
334 2014-12-31 19:27:41 Ostatnio edytowany przez kicur (2014-12-31 19:28:05)
Co to znaczy że jej rodzina gorsza. Każdy kocha swoją rodzinę nie masz prawa wmuszać jej swoich wzorców. To jest związek dyktatorski gdzie próbujesz wymusić na niej swoje wartosci a tego się nie da i dobrze wiesz że to też nie zadziała w druga stronę...
Choćbyś chciał to nie zmienisz wartości wyniesionych ze swojego domu. Własnie na tym powinieneś ty popracować.
Dziękuje za wasze opinie,bo one podtrzymują moją wiarę że będzie dobrze.
Ja wiem już jaką krzywdę wyrządzałęm mojej dziewczynie,mam naprawde straszne wyrzuty sumienia,dopiero od niedawna kiedy przewałkowałem temat na spokojnie kilka razy po wielu juz spokojnych rozmowach z moją dziewczyną,uswiadomiłęm sobie co ja nawyrabiałem kiedyś krytykując ją ,obarczając winą za cechy wyniesione z domu,epitety.
Tego juz nie ma u nas od jakiegos czasu,i jestem swiadomy i pewny ze nie będzie,po prostu sformatowałem swoje podejscie.Oczywiscie jestem nadal tym samym człowiekiem,ale wiem dobrze czego nie wolno po prostu robic osobie którą sie kocha.Cholera uczymy sie całe zycie..a i tak człowiek głupi,i błąd popełni...
mam swiadomosc ze ewidentnie wpływ na moje zachowanie miała moja partnerka,lecz ona to inaczej widziała i odbierała,rozmawialismy o tym,jak zwykle chodziło o zwykłe problemy w komunikacjii.
Nie przypissuje mojej kobiecie jkaiś zaburzeń,jedynie natrafiłem na takie artykuły a ze sie pokrywają w całosci z obrazem jej zachowań ,uznałem ze warto i takie coś rozważyć,oczywiscie ostaetaczna opinia bedzie po wizycie u psychologa.
Nie ulega jednakzadnej watpliwosci że ja swoim porywczym zachowaniem dołozyłem cegiełkę do tej całej sytuacjii i nie ma dla mnie usprawiedliwienia,po prostu nie powiniennem przenigdy obrzucać obelgami ukochanej osoby..niewazne jak mocno by mnie prowokowała.
Ustaliłem także ponad wszelką wątpliwosc ze nie było tu ingerencjii osób trzecich,zdrady i tym podobnych czynników zewnętrznych...przynajmniej tutaj mam te 100% pewność,co takze wywołało u mnie poczucie winy bo w duszy już posądzałem moją dziewczynę o jakieś wyskoki w bok(jako przyczynę tej obojętnosci).
Myślę że mamy juz podstawy zeby spróbować odbudować nasze relacje. Z mojej strony mowy juz nie ma o wyprowadzkach,jakiś szantazach czy innych impulsywnych zachowaniach w stosunku do mojej kobiety.Na tym postawiłęm krzyżyk.
dzięki i pozdrawiam
EXTRA_terrestrial napisał/a:Autor opisywał jednak przeszłość żony, która w kontekście obecnych zachowań tworzy wspólną całość.
Zgadzam się, że zachowania partnerki Roberta w kontekście jej przeszłości razem dają pewien spójny obraz.
Jednak chcę na podstawie własnych doświadczeń zwrócić uwagę Roberta, że często to, co widzimy jest interpretacją postrzeganej przez nas rzeczywistości, a nie nią samą, że często nadajemy znaczenie otrzymanym wrażeniom i interpretujemy je zgodnie z systemem naszych nieświadomych oczekiwań.
Bo przecież zanim uświadomimy sobie spostrzeżenia i doznania, przechodzą one uprzednio przez filtry naszego systemu wartości, naszej osobowości, przyswojonych przez nas opinii (np na podstawie przeczytanych publikacji autorytetów) i dlatego doświadczamy tego, w co wierzymy.
To może dorzucę Ci jeszcze posty z innego wątku:
Znam takiego faceta o jakim mowa w tym watku. Ba kiedyś pozwolilismy sobie z moją kobietą na małą prowokację w jego kierunku.Powiem tak....to są chorzy ludzie.Cynizm,spryt i całkowity brak empatii u takich ludzi poraża.Potrafią prowadzic całe lata podwójne zycie i zdradzać swoje partnerki z którymi są w związku...nawet z byłymi partnerkami. bez kompletnie zadnych skrupułów,o jakichkolwiek zasadch nie ma nawet tu mowy.
Na podstawie tego mojego doswiadczenia zobaczyłem na czym polega fenomen kobiet które...łapią się na coś takiego. Jak sie na to popatzry z boku to człowiek nie moze wyjsc ze zdumienia jak pewne słowa,zwroty,gest działają na uczucia,jak taki delikwent potrafi w 3 smsach bez problemu przekonać kobiete do tego ze ta sama rzuca mu sie w ramiona,to po prostu im imponuje,taka adoracja.Takiego czegos nei potrafią robic ludzie z zasady empatyczni i uczciwi..po prostu nie umieją tak mówić,pisać....to jest wielki szwindel na psychice ofiar...i sądzę ze nie ma przed tym obrony.To mysle dlatego związki sie tez rozpadają że jest jakaś zdrada...ot tak nie wiadomo czemu,nic sie nie dzieje a nagle dzieje sie wszystko.
Rozbite rodziny,cierpiący ludzie nie mają dla kogos takiego żadnego znaczenia..sam czytałem wywody takiego kogoś,on nie rozumiał w ogóle co on robi..liczył sie cel.
/.../Ja tego nie opisywałem w moim wątku,ale był u nas epizod taki.Moja kobieta na szczerej rozmowie wyznała mi sic! że była z nim szczesliwa(to jej były),przeczuwała jego zdrady...ale jednoczesnie on otaczał ją aurą całkowitego bezkrytycyzmu,adoracjii...doskonale wiedział jak przykryć swoje zdrady takimi uczuciami by partnerka ,,chodziła,, jak w transie.I ona po latach przyznała ze była jednak z nim szczesliwa ....zmieniło sie to wsyztsko kiedy zobaczyła co on robi(prowokacja),sam to zrobiłem by jej pokazać kogo miała za super faceta. Gość zdradzał i do dzis zdradza swoją zonę z którą ma dzieci...a teksty jakie rzucał kiedy delikatnie pociągneło sie go w stronę empatii czy sumienia ....jego odpowiedzi mroziły krew w żyłach...On sie z tego smiał:)..dosłownie i szczerze...zarówno z żony jak i z byłych ofiar-innych kobiet na chwilę. Na codzień m,iły sympatyczny facet,pracuje itd. Ja nie mogłem uwierzyć jak nie zobaczyłem.
Po tej nieszkodliwej prowokacjii...wyszło że on zdardzał jak w nałogu każdą swoją partnerkę od 16 roku życia..do dziś.Taki ktoś po prostu nie może mieć normalnej osobowości.
pozdrawiam
Chyba jednak żona autora musi coś "ze sobą zrobić", bo w tym układzie szczególnie szczęśliwa nie będzie, chyba że autor zabierze się za naukę psychopatycznych technik uwodzenia, ale to trzeba robić z talentem, a do psychopatii raczej nie ma inklinacji...
337 2015-01-01 19:37:57 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2015-01-01 19:38:29)
EXTRA_terrestrial
Niemal każdego dnia przekonuję się jak mało wiem, jak niewiele rozumiem, jak niedużo przeżyłam i doświadczyłam. Nie mam żadnych kompetencji do tego aby oceniać, ba nawet nie zamierzam pretendować do grona osób, które mogą oceniać zachowanie partnerki Roberta, tym bardziej powody i uwarunkowania jej zachowań.
Jednak czytając słowa Roberta nie potrafię oprzeć się wrażeniu, że on już dawno skreślił swój związek a teraz tylko podejmuje próby, które mają w finale "oczyścić" jego sumienie z poczucia winy za doprowadzenie do rozstania, które dopiero nastąpi.
Robert konsekwentnie upatruje w zachowaniu, dzieciństwie, poprzednich związkach, postawie, słowach swojej partnerki patologii i psychicznych ułomności, które mają go usprawiedliwić z tego, co się wydarzy.
Z tego samego powodu tak ochoczo przyjmuje teorie Twoje i Elle. Bo one dokładnie odpowiadają na jego zapotrzebowanie. I dlatego też tylko uprzejmie dziękuje bez zatrzymania się dłużej na opiniach, które nie są zgodne z jego "życzeniem".
Dlatego zdaję sobie sprawę, że moje pisanie tutaj w innym świetle niż przypisywanie partnerce Roberta psychicznych ułomności nie ma sensu, bo on wartościuje i ocenia słuszność (lub nie) racji innych w kontekście swoich świadomych lub nieświadomych oczekiwań.
338 2015-01-01 19:47:53 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-01-01 19:50:37)
Przyszłość, lubię Cię czytać, ale niestety ten ostatni post jest nasączony myśleniem KKZB, dla której najlepszym dowodem miłości jest trwanie przy kochanej (nieważne, że od dawna platonicznie i jednostronnie) osobie brodząc po uszy w bagnie, nieważne - byle z misiem/misiową!
"Zamęczyć się do ostatniego tchnienia - byle u stóp mojej Bogini, wyzionąć ducha, wierny jak pies, oto prawdziwy dowód Milości!"(przez "l" koniecznie ![]()
Taki ma mniej więcej wydźwięk 'linia obrony' żony roberta.
Ciągłe dawanie jej szans i wyrozumiałość posunięta do granic absurdu.
Pytanie czemu robert ciągle czuje się tak źle, skoro jest tak dobrze? ![]()
To jest przepis na marynowanie się w sosie wzajemnych pretensji, niespełnionych oczekiwań i przede wszystkim -braku uczucia, za to jest przyzwyczajenie i zobowiązania, dzieci.. Cudowny fundament, nie ma co.
Na koniec dodałabym klasyczne: "Rozwód??!! A co ludzie powiedzą?"
Dejta spokój..
339 2015-01-01 19:59:06 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2015-01-01 20:01:12)
Przyszłość, lubię Cię czytać, ale niestety ten ostatni post jest nasączony myśleniem KKZB, dla której najlepszym dowodem miłości jest trwanie przy kochanej (nieważne, że od dawna platonicznie i jednostronnie) osobie brodząc po uszy w bagnie, nieważne - byle z misiem/misiową!
"Zamęczyć się do ostatniego tchnienia - byle u stóp mojej Bogini, wyzionąć ducha, wierny jak pies, oto prawdziwy dowód Milości!"(przez "l" koniecznie
Taki ma mniej więcej wydźwięk 'linia obrony' żony roberta.Ciągłe dawanie jej szans i wyrozumiałość posunięta do granic absurdu.
Pytanie czemu robert ciągle czuje się tak źle, skoro jest tak dobrze?
To jest przepis na marynowanie się w sosie wzajemnych pretensji, niespełnionych oczekiwań i przede wszystkim -braku uczucia, za to jest przyzwyczajenie i zobowiązania, dzieci.. Cudowny fundament, nie ma co.
Na koniec dodałabym klasyczne: "Rozwód??!! A co ludzie powiedzą?"Dejta spokój..
Elle
Być może masz rację.
A być może mylisz przyczyny ze skutkami.
Być może faktycznie partnerka Roberta ma pewne ułomności.
A może być i tak, że Robert ma jakąś paranoję, której efekty tutaj oglądamy.
Nie twierdzę ze wiem jak jest.
Czytam tylko wersję Roberta (nie licząc skromnej wypowiedzi partnerki, która jak dla mnie nic nie wnosi).
Nie wykluczam żadnej możliwości i być może Robert jest jej ofiarą, ale równie dobrze dla mnie ona może być ofiarą Roberta.
I jeszcze jedna możliwość, która jest mi najbliższa to taka, że oboje są ofiarą relacji, która jest oparta na błędnych założeniach.
I jeszcze jedna możliwość, która jest mi najbliższa to taka, że oboje są ofiarą relacji, która jest oparta na błędnych założeniach.
ale dla mnie TA wersja jest bezdyskusyjna od samego początku, już niezależnie od wątków pobocznych, które wynikły i nadal wyskakują wraz z upływem czasu, jaki robert jest na Forum.
Oni do siebie nigdy nie pasowali, co robert sam przyznał i co zacytował w innym wątku - wypowiedź swojej partnerki, która tez to przyznaje z rozbrajającą szczerością ![]()
Dla mnie, jak mówię, robert żyje w iluzji, że był/jest kochany przez tę kobietę. Jest TOLEROWANY jako partner "drugiego wyboru", jako ojciec dzieci, ale nie jako partner- mężczyzna.
Ona ma do niego co najwyżej sentyment, ale o żadnej namiętności, pożądaniu, głębokim uczuciu nie ma tu mowy.
Ona nie odchodzi, bo nie ma dokąd ani do kogo. Po co?
Autor nie odchodzi, bo od lat jest w ślepej pogoni za wyżebraniem od niej uczucia, na które ciągle stara się jakoś "zasłużyć" łudząc się, że pewnego dnia ona poczuje do niego to co czuła/czuje do ex.'
Masochizm? Chyba tak.
/.../
Z tego samego powodu tak ochoczo przyjmuje teorie Twoje i Elle./../.
Mnie na przykład zależy na tym abyś pisała tu "swoimi emocjami" i doświadczeniami. Mogę się nie zgadzać, ale robię to bardziej po to by (1) to sobie napisać i mieć zwerbalizowane (2) być może jeśli będziesz miałą dobry humor - uzyskać od Ciebie pogłębiony obraz Twoich intuicji. Generalnie raczej się tu "interaktywnie uczę" niż walczę o potwierdzenie włąsnych poglądów.
342 2015-01-01 20:55:16 Ostatnio edytowany przez Przyszłość (2015-01-01 20:55:45)
Masochizm? Chyba tak.
Widzisz Elle, wg mnie Ty masz łatwość kończenia związków, w których jedno z partnerów nie czuje się komfortowo. Pewnie wynika to z Twoich doswiadczeń.
Robert zbiera siły, szuka argumentów i popleczników do tego, co mu już od dłuższego czasu chodzi po głowie.
Ale brakuje mu jeszcze tej łatwości, którą ja przypisuję Tobie.
Nie uważam, że to masochizm.
To bardziej dojrzewanie do decyzji.
Ucieszyłam się, gdy Robert napisał o terapi, którą razem ze swoją partnerką zamierzają podjąć, bo to pomoże im obojgu dotrzeć do sedna problemów i kryzysu w ich związku.
Bez względu na to, jaki będzie finał i czy ostatecznie Robert i jego partnerka będą razem, czy się rozstaną, to wartością dodaną będzie ich większa świadomość samych siebie i relacji.
Ale wzdrygam się na samą myśl, że Robert już przypisał winę za rozpad związku swojej partnerce, nie próbując nawet przyjrzeć się sobie.
Mnie na przykład zależy na tym abyś pisała tu "swoimi emocjami" i doświadczeniami...
Tak właśnie widzę swoje miejsce na tym forum - dzielę się swoimi emocjami i doświadczeniami ![]()
Widzisz Elle, wg mnie Ty masz łatwość kończenia związków, w których jedno z partnerów nie czuje się komfortowo. Pewnie wynika to z Twoich doswiadczeń.
Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz ![]()
Nigdzie nie opisałam swojej historii na Forum i tego nie zrobię, ale możesz mi wierzyć, że bardzo długo (i z perspektywy - niepotrzebnie) walczyłam o ostatnia relację.
To czas i liczne refleksje z dystansu pozwoliły mi zrozumieć, kiedy WARTO o związek walczyć i jakie warunki muszą być ku temu spełnione (jednostronna wola i piękne słowa to nie wszystko).
Kiedy prosisz, tłumaczysz i wreszcie krzyczysz do partnera, który rzekomo kocha, o odrobinę uwagi i czułości, troski po raz n-ty, a on reaguje obojętnością albo opędza się od Ciebie jak od muchy to nieistotne jak i czym to wytłumaczy (też po raz n-ty) - Ja nie czuję się kochana, a po to się wchodzi w związki, to nie transakcja ani Caritas.
To są moje wnioski. Proste i prawdziwe do bólu.
Nie znam szczęśliwej pary, która by zaprzeczyła, choćby przeżyli 1000 kryzysów po drodze.
Tylko niektórzy mylą brak uczucia i chęci z kryzysem i reanimują trupa latami, na tym problem polega..
OK Elle,
Skoro sama wiesz jak trudno było Tobie zakończyć relację, w której się męczyłas, to dlaczego tak mało w Tobie zrozumienia dla walki z sobą Roberta?
Uwierz mi, że ze związku, w którym są dzieci wychodzi się dużo trudniej i mniej zdecydowanie.
Ech, powtórzę jeszcze raz, że nie jestem przekonana co do "oziębłości" partnerki Roberta tak bardzo jak jego egocentryzowania się.
Przyszłość, ja myśląc o "oziębłości" partnerki roberta nie mam na myśli brak pożycia lub znikome pożycie - ja mam na myśli całokształt, jej podejście.
Ona nauczyła się białych kłamstw i pięknie je serwuje, bez mrugnięcia okiem, od lat.
Teraz - co rozumiem przez 'białe kłamstwo': mówię, że jest mi z kimś ok "z grubsza", czyli w teorii nie ma się do czego przyczepić, no bo skoro jest ok..Tylko, że co to znaczy to 'z grubsza', jak mu się tak z bliższa
przyjrzeć -ano że jest DO DUPY tak ogólnie, więc szczegółami nie warto się przejmować.
Ona mówi: "Jesteś facetem, który dba o mnie i o dzieci, więc jestem z Tobą..czego jeszcze chcesz?"
Zamiast: "Jesteś mężczyzną mojego życia, kocham Cię i chcę żebyś był szczęśliwy. Możesz przyjść do mnie z każdym problemem, jeśli nie będę znała rozwiązania, przynajmniej wysłucham z uwagą."
Ja nadal obstaje za tym, że ona jest z nim tylko dlatego, że nie chce jej się przeprowadzać rewolucji w swoim życiu - wie, że nie może wrócić do byłego, robert jest ojcem dzieci - a że chce mieć normalny związek, kochać się ze swoją kobietą i odbierać jakieś gesty świadczące o uczuciu w jego kierunku? A niech idzie lepiej do psychiatry, coś z nim nie tak.
Jasne ![]()
Jak mówię- to jest wybór (a w zasadzie pokłosie braku pewności siebie i poczucia własnej wartości) roberta, że ciągnie tę farsę.
Ps. Ja nie walczyłam o tamta relację blisko 13 lat.. Może z pół roku all zuzamen, a i tak uważam, że za długo.
346 2015-01-01 22:33:26 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2015-01-01 22:48:10)
Widzisz Elle, wg mnie Ty masz łatwość kończenia związków, w których jedno z partnerów nie czuje się komfortowo. Pewnie wynika to z Twoich doswiadczeń.
Nawet nie wiesz jak bardzo się mylisz
Nigdzie nie opisałam swojej historii na Forum i tego nie zrobię, ale możesz mi wierzyć, że bardzo długo (i z perspektywy - niepotrzebnie) walczyłam o ostatnia relację./.../
W ramach hmmm... psychoanalizy dla ubogich też zastanawiałem się nad tym, że chcesz ten związek "jeszcze bardziej zakończyć niż się da" - zauważ jesteś najlepsza właśnie w wykrywaniu toksycznych relacji i kończeniu ich. W to wkładasz najwięcej serca i najgłębiej analizujesz argumenty przemawiające za "kasacją". Jeśli działasz bez żadnej superwizji poza grupą, to takie przegięcie byłoby możliwe. Bo tu bezapelacyjnie, zawsze jesteś we wnioskach do przodu, przynajmniej w porównaniu z innymi więc nie masz de fakto realnej "superwizji". IMHO daje to niebezpieczeństwo, że w jakiś sposób przeginasz. Ale jeśli mam choć CIEŃ racji, może być to elementem walki z pragnieniem aby wbrew logice wrócić. Mam nadzieję, że mnie nie zabijesz za to co napisałem :-)
Elle
Rozumienie "oziębłości"partnerki Roberta mamy zbieżne ![]()
Dla mnie po opisach Roberta to też "zimna ryba".
Ale nawet "zimna ryba" nie niszczy związku tylko dlatego, że jest "zimną rybą". Relacje nie niszczą ludzie tylko emocje, z którymi sobie ludzie nie radzą.
Mnie nie o to chodzi, żeby Robert pogodził się z pustką w swoim związku i zapomniał o miłości, pożądaniu, poczuciu dopieszczenia,...krótko: swoim szczęściu. Ja chcę wierzyć w to, że związek to nie jest slaby film w kinie, z którego wychodzi się w trakcie seansu. Żeby z niego wyjść trzeba naprawdę mieć pewność, że zrobiło się WSZYSTKO co mozna było zrobić. Tak jest uczciwie.
Co do długoletniej bierności Roberta, to jestem zdania, że w KAŻDYM związku pojawiają się problemy, przeszkody, kryzysy. Jedni jednak popadają w bierność i tkwią w niej latami bez szukania rozwiązania, a drudzy popadają w bierność, ale nabywają wiedzę, jak drugi raz w niej się nie znaleźć.
EXTRA_ Tu chodzi o to, że w głębi serca (intuicyjnie) ZAWSZE wiemy, kiedy już nie jesteśmy kochani, to tylko ego i mentalność niedostatku karze nam trwać w beznadziejnym położeniu, licząc, że samo się zmieni.
Ja tylko mówię, że związki dobre sprawiają, że czujemy się LEPIEJ niż solo, powodują, że chce się nam dążyć do bycia swoja najlepszą wersją - i taka potrzeba przychodzi nam zupełnie naturalnie, jest wręcz organiczna, nie trzeba o to nikogo prosić, ani błagać na kolanach czy uciekając się do szantażu.
I działa w 2 strony.
To wszystko.
Jeśli jednak dany związek powoduje, że nasze samopoczucie (poczucie wartości, godności, atrakcyjności) spada systematycznie na łeb na szyję, a jakiekolwiek próby realnej (powtarzam REALNEJ, nie srajdu pierdu - słodkie słówka) zmiany sytuacji niczego nie wnoszą poza poczuciem frustracji i niezrozumienia, to znak, że przeoczyliśmy moment, gdzie relacja ciągnięta jest już tylko przez jednego 'konia', który lada chwila zostanie zarżnięty samoistnie w tej pogoni bez wody, jedzenia, snu i odrobiny dotyku.
Rzeczy dobre są zawsze proste.
Ciekawam, jakie są procentowe szanse na dobry związek?
Jaki procent związków jest dobry?
Ja chcę wierzyć w to, że związek to nie jest slaby film w kinie, z którego wychodzi się w trakcie seansu. Żeby z niego wyjść trzeba naprawdę mieć pewność, że zrobiło się WSZYSTKO co mozna było zrobić. Tak jest uczciwie.
Oczywiście. Ale ja jestem zdania, że - z racji, że nie żyjemy wiecznie - to czekanie na zmianę i szukanie rozwiązań powinno być ograniczone (aby samemu nie popaść w depresję, otępienie lub obłęd) przez 2 kwestie:
- TERMIN, może nie tyle konkretna data, co mniej więcej określony okres czasowy. Dla jednych będzie to pół roku, rok. Jeśli robią się z tego lata, które przechodzą w kolejne lata, to ktoś albo stracił poczucie czasu albo wiarę w to, że może spotkać go w życiu cokolwiek lepszego niż wieczna walka z własnym partnerem.
- POSTĘPY: małe, minimalne, ale realne . W materii związków ta 'realność' polega nie tyle na zadaniach i działaniach do 'odhaczenia' (choć to w pewnym zakresie też), co w odczuciach, emocjach - czy zaszły jakieś zmiany na plus. Bo jeśli to "robienie wszystkiego" sprowadza się do tego, że jedna osoba wychodzi z siebie, szuka rozwiązań, włącznie z terapią, a aktywność drugiej strony ogranicza się do biernej zgody na przejęcie całej inicjatywy przez 1 osobę, bo "ja się wypaliłam", bo "mi tam odpowiada tak jak jest", no to sorry, ale ja inaczej rozumiem 'staranie się'. W kontekście związków staramy się wspólnie, albo wcale.
Tak to rozumiem ja.
/.../Rzeczy dobre są zawsze proste.
Nie. Dobro jest nie tylko "dobrostanem" ale głównie DZIAŁANIEM. Rzeczy dobre wymagają od nas najwięcej. To zło jest banalnie proste.
"w głębi serca (intuicyjnie) ZAWSZE wiemy, kiedy już nie jesteśmy kochani, to tylko ego i mentalność niedostatku karze nam trwać w beznadziejnym położeniu, licząc, że samo się zmieni."
Popatrz: żona autora czuła się bardzo intuicyjnie szczęśliwa ze swoim manipulantem. Odechciało jej się gdy dotarła do informacji sprzecznych ze swoim szczęściem. Jej szczęście było niewątpliwe, tylko te cholerne sprzeczne z nim informacje...Ach jeszcze raz powrócić do tamtego faceta, poczuć się dobrze... jak nigdy wcześniej...
Jakie to byłoby proste i intuicyjne :-)))
"jeśli jednak dany związek powoduje, że nasze samopoczucie (poczucie wartości, godności, atrakcyjności) spada systematycznie na łeb na szyję, a jakiekolwiek próby realnej (powtarzam REALNEJ, nie srajdu pierdu - słodkie słówka) zmiany sytuacji niczego nie wnoszą poza poczuciem frustracji i niezrozumienia, to znak, że przeoczyliśmy moment, gdzie relacja ciągnięta jest już tylko przez jednego 'konia', który lada chwila zostanie zarżnięty samoistnie w tej pogoni bez wody, jedzenia, snu i odrobiny dotyku."
Inna sprawa: kiedy związek nadaje się do "kasacji" - i co to znaczy "realne wysiłki". Moim zdaniem zawsze należy próbować i oceniać rzecz po jakimś czasie - może niekoniecznie po 10 latach jak niektórzy autorzy wątków... Ale na pewno nie po miesiącu czy dwóch. A już na pewno nie w ciągu kilku godzin dyskusji na grupie.
Trzecia sprawa: Ludzie się zmieniają - niekiedy na korzyść. Ale zajmuje to sporo czasu. Może tak być, że z tego powodu nagle zaczną się do siebie zbliżać, może być oczywiście odwrotnie.
Rozwój może być spontaniczny, ale może być wspomagany - np. psychoterapią.
352 2015-01-02 00:02:30 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-01-02 00:07:48)
Rzeczy dobre wymagają od nas najwięcej. To zło jest banalnie proste.
Chyba nie zrozumieliśmy się do końca.
To nie 'dobro' sensu stricto, wymaga od nas komplikowania sytuacji i codziennej walki z emocjami, wolną wolą - swoją i partnera.
Za wszelka walkę odpowiedzialne są wzorce : ukryte głęboko w podświadomości przekonania i nawykowe reakcje n/t relacji. Mają tu też swoje źródło wszelkie 'bodźce' (tzw. wyzwalacze określonych reakcji, pożądań, emocji), które nie zawsze (a raczej bardzo rzadko
) mają coś wspólnego z właściwie pojmowanym 'dobrem jednostki' rozumianym jako umożliwianie i pomaganie jej w rozwoju emocjonalnym, duchowym, mentalnym, itd.
I teraz- jeśli patrzysz na dobro i czynienie dobra, jak napisałeś, w kontekście Oprogramowania (podświadome programy/wzorce) z jakim się wcielamy w tę rzeczywistość, to faktycznie wydaje się ono czymś ogromnie skomplikowanym i wymagającym ogromu pracy, coś jak "walka ze sobą" i całym światem.
"Złem", zgodnie z tym podejściem, będą wszystkie sytuacje i reakcje, które wynikają z wadliwego Oprogramowania.
Zmierzam do tego, że 'dobro' jest wartością/jakością względnie 'obiektywną' w subiektywnym świecie (paradoks
) i spójną, czyli działa na zasadzie wspólnej dla wszystkich istot matrycy będącej odbiciem pewnych wartości z materii duchowej (wymiar 3.0) na świat materialny (wymiar 2.0).
Matryca ta tkwi tak głęboko w świadomości zbiorowej, że umożliwia - nawet największym cynikom i sceptykom - na tzw. "przebłyski świadomości", gdzie są oni w stanie w pełnym świetle zobaczyć swoje uchybienia i złą wolę w działaniu (oczywiście nie musi to się równać decyzji o zadośćuczynieniu).
Dobro jest PROSTE, bo jest naturalnym dążeniem jednostki do osiągnięcia pełni swojego rozwoju (na wielu płaszczyznach).
I teraz dochodzimy do sedna... To, że wszyscy posiadamy w podświadomości pewne programy, ograniczające a czasem sabotujące nasze rozumienie i rozwój, nie jest 'usprawiedliwieniem' i powodem do tego by wchodzić w związki i trwać w nich z partnerami, którzy są z nami niekompatybilni w sensie czynienia nas najlepsza wersją siebie, bo kompatybilni w kontekście dogrywania wzorców ![]()
Z prostego powodu: każda jednostka, niezależnie od Oprogramowania, posiada swój 'plan duszy', choć wcale nie musi być go na poziomie rozumu/logiki świadoma.
Przykładowo: czyimś planem duszy na tą inkarnację może być przepracowanie wzorców ofiary/męczennika.
(co objawia się np. wchodzeniem i trwaniem w nierokujące, pełne kłótni, przemocy i braku miłości związki)
Ktoś inny ma plan bycia 'katalizatorem' dla w/w jednostki do przepracowania w sobie tych wzorców, ALE musi je ona sobie uświadomić - katalizator wcale nie musi niczego pokazywać paluszkiem i wprost, wystarczy sama możliwość zaistnienia interakcji ![]()
Reasumując, bo jak zwykle się rozwlekłam.. Dobro i czynienie dobra jest dla istoty ludzkiej sprawą głęboko intuicyjną (a więc prostą), bo jego wzorce istnieją na doskonałym i najwyższym poziomie jaźni - odwzorowane w Matrycy.
Jeśli w którymkolwiek momencie czujemy, że zbaczamy w swoim rozwoju, dobrym samopoczuciu z właściwej ścieżki, wtedy sprawy zaczynają się komplikować.
Ale w żadnym razie nie wpływa to na meritum - nie sprawia, że dobro staje się czymś 'trudnym' i skomplikowanym, a jedynie to, że zgubiliśmy właściwy kurs i niebezpiecznie kierujemy się na mieliznę.
Zbyt często mamy skłonności do trwania przy błędnym kursie, tylko po to, by nie zmierzyć się z prawda o tym, że sami sobie go w pewnym momencie źle ustawiliśmy. ![]()
353 2015-01-02 03:27:16 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-01-02 03:31:19)
U mnie bycie "dobrym" nie wystarczyło, aby przenieść miłość przez stromizny życia, choć wydawało się, że odbija się ona w krystalicznym zwierciadle "Matrycy"... Najprawdopodobniej problem polegał na tym, że zamiast zachwycać się tym refleksem -który w konsekwencji okazał się złudnym mirażem -powinnam troszczyć się bardziej o bycie integralną cząstką "mojej Matrycy", wtedy ta miłość, nie byłaby fatamorganą o długotrwałej ekspozycji ;-)
W ten oto sposób dowiedziałam się, że bycie dobrym/czynienie dobra (definiowane przez Was czy to jako wartość czy jako działanie łatwe lub trudne), to nadal trochę za mało, aby żyć pełnią życia w tandemie, solo, czy też w szerszej społeczności...
W każdym razie kiedyś, gdy uda mi się odkryć to, co dziś jeszcze jest zaledwie przeczuciem, zapytam o to dobro...
354 2015-01-02 03:40:23 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-01-02 03:43:29)
U mnie bycie "dobrym" nie wystarczyło, aby przenieść miłość przez stromizny życia,
Autora, ale ja właśnie o tym piszę - NIE WYSTARCZY dobra wola i chęci tylko z jednej strony. To jest ten moment kiedy ja uznaję, że należy się rozstać.
Poza tym, Miłości nie da się zatrzymać wyłącznie 'okazywaniem dobra' (byciem dobrym), tyle to wystarczy na koleżeństwo, dobre relacje rodzinne, itp.
Miłość potrzebuje stanowczości, szacunku i godności, a sposoby na wyrażanie tego to już indywidualna kwestia do ustalenia u każdej pary.
Mój poprzedni wpis dotyczył głównie kwestii wadliwe (toksyczne) wzorce vs. trudności w czynieniu dobra.
Im ktoś ma lepszy Program (zdrowsze wzorce) tym stawanie po 'jasnej stronie mocy' będzie dla takiej osoby naturalniejsze i niemal bez wysiłkowe. Co wcale nie oznacza, że 'w nagrodę' rozkochamy w sobie kogoś, kto z nami być nie chce, bo nie o to w byciu dobrym przecież chodzi
To nie transakcja.
Ale że większość z nas jednak ma dużo kwestii (wzorców) do przepracowania w tym życiu to prawdopodobieństwo, że za 1-szym razem trafimy na kogoś z kim życie będzie łatwiejsze niż trudniejsze i pełne bólu, nieporozumień i braku miłości, jest małe.
Cały pic polega na tym by w momencie kiedy uświadomimy sobie, że w danej relacji zamiast wzajemnie wspierać się, obdarowywać miłością i tą miłość otrzymywać to tkwimy w jakimś totalnym toksyku, albo lepkiej pajęczynie z obojętności i wzajemnych pretensji, potrafić zostawić to co nie daje szczęścia za sobą i otworzyć się na coś lepszego.
Jeśli tego nie dostajemy to tylko i wyłącznie z powodu ograniczeń mentalnych, które sami na siebie nieświadomie nakładamy i pielęgnujemy, a na pewno nie dlatego, że straciliśmy JEDNĄ I JEDYNĄ w życiu Love.
Norwegio,
Dziękuję, za to, co napisałaś.
Pamiętasz może, jak kiedyś dochodziłyśmy już do tego rozstaju poglądów? Tym razem echo mych wątpliwości zostało wzmocnione głosem Przyszłość i EXTRA_terrestrial. Przypuszczam, że o ile w kwestii rozstawania się pary bezdzietnej i bezżennej zgodziłabym się w zupełności z większością Twoich poglądów, bo celność z jaką przenikasz rozliczne historie pojawiające się na tym Forum oraz Twoje intencje, które są dla mnie wyjątkowo klarowne, wzbudzają mój najgłębszy podziw, to jednak gdy przypadek dotyczy małżeństwa, a dodatkowo, gdy posiada ono potomstwo, to już tej jasności w kwestii rozstań nie mam, bo gra idzie o najwyższą stawkę, a konsekwencje takiej decyzji multiplikują się przez ilość członków rodziny...
Wracając na moment do mnie, to odkryłam w sobie tak wiele jałowych obszarów, że życia by mi nie starczyło, aby je wszystkie poddać rekultywacji. Dodatkowo przy moim podejściu do problematyki i przebiegu terapii, które opisywałam w innym wątku (u Miriamm) to musiałabym wierzyć w reinkarnację i to, że być może w siódmym życiu, by mi się udało zaorać wszystkie te poletka i obsiać je dzięcieliną i tamaryszkiem... Postanowiłam więc zrobić inną rzecz. Przyjąć z całą świadomością moje "kalectwa" i zrobić z nich użytek. Nie jest to jednak możliwe bez przeniesienia punktu odniesienia z "ja" na ślicznie nazwany przez Ciebie wymiar 3.0... :-)
356 2015-01-02 11:02:59 Ostatnio edytowany przez robert247 (2015-01-02 11:32:10)
Jedna jest tutaj racja nadrzędna. Sytuacja jest duzo trudniejsza przez dzieci...to jest fakt bezdyskusyjny,ja doskonale wiem co znaczy dla dzieci rozstanie bo sam to przezyłem w dziecinstwie...po tym zawsze zostaje trauma.
Moja kobieta cóż rozmawiam z nią i ona ma chyba najlepsze intencje...ale niestety to co Elle pisze cały czas...Ja ją muszę cały czas zmuszać,nagabywać,upominać co to jest uczucie. Nieraz mam wrazenie autentyczne i bolesne że tłumaczę 3 letniemu dziecku coś a widzę smutną zapłakaną twarz i odpowiedz: ,,ja nie potrafię,,
Rozmawiałem z moją dziewczyną wczoraj i na spokojnie proponowałem reset naszego związku. Rozstanie powiedzmy na 3 miesiące bez żadnego kontaktu. Pomyślałem sobie że wtedy będzie ten czas na przemyślenia,szczególnie dla niej czego ona chce,czy ona tyle kocha i zatęskni że zmieni swoje podejscie sama czy jednak dojdzie sama do wniosków że to nie miłość.
Ale ona bezwzględnie tego nie chce,żadnego rozstawania sie,i zwraca mi uwagę na dzieci...no i ja przyznam sie wam,nie potrafie sam podjąć takeij decyzjii,natychmiast czuję wyrzuty sumienia i czuję sie winny za to co mogę tym zrobić dzieciom,bo one tutaj są w ogóle niewinne.
Gdyby ona sie zgodziła na to,nie wiem poparła mnei w tej decyzjii moze było by łatwiej. Ja wam powiem szczerze...ja już nie widzę innej szansy dla nas jak taki reset. Ja już nie wiem do końca czy ja tak naprawde znam swoją kobiete,zabrneliśmy w to tak daleko że ja nie wiem co ona tak naprawde mysli i czuje,ponieważ widzę jak bardzo wymuszam na niej pewne słowa i gesty. Ona sama z nimi nie wychodzi,to jest tak jakbysmy stali w miejscu.
Elle napisała dosyć dobrze o tym ze moja kobieta w wymuszonych słowach zapewnia o miłosci,pożądaniu itd. ale jak przechodzę do analizy czynów to widzę tragedie.
pytam sie jej czy przeczytała ten temat do konca czy sie moze wypowiedziec...a okazuje sie ze ona nie ma takiej potrzeby,ze ona nie umie pisać o uczuciach,zresztą czytaliscie jej post...
Pytam sie o psychologa to mówi ze tak ze owszem ,jest chetna i pojdziemy....ale jak o tym milcze kilka dni -temat dla niej przestaje istnieć.
Widzę że ona przerabia ten problem tylko dlatego ze ja go przerabiam,dla niej problem w naszym związku nie istnieje. Wczoraj rozmawialismy...i ona nie potrafi sama z siebie ani mówić o uczuciach ani ich wyrazać.Zawsze jest to wtedy kiedy ją ,,upomnę,,..a jednoczesnie ona nie chce rozstania...
W poprzednim poscie wspomniałem ze od około 2 tyg. jest u nas super,i rzeczywiscie naprawde jest ale..Elle ma racje....ona sie zachowuje wzorowo..ale jedzie na tych wymuszanych schematach....absolutnie nie usłyszę od niej ,, Jestes męzczyzną mojego życia ,chcę ciebie wspierać bo cię kocham,, Ona nigdy sama z siebie nigdy nie powie nic w tym stylu,tak jakby to było od siebie ,z serca....zamiast tego czuć to wumuszanie i wymuszane słowa. Ona tłumaczy sie tym ze jest introwertyczką,nie umie tak mówić i okazywać uczuć...po prostu zaczyna płakać i mói ze nic jej do głowy nie przychodzi. Mnie to dokumentnie dobija,bo czuję jakbym żył nie z kobietą a z dzieckiem...chociaz to zły przykład bo widzę jak moje dzieci okazują uczucia jak wchodzę do domu - To jest szał radości,w tym widac spontanikę i miłość...a przeciez one są małe ..nie uczyłęm ich tego...one same wiedzą,to instynkt miłości dziecka do rodzica. W relacjach z moją dziewczyną tej spontaniki z jej strony nie ma,jak pisałem wszystko jest ,,przegadane,, i ,,wymuszone,,.
Dlatego ja to widze tak: Albo rozstanie...albo trwanie w tym bagnie...albo....przyszło mi do głowy trzecie rozwiązanie tylko nie wiem czy mam na tyle siłi a moja panna polotu zeby to sie udało: Otóż musiałbym chyba rzucic w cholrere naprawianie związku,forum,mój temat,wszelkie tematy,przestac z nią wałkować to,przestac nagabywac o to czy o tamto...i oddać jej całkowicie inicjatywę tej naprawy,niech ona sie pomęczy porozkminia..pokaze sama na co ją stać ...niech sama zobaczy jaki to ciężki chleb tak ratować związek...tylko czy ją na to stać..?
pozdrawiam
Naprawa związku to wysiłek często wielomiesięczny. Autorek tego watku zmienia swoje zdanie jak rękawiczki (przede wszstykim pod wpływem postow tutaj) co kilka dni. Najpierw po refleksji zony jest to uzasadnione obwinienie się i chec konstruktywnej naprawy, potem po kilku postach prowadzących go na manowce, nazywa swój związek bagnem. To jest chore tak samo jak chory i zapętlony w swoim egoizmie jest autor tego watku. Jestem ciekawy czy jakakolwiek adwersarzka w tym watku wytryzmala by tepo autora i mimo wielogodzinnych, codziennych obowiazkow w pracy, domu, sklepie, kochala by się z nim codziennie do rana, jednocześnie codziennie go chwalac, przytulając po wiele godzin, przez TV i litując się nad spoconym misiem w Kinie przy jednoczesnych codzienny epitetach, pretensjach, awanturach wywoływanych jednostronnie przez autora tego watku? Czy wy ludzie zupełnie zatraciliście jakies obiektywne sposoby postrzegania rzeczywistości?!!!! Mieliscie jakies kontruktywne i jednoczesne deklaracje ze strony autora i jego zony, mogliście to zostawić, dac szanse tym ludziom do odnaleznienia siebie (choćby po wpływem krytyki) a potem to wszystko niszczycie?!!!! Polecam wam jednak naprawdę, KUBEL ZIMNEJ WODY w tym nowym roku.
358 2015-01-02 13:58:14 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-01-02 14:17:24)
Ja uważam, że oni się ze sobą męczą nawzajem i maja kompletnie inne oczekiwania co do okazywania miłości. Nie tworzą związku tylko coś w rodzaju spółki, gdzie głównym 'wkładem' są dzieci.
Ja także pochodzę z rozbitej rodziny i pamiętam jak prosiłam rodziców (z rodzeństwem) by się rozeszli, taka była "atmosfera": zimna wojna, tak bym to określiła- coś potwornego.
Jeśli ktoś uważa, że warto kisić się razem tylko ze wzgl. na dzieci i próbowanie na chama zmieniać drugiego człowieka pod siebie, gdy ten tego wyraźnie nie chce, to zamęczajcie ich dalej.
To, że robert jest sam jak gówniarz i zmienia zdanie co kilka dni, nie potrafiąc podjąć 1 męskiej decyzji i sie jej trzymać to jest dla mnie widoczne i od dawna powtarzam, że to żaden sposób na 'naprawę' miotanie się jak g... w przeremblu.
Myślę, że robert jest po prostu zdesperowany i żyje w iluzji, że jest w stanie zmienić partnerkę pod swoje oczekiwania. Nie rozumie i nie chce zrozumieć, że ona jest i ma prawo być jaka jest, tylko po prostu w tej konfiguracji nie pasują do siebie. Jak wspominała - z ex byli dograni niemal idealnie (pomijając zdrady).
Czyli ewidentnie to nie jest tak, że taki człowiek z NIKIM nie stworzy satysfakcjonującej relacji. Stworzy, ale z kimś kto nie będzie miał potrzeby jej zmieniać. Ex nie miał i dlatego tamto wypaliło w 90% ![]()
To tak jak ze złą lokatą.. Wtopimy trochę kasy w nieodpowiednie akcje, ale na początku coś nam podpowiada, że może warto doinwestować i nie zrażać się jednym niepowodzeniem.
Ale kiedy z jednego niepowodzenia robi się duża inwestycja i zaczynamy pomału wpadać w długi, to same akcje tak naprawdę nie są już głównym problemem, tylko kołowrot autodestrukcyjnych myśli i obsesja, do której doprowadziliśmy się ciągle inwestując w nierokujący interes, chcą na siłę zobaczyć siebie jako milionera, nie potrafiąc dodać 2 do 2.
Z ich relacja jest podobnie. To nie tak, że kiedyś było między nimi super i coś się nagle rypło i od tego się zaczęło.
Z tego co pisał autor, od początku to małżeństwo oparte było na kompromisach na tyle dużych, że nikt nie czuł satysfakcji ze związku. A dzieci jako "remedium" -klasyczny błąd w myśleniu, nie sprawdziły się, bo to tak nie działa i nie zadziała. Dzieci nie mogą być klejem na niedopasowanie rodziców!
Tak to rozumiem ja.
Dokładnie
tak samo to rozumiem.
Bo do tanga trzeba dwojga.
Nie twierdzę i nie było moim zamiarem przekonywanie kogokolwiek, że Robert w pojedynkę ma szansę zmienić cokolwiek w swoim związku.
Chciałabym aby oboje wykorzystali energię kryzysu do samorozwoju oraz być może rozwoju swojego związku. A egocentryzowanie się, szukanie winnych to uniemożliwia.
Zbyt często mamy skłonności do trwania przy błędnym kursie, tylko po to, by nie zmierzyć się z prawda o tym, że sami sobie go w pewnym momencie źle ustawiliśmy.
Jeśli założymy, że powyższe jest o partnerce Roberta, to:
Cały pic polega na tym by w momencie kiedy uświadomimy sobie, że w danej relacji zamiast wzajemnie wspierać się, obdarowywać miłością i tą miłość otrzymywać to tkwimy w jakimś totalnym toksyku, albo lepkiej pajęczynie z obojętności i wzajemnych pretensji, potrafić zostawić to co nie daje szczęścia za sobą i otworzyć się na coś lepszego.
To jest praca, którą powinni wykonać nad sobą i Robert, i jego partnerka, z tym że ona jeszcze tkwi w jakimś dziwnym kokonie, unikając kontaktu z Robertem a co gorsze z samą sobą. Za takimi postawami mogą stać trudne doświadczenia z dzieciństwa, o których pisał Robert (karanie za dziecięcą egzaltacją, prawdziwość, spontaniczność).
Nie mam pojęcia, czy oprogramowanie, które ma wygrane partnerka Roberta jest trwałe i czy można zresetować dysk i wgrać nowe, ale przynajmniej warto spróbować.
Qurcze, czuję, że ona potrzebuje dużo bardziej pomocy i wsparcia niż nasz Robert.
360 2015-01-02 15:35:57 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-01-02 16:01:39)
Elle Najmilsza,
Jasne, że ratować związek nie za wszelką cenę, bo tą ceną jest życie. Celowo piszę, życie a nie szczęście, bo jest ono moim zdaniem najmniej trwałą cechą ludzkiego istnienia :-).
Jednak sama widzisz, że konsekwencje rozstań rodziców dźwigamy my, ich dzieci i to jest często tak, jak z wirusami w zmutowanej i jeszcze trudniejszej do wyleczenia formie.
Więc jeśli życie przedstawia dla nas wartość i nie jest jedynie tak szalenie modnym obecnie kręceniem się w kołowrotku seksualnego obłędu i pogonią na wysokich szpilkach (koniecznie od Louboutina, bo jakże inaczej!) za iluzją wiecznie szczęśliwej i dostatniej rodziny, to trzeba jednak trochę więcej rozwagi, by powiedzieć "pass" lub ratować z tego "pożaru", co tylko się da, nawet z narażeniem się na zranienie, ból, etc.
Właśnie tak, jak pisała Przyszłość, jeśli się rozstać, to z czystym sumieniem, że zrobiło się wszystko, co było możliwe, by przetrwać w warunkach uczuciowej Sahary. Wydaje się, że Robert i Jego Partnerka już się na niej znaleźli, a miotają się dlatego, że nie potrafią obrać wspólnej taktyki przetrwania burzy piaskowej, która dodatkowo ich nawiedziła.
Gdy czytam ten wątek, to mimo wszystkich tych błędów, które popełnili jako para, właśnie ta ich obecna szamotanina jest dla mnie znakiem, że nie padł jeszcze ostatni bastion... Nie mniej jednak, nie chcę napisać, że mają trwać w tym związku wyłącznie dla "picu" i z powodu małoletnich obywateli, których powołali na ten świat i aby oboje w tej walce o związek padli z odwodnienia z braku wzajemnej miłości, szacunku i zrozumienia.
Rozumiem doskonale o czym piszesz, Elle i wdzięczna Ci jestem za Twe kategoryczne słowa, bo tym bardziej odsłaniają one sytuację, w jakiej znalazła się opisywana w tym wątku Para i tym większy dajesz impuls do działania pisząc ostro o tym, jak postrzegasz ich relację.
Jest jeszcze jedna sprawa, na którą zwróciłam uwagę... W momencie małżeńskiego krachu, wiele kobiet z racji swojej wadliwej dla tej płci konstrukcji emocjonalnej, zaczyna demonizować byłych partnerów, przypisywać im cechy seksualnych herosów, wzniosłych Abelardów i innych supermenów o kompatybilności w zakresie 90% -100%. Zapominają często, że w chwili obecnej tracą oni najczęściej dawny wigor i owłosienie, nie mówiąc już o zainteresowaniu obiektem swych młodzieńczych namiętności - dziś matką dzieci i żoną pohukującego męża. Zatem pielęgnowanie ołtarzyka przeszłości i modły do dawno zaprzeszłego Dyzia, w chwili małżeńskich potyczek są czcze i z lekka "trącą myszką".
361 2015-01-02 16:02:00 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-01-02 16:12:28)
Aurora, słuszna uwaga - ludzie w momencie kryzysu w związku mają skłonność do wynoszenia przeszłości na piedestały, ale to niezależnie od płci bym powiedziała ![]()
Tyle, że ja tu podkreślam z uporem maniaka 1 kwestię.. Czym innym jest kochać kogoś za to jaki JEST, a zupełnie czym innym kochać za to, że się dla nas STARA.
W pierwszym przypadku kochamy realna osobę, w drugim kogoś kim w naszej głowie ma kiedyś się stać.
Z tymże to 'kiedyś' ma to do siebie, że jest nieokreślone w czasie, dlatego sporo jest wątków o tym, jak ktoś się dla kogoś innego starał, flaki sobie wypruwał, ale zachwytu za te starania i więcej uczucia znikąd..
Powtórzę raz jeszcze: Jeśli ludzie do siebie 'pasują' to wraz z czasem trwania relacji wprowadzają drobne poprawki do kursu.
Dla jednych "drobną poprawką" jest, że on/ona przestaje mnie zdradzać, dla innych - rzucenie przez niego fajek czy częstsze wychodzenie do kina.
Natomiast w żadnym wypadku do drobnych poprawek nie zalicza się brak więzi emocjonalnej między partnerami, brak chęci do wspólnego spędzania czasu i czerpania z tego satysfakcji (nie pro forma!), inne oczekiwania względem partnera w ogóle niż to, z kim się jest (czyt. wybór jako wynik kompromisu z samym sobą), bardzo trudna lub zerowa komunikacja wprowadzająca więcej złego niż budująca i podtrzymująca więź. itd..
Ja rozumiem Wasze racje i one z logicznego i prorodzinnego punktu widzenia mają sens, tyle że.. z praktycznego już nie bardzo.
Żadne zaklęcia, prośby i groźby nie są w stanie zmusić osoby, której jest dobrze ze sobą taką jaka jest do zmiany osobowości, o ile sama tego szczerze nie zechce.
Partnerka roberta wpada w płacz i histerię na samo wspomnienie o tym, że musi coś w sobie, swojej postawie zmienić. Tak samo jej pozorna zgoda na terapię - niby jest, ale w praktyce i z odczuć roberta, ona się zgodziła bo ON chciał, czyli znów z jej perspektywy to jego fanaberia.
"Mówił dziad do obrazu."
Z ta traumą dzieci po rozwodzie to nie demonizujmy
Owszem, rozwód jest trudnym doświadczeniem, który zmienia wiele, jeśli nie wszystko w perspektywie dziecka przyzwyczajonego do pewnej stałości i powtarzalności (bezpieczeństwa) w życiu. Tyle że, dzieci mają coś takiego, co w wyniku wielu dośw. zatracają dorośli - niestłumiona jeszcze intuicje i empatię, a nawet można śmiało powiedzieć, że więcej odbierają w tamtym okresie telepatycznie niż jesteśmy w stanie to przyznać.
Dlatego nikt mi nie powie, że dzieci są szczęśliwe obserwując na co dzień chłód emocjonalny, kłótnie i ciche dni rodziców- no way.
A to, jak one sobie z tą rewolucją w życiu poradzą zależy w dużej mierze zarówno od roberta - na ile dalej będzie obecny w ich życiu i będzie to czas dobry jakościowo, jak i od jego partnerki, by nie utrudniała mu z nimi kontaktów.
Jest mnóstwo par po rozwodzie, które maja ze sobą o wiele lepsze relacje, a dzieci dzięki temu są spokojniejsze i szczęśliwsze niż kiedy męczyli się ze sobą "dla ich dobra".
Przyszłość,
Zgadzam się z tym co napisałaś a propos tego, że to partnerka roberta ma większy problem ze sobą (z nazywaniem i wyrażaniem swoich emocji) niż on sam (posiada nieco inne problemy
), tyle że to i tak niczego nie zmienia w kwestii zasadniczej, że kompletnie się nie dobrali emocjonalnie.
Nawet nie dlatego, że nie ma w nich chęci, dobrej woli czy innych potrzebnych narzędzi by coś z tym zrobić, tylko.. nie ma podstawowego składnika do tego 'ciasta' - WODY, żeby to można było posklejać.
Bezwzględnie. Jedynie współpraca obydwojga może przynieść rezultat w postaci zmiany w ich relacji, bo tak, jak piszesz Elle, ciągnięcie tego "wózka" w pojedynkę prowadzi do jednego z trzech scenariuszy:
- jej rozpadu po przedłużonej agonii,
- postępującym zamykaniu się każdego z małżonków jego odrębnej, hermetycznej kapsule niezgody, pogłębiającej się niechęci/ nienawiści/zobojętnienia,etc.
- heroizmu, ale to przydarza się jedynie wybrańcom, którzy zostali opisani w świętych księgach, ale takich przypadków na tym Forum jeszcze nie zanotowano :-)
Ja rozumiem Wasze racje i one z logicznego i prorodzinnego punktu widzenia mają sens, tyle że.. z praktycznego już nie bardzo.
Czuję, jak niezbyt twarzowe nakrycie głowy z puchatej wełny kóz angorskich wciskane jest tu na czółko coraz głębiej... A przecież instytucja rodziny i szczególna piecza nad nią ze względów społecznych, a nade wszystko politycznych, to twór epok, gdy koza nie przyczyniała się jeszcze do masowego dziergania beretów, a jedynie do użyczania rogu zaspakajającego potrzeby żywieniowe Zeusa :-)))
Z ta traumą dzieci po rozwodzie to nie demonizujmy
Owszem, rozwód jest trudnym doświadczeniem, który zmienia wiele, jeśli nie wszystko w perspektywie dziecka przyzwyczajonego do pewnej stałości i powtarzalności (bezpieczeństwa) w życiu. Tyle że, dzieci mają coś takiego, co w wyniku wielu dośw. zatracają dorośli - niestłumiona jeszcze intuicje i empatię, a nawet można śmiało powiedzieć, że więcej odbierają w tamtym okresie telepatycznie niż jesteśmy w stanie to przyznać.
Dlatego nikt mi nie powie, że dzieci są szczęśliwe obserwując na co dzień chłód emocjonalny, kłótnie i ciche dni rodziców- no way.
A to, jak one sobie z tą rewolucją w życiu poradzą zależy w dużej mierze zarówno od roberta - na ile dalej będzie obecny w ich życiu i będzie to czas dobry jakościowo, jak i od jego partnerki, by nie utrudniała mu z nimi kontaktów.
Jest mnóstwo par po rozwodzie, które maja ze sobą o wiele lepsze relacje, a dzieci dzięki temu są spokojniejsze i szczęśliwsze niż kiedy męczyli się ze sobą "dla ich dobra"
Miałam raczej na myśli długofalowe konsekwencje u DDRR. Gdyby było to wyłącznie "demonizowanie" problemu, to by tak wielu psychoterapii nie rozpoczynano od wnikliwego "skanowania" dzieciństwa i szukania "rodzinnego kodu kreskowego" dla określania przyczyn poważnych problemów w dorosłym życiu.
Jasne, że rozwód rodziców nie jest determinantą, która przesądza o jakości życia DDRR, ale trzeba ją traktować bardzo poważnie. Ja w każdym razie, odkrywam wciąż nowe skutki spustoszenia psychiki po rozstaniu moich rodziców i braku ojca, mimo modelowo poprawnych relacji zarówno między rodzicami po rozwodzie, jak i silną więzią łączącą mnie z ojcem przez długie lata.
Stąd tak wielkie parcie z mojej strony na ratowanie rodzin w sytuacji podobnej do opisywanej tutaj, jeśli tylko obie strony widzą choćby cień szansy. Jeśli nie, albo jeśli są to tylko słowne deklaracje, to podpisuję się pod "szybkim cięciem"...
Przyszłość,
Zgadzam się z tym co napisałaś a propos tego, że to partnerka roberta ma większy problem ze sobą (z nazywaniem i wyrażaniem swoich emocji) niż on sam (posiada nieco inne problemy
), tyle że to i tak niczego nie zmienia w kwestii zasadniczej, że kompletnie się nie dobrali emocjonalnie.
Nawet nie dlatego, że nie ma w nich chęci, dobrej woli czy innych potrzebnych narzędzi by coś z tym zrobić, tylko.. nie ma podstawowego składnika do tego 'ciasta' - WODY, żeby to można było posklejać.
Tak Elle, widzę to.
Wiesz, mi chyba zależy już tylko na tym, żeby Robert zanim odejdzie lub w trakcie rozstania zadbał o swoją partnerkę, pomógł jej dotrzeć do samej siebie. Chociażby ze względu na swoje dzieci, na wychowanie których po jego odejściu ona będzie miała najprawdopodobniej większy wpływ.
Wiem, jak to brzmi. Nikt jej nie pomoże jeśli ona sama sobie nie pomoże.
Jednak ich terapia może być pierwszym krokiem w tym kierunku.
I jeszcze jedno: chciałabym, aby Robert zaczął szukać w sobie, bo wtedy jest szansa, że znajdzie a szukając w swojej partnerce wywołuje tylko jej reakcję obronną.
364 2015-01-03 01:42:34 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2015-01-03 01:44:36)
To chyba jednak off topic
Rzeczy dobre wymagają od nas najwięcej. To zło jest banalnie proste.
Chyba nie zrozumieliśmy się do końca.
/.../
Podchodzę do tego jak do jeża od dwu dni, ale ZUPEŁNA odpowiedź wymagałaby przedstawienia, z jednej strony jakiego metodologicznego podejścia, którego używam, potem szczegółowych wyjaśnień dotyczących podstawowych pojęć, wreszcie dopiero, znalezienia w tym co piszesz tej części, która na ten aparat jest przetłumaczalna i tej która nie.
Teoriami "spekulatywnymi" też czasami się posługuję - mogę rzucić jakąś "psychoanalizą" ale generalnie ma to dla mnie jednak zbyt duże ograniczenia. W konsekwencji mogę tylko zasygnalizować, że nie mam (bądź nie znam) żadnych empirycznych dowodów na istnienie "nieświadomości/podświadomości/świadomości zbiorowej", "uniwersalnego wzorca dobra", "matrycy". Podobnie przeświadczenie o istnieniu zjawiska reinkarnacji, lub użyteczność pojęcia "karmy" czy "duszy" nie wydaje się mieć podstaw w dającej się sfalsyfikować (czytaj: sprawdzić) procedurze ekperymentalnej, niezależnie od tego czy coś takiego "jakoś istnieje" czy nie.
Tylko część pojęć: typu (1)"plan duszy" - dla mnie np przekształcalny do stanu układu nerwowego w chwili narodzin+oddziaływania środowiskowe do chwili oceny tego "planu"
(2) intuicja - dla mnie suma oddziaływań związanych z nieświadomym uczeniem się określonych decyzji w powtarzalnych sytuacjach bodźcowych
dałaby się przeformułować i nimi "dyskutować", ale to chyba i tak byłoby na siłę. Bo "prawie" to samo, to już nie to samo.
Tak więc odpowiadam głównie w ramach niekurtuazyjnego szacunku dla rozmówcy i z chęci podkreślenia, że tego nie zbyłem, chcąc jednak wskazać zasadnicze różnic metodologiczne oraz różnice leżące w sferze podstawowych założeń czysto filozoficznych dotyczących natury ludzkiej. Rożnice te wymagałyby czegoś więcej niż dyskusja postami a i tak robę tu niezły off-top.
To się kwalifikuje z każdej strony na jakieś seminaria ze slajdami + dyskusję panelową :-)
BTW mogło by być ciekawie :-)
Wiesz, mi chyba zależy już tylko na tym, żeby Robert zanim odejdzie lub w trakcie rozstania zadbał o swoją partnerkę, pomógł jej dotrzeć do samej siebie. Chociażby ze względu na swoje dzieci, na wychowanie których po jego odejściu ona będzie miała najprawdopodobniej większy wpływ.
Wiem, jak to brzmi. Nikt jej nie pomoże jeśli ona sama sobie nie pomoże.
Jednak ich terapia może być pierwszym krokiem w tym kierunku.
Sytuacja, kryzysowa jest jedyną, która może zachęcić partnerkę do pracy. Proces wywracania się emocjonalnie na drugą stronę musi trwać, zwłaszcza że motywację do takiego procesu trudno będzie utrzymać bez udziału Autora wątku.
I jeszcze jedno: chciałabym, aby Robert zaczął szukać w sobie, bo wtedy jest szansa, że znajdzie a szukając w swojej partnerce wywołuje tylko jej reakcję obronną.
Autor niewątpliwie ma nad czym pracować - poza umiejętnością kontrolowania impulsów, pojawia się jeszcze wątek chaotyczności i niekonsekwencji działań, łatwego ulegania wływom.
366 2015-01-03 02:17:24 Ostatnio edytowany przez Elle88 (2015-01-03 02:18:49)
To się kwalifikuje z każdej strony na jakieś seminaria ze slajdami + dyskusję panelową :-)
BTW mogło by być ciekawie :-)
Haha, czasem też tak sobie myślę i wtedy przestaję pisać ![]()
Rozumiem co masz na myśli, ale z jednym się nie zgodzę:
różnice leżące w sferze podstawowych założeń czysto filozoficznych (...) W konsekwencji mogę tylko zasygnalizować, że nie mam (bądź nie znam) żadnych empirycznych dowodów na istnienie "nieświadomości/podświadomości/świadomości zbiorowej", "uniwersalnego wzorca dobra", "matrycy". Podobnie przeświadczenie o istnieniu zjawiska reinkarnacji, lub użyteczność pojęcia "karmy" czy "duszy"
Często spotykam się z takimi "zarzutami" u ludzi, którzy mylą osiągnięcia współczesnej fizyki kwantowej, która od dawna zauważa bezpośrednie i wzajemne odwzorowanie swoich podstawowych założeń z wymiarem duchowym ('wszystko jest wibracją', zjawisko rezonansu, pole energetycznego/czakry, etc.) z jakąś bliżej nieokreśloną filozofią nurtu New Age i szamaństwem
i to wszystko im się zlewa w jedno.
Żyjemy w 4 wymiarach: materia, emocje, sfera mentalna i duchowa. Umiejętność zauważania jak te płaszczyzny wciąż zachodzą na siebie zależy od stopnia rozwoju świadomości i zdolności do odbierania wibracji o różnych częstotliwościach jednocześnie. Ale to temat rzeka i nie na ten wątek, masz rację.
Dla ciekawskich coś a propos na długie zimowe wieczory:
https://www.youtube.com/watch?v=VYYXq1Ox4sk
To się kwalifikuje z każdej strony na jakieś seminaria ze slajdami + dyskusję panelową :-)
BTW mogło by być ciekawie :-)Haha, czasem też tak sobie myślę i wtedy przestaję pisać
Rozumiem co masz na myśli, ale z jednym się nie zgodzę:
różnice leżące w sferze podstawowych założeń czysto filozoficznych (...) W konsekwencji mogę tylko zasygnalizować, że nie mam (bądź nie znam) żadnych empirycznych dowodów na istnienie "nieświadomości/podświadomości/świadomości zbiorowej", "uniwersalnego wzorca dobra", "matrycy". Podobnie przeświadczenie o istnieniu zjawiska reinkarnacji, lub użyteczność pojęcia "karmy" czy "duszy"
Często spotykam się z takimi "zarzutami" u ludzi, którzy mylą osiągnięcia współczesnej fizyki kwantowej, która od dawna zauważa bezpośrednie i wzajemne odwzorowanie swoich podstawowych założeń z wymiarem duchowym ('wszystko jest wibracją', zjawisko rezonansu, pole energetycznego/czakry, etc.) z jakąś bliżej nieokreśloną filozofią nurtu New Age i szamaństwem
i to wszystko im się zlewa w jedno.
Może i komuś się tam zlewa. Ale nie ma obecnie ŻADNEJ udowodnionej empirycznie teorii wyjaśniającej tzw. "problem psychofizyczny" czyli jak to co możemy "zmierzyć lub zważyć" przekształca się na to czego jesteśmy świadomi. Jeśli uważasz inaczej - pokaż artykuł w recenzowanym czasopiśmie naukowym :-)
Potrafimy bezbłędnie przewidzieć jedynie skutki np. wczesnych uszkodzeń mózgu u dziecka dla funkcjonowania np. społecznego w okresie dorosłym(ale tylko na grupach, nie zawsze w KAŻDYM przypadku).Potrafimy wskazać większe prawdopodobieństwo zaburzeń psychicznych w następstwie interakcji znanych czynników wrodzonych i środowiskowych. Potrafimy podglądać aktywność mózgu podczas wykonywania operacji umysłowych ale nie potrafimy SZCZEGÓŁOWO WYŚWIETLIĆ treści myśli. Można tylko ogólnie przewidzieć, że ktoś myślał np. o ruszaniu ręką, lub o obrazku. CZasem daje się trochę zrekonstruować np. obrazek. Ale nie wiadomo jak jedno przekształca się w drugie.
Proces fizyczny w subiektywny stan.
Jeśli piszę komuś, że w chorobach autoimmunologicznych w których jest komponenta neurodegeneracyjna może w wyniku przewlekłego stressu dochodzić do zaostrzenia, to WIEM to nie z przysłowiowej DU****Y ale z badań tego problemu. Jeśli piszę, że określony rodzaj terapii jest na coś skuteczny, to mam na to dowody empiryczne dotyczące oczywiście GRUP a nie jednostek.
Niestety, wskutek tego że od szkoły podstawowej NIKT NIE UCZY DZIECI MYŚLENIA W OPARCIU O DOWODY ludzie są w stanie wierzyć w najdziwniejsze, nieopracowane empirycznie teorie lub powtarzać bezrefleksyjnie różne rzeczy tylko dlatego, że mówią je "naukowcy". Nie szukają DOWODU.
Żyjemy w 4 wymiarach: materia, emocje, sfera mentalna i duchowa. Umiejętność zauważania jak te płaszczyzny wciąż zachodzą na siebie zależy od stopnia rozwoju świadomości i zdolności do odbierania wibracji o różnych częstotliwościach jednocześnie. Ale to temat rzeka i nie na ten wątek, masz rację.
Tam gdzie nie sięga "science" czyli nauki przyrodnicze/ścisłe wywodzące się z fizyki
(fizyka->chemia, ->biochemia i fizjologia ->grupa nauk zwanych "neuroscience")
tam Z KONIECZNOŚCI używa się teorii spekulatywnych. Weź chocby psychoanalizę. Ale dotyczy to też sporej części psychologii (tej powstającej bez łączności z neuroscience). W związku z tym badacz może wziąć sobie założenia z przysłowiowej D***y. Dlatego zresztą czytam z ulubieństwem posty różnych "samorodków" - zerknij choćby na Usenet -> w latach 99-2010 pisał tam np kompletny wariat ksywka "JET" (głównie na pl.sci.fizyka, pl.sci.psychologia, pl.sci.filozofia) - piśmiennictwo takich ludzi, wyrosłych poza ogłupiającym i niszczącym wpływem uczelni jest dla mnie stale źródłem inspiracji.
Ale tylko inspiracji - aby coś uznać za FAKT założenia dowolnej teorii muszą być testowne empirycznie.
To się kwalifikuje z każdej strony na jakieś seminaria ze slajdami + dyskusję panelową :-)
BTW mogło by być ciekawie :-)
Elle88, EXTRA_terrestrial,
Zostawcie "układanie paneli" innym :-)))
Świat Was potrzebuje!
Piszcie! Doradzajcie! Prostujcie! Wyjaśniajcie! a klepki może nawet same się poukładają? :-)
EXTRA_terrestrial napisał/a:To się kwalifikuje z każdej strony na jakieś seminaria ze slajdami + dyskusję panelową :-)
BTW mogło by być ciekawie :-)Elle88, EXTRA_terrestrial,
Zostawcie "układanie paneli" innym :-)))
Świat Was potrzebuje!
Piszcie! Doradzajcie! Prostujcie! Wyjaśniajcie! a klepki może nawet same się poukładają? :-)
No Ok, ale w Twoim towarzystwie, nie wiem czy wiesz ale moja żona jest Twoją fanką ;-)
(Nawiasem skąd ty wzięłaś taką "klasyczną" erydycję jak z przedwojennego liceum...)
Jutro psycholog,idziemy razem,pierwszy raz...i co ja mam mu powiedzieć..
Pustka w głowie,tyle tego się nawarstwiło ze nie wiadomo co mówić.
Ostatnio się dowiedziałem od mojej kobiety że to wszystko przez to forum,ze za dużo czytam,że za duzy wpływ mają wasze wypowiedzi na mnie.Pogubiłem się w tym.
Zobaczymy co powie psycholog.
pozdrawiam
Dziewczyna potrzebuje psychologa, żeby pomógł jej się odblokować.
Z opisu jest to osoba tak silnie wycofana i zamrożona wewnętrznie, że dziwię się że w ogóle weszła w związek.
Próba ingerencji w jej uczucia, nawet próba naświetlenia ich, żeby im się przyjrzeć, powoduje reakcję w postaci płaczu, taki mechanizm obronny, że kiedy ktoś próbuje dostać się/zajrzeć głębiej, to powoduje to natychmiast taką ścianę bólu, że nie jest się w stanie jej przejść.
Albo taka pustka w głowie. I bardziej ktoś chce czegoś się od nas dowiedzieć, tym głębiej w środku zaczyna chować się odpowiedź, a my zazwyczaj trafiamy to pustego pokoju, w którym ona powinna być. Powinna, ale nie ma. Dlatego ktoś powinien dziewczynę otwierać powoli, umiejętnie, z wyczuciem.
Do tego bierność, wzorzec zaczerpnięty od matki. Ta dziewczyna jest przede wszystkim ofiarą swoich rodziców.
Tak, wygodniej jest żyć w zaprzeczeniu że wcale nie jest tak źle, wycofać się zamiast podjąć akcję zeby coś zmienić (podejmowanie akcji, własna siła sprawcza, inicjatywa, to jest terra incognita i można się czuć na tym terenie bardzo niepewnie, skoro się wcześniej tak rzadko tu zapuszczało), to czego brakuje, to przekonania że warto, a to wynika z wycofania. Błędne koło.
aurora borealis napisał/a:EXTRA_terrestrial napisał/a:To się kwalifikuje z każdej strony na jakieś seminaria ze slajdami + dyskusję panelową :-)
BTW mogło by być ciekawie :-)Elle88, EXTRA_terrestrial,
Zostawcie "układanie paneli" innym :-)))
Świat Was potrzebuje!
Piszcie! Doradzajcie! Prostujcie! Wyjaśniajcie! a klepki może nawet same się poukładają? :-)No Ok, ale w Twoim towarzystwie, nie wiem czy wiesz ale moja żona jest Twoją fanką ;-)
(Nawiasem skąd ty wzięłaś taką "klasyczną" erydycję jak z przedwojennego liceum...)
Kończyłam budowlankę...
A dla Twej Żony ślę ukłony wdzięczności aż do samej ziemi.
Wnoszę, że skoro swe życie splotła z E.T. sama musi być NIEZIEMSKA!
;-)
373 2015-01-08 14:31:42 Ostatnio edytowany przez robert247 (2015-01-08 14:35:23)
Dziewczyna potrzebuje psychologa, żeby pomógł jej się odblokować.
Ona twierdzi ze jednak nie, bo...taką ma naturę a natury człowieka nie można zmeiniać. Pokręcone priorytety. Skoro jestem ,,opcją,, to jej się w sumie nie dziwie ,bo po co miałaby się zmieniać tylko dla mnie. Ona jednak twierdzi ze opcją nie jestem,no ale to tylko słowa.
Dziś wieczorem psycholog....ale ja z nią rozmawiam i wiem ze dla niej to ma być ,,sędzia,, .Ona sądzi że psycholog ma rozsądzić kto ma racje i kogo jest wina,a potem już z górki ponieważ będzie uzasadnienie dla dalczych decyzjii. Dla mnie tragiczne podejscie..
pozdrawiam
Czyli wszystko po staremu ![]()
Czyli wszystko po staremu
nie do konca.
Na codzień jest zmiana i ona trwa nieprzerwanie,ale w głowie to samo ![]()
Trudno w tę zmianę uwierzyć, po tym co wyżej napisałeś.
Bardziej bym to określiła jako "próba dostosowania się" do oczekiwań bez kompletnego przekonania w GŁOWIE.
Ten wątek i "postępy"w sytuacji kojarzą mi się z takimi filmami przyrodniczymi, gdzie drapieżnik wlecze swoją ofiarę za flaki przez całą sawannę i te flaki się tak ciągną i ciągną..
377 2015-01-08 16:28:50 Ostatnio edytowany przez robert247 (2015-01-08 16:30:24)
Ona panicznie boi sie równowagi uczuć,boi sie odrzucenia i dlatego nigdy przenigdy nie pokaże w sytuacjii zagrożenia że jej zależy.Schowa uczucia najgłebiej jak sie da i bedzie kierowała sie zimnym rozsądkiem...sama mi to powiedziała ![]()
Siedzi w niej do tego stopnia ze rozmawiamy o tym i jest ok,po czym ja jako konkluzje rozmowy proponuje rozstanie na jakis czas spokojnym głosem...reakcją jest zawsze płacz i obrzucanie mnie poczuciem winy...nawet kiedy rozmowa o naszym sposobie komunikacjii miała miejsce 2 minuty wczesniej.Nie potarfi ona jakby wzniesc sie ponad to na chwilę.To moja kobieta ale powiem ze nigdy nie spotkałem zadnego człowieka który by tak silnie tłumił emocje i bronił sie przed konsekwencjami których...nie ma.To taka obrona przed atakiem którego nie ma. Słaby ze mnie psycholog ,może specjalista coś powie dzis konstruktywnego.
Dobrze to rozkminiłeś, nie wiem czy psycholog zrobi to lepiej, oby nie spieprzył ![]()
Z jednej strony jak się to czyta i widać jak się męczysz to rada jest jedna, z drugiej..jak widzę jak Ty tę kobietę się starasz ze wszystkich sił zrozumieć i rozkminić to widzę tu prawdziwe uczucie.
Oby ona potrafiła to docenić..
Dobrze to rozkminiłeś, nie wiem czy psycholog zrobi to lepiej, oby nie spieprzył
Z jednej strony jak się to czyta i widać jak się męczysz to rada jest jedna, z drugiej..jak widzę jak Ty tę kobietę się starasz ze wszystkich sił zrozumieć i rozkminić to widzę tu prawdziwe uczucie.
Oby ona potrafiła to docenić..
Wiesz ja ją kocham..tak jakby bezwarunkowo,nie zrobiła mi ona nic takiego w życiu zebym choc na chwilkę przestał kochać,mogę się rozstać ale to nie ma nic wspólnego z brakiem uczuć do niej. Natomiast u niej jest inaczej...powiedziała mi że ona WIERZY że ja ją kocham bo miłość dla niej to kwestia wiary a nigdy to nie będzie pewnik
Szczerze to od kiedy zacząłem bardziej wchodzić w głąb mojej kobiety tym więcej dziwnych dla mnie rzeczy się dowiaduje. Najbardziej boli to zderzenie jej wykształcenia,stanowiska zawodowego i ogólne poszanowanie jej przez srodowisko,z tym co ja widzę w domu w takiej w miare szczerej rozmowie. Tam pewna siebie nieugięta osoba,w srodku dziecko które ktośkiedyś skrzywdził i odciął od emocjonalnej sfery życia.
nie sądziłęm że można mieć w sobie dwie tak skrajne osobowości.
pozdrawiam
380 2015-01-08 18:02:13 Ostatnio edytowany przez aurora borealis (2015-01-08 18:06:20)
Trudno w tę zmianę uwierzyć, po tym co wyżej napisałeś.
Bardziej bym to określiła jako "próba dostosowania się" do oczekiwań bez kompletnego przekonania w GŁOWIE.Ten wątek i "postępy"w sytuacji kojarzą mi się z takimi filmami przyrodniczymi, gdzie drapieżnik wlecze swoją ofiarę za flaki przez całą sawannę i te flaki się tak ciągną i ciągną..
U parzystokopytnych roślinożerców te "flaki" mogą mieć nawet 40 metrów, a na dodatek są bardzo ciągliwe...
Robercie,
Elle ma słuszność. Ofiara "wypruwa flaki". Jednak wytrzymałość drapieżcy też jest bardzo osłabiona, najpierw samym zdobywaniem, a potem tym "ciągnięciem" bezwładnego osobnika po sawannie życia. Drapieżniki żyjące w tak trudnych warunkach, owszem są silne, zdeterminowane, ale to typowi krótkodystansowcy. W bardzo krótkim czasie "padają trupem"z wycieńczenia...
Osoby, które zaangażowały się w Twoim wątku, wskazywały, że we dwoje nie dacie rady uporać się z tą sytuacją i pomoc jest tu ogromnie potrzebna, wręcz niezbędna. To nie jest pora na to, abyś się przedzierzgnął w domowego terapeutę, a Twoja Luba, by myliła psychologa ze spowiednikiem lub sędzią i robiła naprędce rachunek win i zawczasu ferowała wyroki. To jest dla Was okazja do tego, aby uświadomić sobie, że Wasz związek od dłuższego czasu dynda nad przepaścią i podjęcia decyzji, czy jest w Was wola usunięcia go stamtąd, czy jednak przecięcia tej pajęczej niteczki, na której jest zawieszony.
PS Elle, byłam przekonana, że w niedzielne przedpołudnia słuchasz "Koncertów Brandenburskich" a nie, że zgłębiasz etologię zwierząt Czarnego Lądu...
Jesteś jedną wielką Niespodzianką :-)
381 2015-01-08 18:12:02 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2015-01-08 18:14:53)
Nie mieszkam z Wami więc mogę się mylić, niemiej zastanów się nad paroma sprawami:
Czarna Kotka napisał/a:Dziewczyna potrzebuje psychologa, żeby pomógł jej się odblokować.
Jeśli dobrze to "odbieram" - sieć +głuchy telefon to trochę duże zafałszowanie danych - potrzebuje psychoterapeuty, najlepiej z certyfikatem jakieś psychoterapii dynamicznej. Może psychoanaliza, może Gestalt...(żadna behawioralno-poznawcza bo ta jest raczej na "objawy"). Terapia raczej wielomiesięczna i podczas niej będą uwalniane raczej gwałtowne emocje.
Psycholog po "samych studiach" może nie dać rady.
Ona twierdzi ze jednak nie, bo...taką ma naturę a natury człowieka nie można zmeiniać. Pokręcone priorytety. Skoro jestem ,,opcją,, to jej się w sumie nie dziwie ,bo po co miałaby się zmieniać tylko dla mnie. Ona jednak twierdzi ze opcją nie jestem,no ale to tylko słowa.
/.../
Jeśli ktoś całe życie mieszkałby w zielonym pokoju, nie podejrzewałby nawet istnienia innych kolorów. Bo niby skąd miałby wiedzieć na czym polega inny kolor niż zielony? Podobnie ona od dzieciństwa "nie wymieniając" emocji z innymi nie podejrzewa że są narzędziem wymiany "czegoś" między partnerami.
Ze słabo wyszkolonym "spychologiem" może jej udać się zaprezentować poprawnie... Zweksluje na przemoc domową i psycholożka poleci "po schemacie"...
/.../powiedziała mi że ona WIERZY że ja ją kocham bo miłość dla niej to kwestia wiary a nigdy to nie będzie pewnik
Szczerze to od kiedy zacząłem bardziej wchodzić w głąb mojej kobiety tym więcej dziwnych dla mnie rzeczy się dowiaduje.
WIERZY bo nie ODBIERA uczucia. Nie ma czym tego spostrzec (zakldam że na poziomie pozasłownym komunikujesz to - ale to po niej "spływa" bo nie ma się w co "wchłonąć"). Sądzi więc, że i ty powinieneś UWIERZYĆ i to załatwi sprawę. Na co komu "cały ten seks i przytulanie" :-)
/.../Najbardziej boli to zderzenie jej wykształcenia,stanowiska zawodowego i ogólne poszanowanie jej przez srodowisko,z tym co ja widzę w domu w takiej w miare szczerej rozmowie. Tam pewna siebie nieugięta osoba,w srodku dziecko które ktośkiedyś skrzywdził i odciął od emocjonalnej sfery życia. Nie sądziłęm że można mieć w sobie dwie tak skrajne osobowości.
Ma przewagę nad ludźmi ponieważ może działać w ekstremalnych warunkach, gdy inni wymiękają bo sypią się emocjonalnie.
Teraz jest między wami lepiej bo pobudził ją konflikt - coś tam przebiło się przez barierę.
Aurora, nie podejrzewałam Cię, że mnie o to podejrzewasz
A tak serio, jestem bliżej "zwykłego" ludu, natury i banalnych prostych rzeczy niż ktokolwiek mógłby się spodziewać po moich wywodach być może ![]()
A wracając do autora i wątku terapii, również zgadzam się z EXTRA_terrestial, że psycholog temu nie podoła - to był raczej taki 'skrót myślowy'. To musi być psychoterapeuta, który potrafi w myśleniu wychodzić poza schematy i ciąg przyczynowo-skutkowy, którego uczą na kierunku: psychologia
czyli po prostu ktoś z powołania i z pasji, kto rozumie wiele zależności, które składają się na powstanie traumy, a nie tylko sam fakt, że Twoja partnerka cierpi w jej wyniku.
Ale najważniejsze w tym wszystkim by ona zrozumiała, że MA problem i przestała racjonalizować i chować się za te wszystkie taktyki oparte na wyparciu, których wyuczyła się latami i osiągnęła w tym niemal perfekcję. Perfekcję w samooszukiwaniu się.
383 2015-01-08 21:13:27 Ostatnio edytowany przez robert247 (2015-01-08 21:15:30)
eXTRA..Świetnie to zinterpretowałeś co napisałem,szacunek.Szczególnie z tą ,,odpornością,, na uczucia w zawodowych relacjach,masz racje ona nie ma dylematów emocjonalnych aczkolwiek....wiem ze morlanie jest czysta,ludzie ją naprawdę lubią w otoczeniu zawodowym.
Acha najnowsze i nawet dla mnie zaskakujące wieści zfrontu. Byliśmy umówieni z psychologiem na 20.20...dzieciaki miały iść do mamy...ale nie poszły,z powodów niezależnych mama nie może przyjsc więc....ktoś musi zostać z dziecmi a psychologa nie da sie przełożyć (umówilismy sie ze mamy zadzwonic dzien wczesniej jakby co a nie 20 minut przed).
Więc żeby nie robić kogoś w konia ,ustaliliśmy ze pójdzie jedno z nas...ja siedzę tutaj,wiec padło na moją wybrankę
..czyli mam to z głowy na dziś ![]()
Teraz to naprawde nie wiem czego sie spodziewać, ale poszła rozeznać teren.
Oczywiscie zdam relacje.
Jeśli chodzi o Panią psycholog na cóż,wybraliśmy z internetu,przynajmniej z opisu refernecjii specjalizuje sie w psychoterapiach ,terapiach par itd. wieloletnie doświadczenie...no i dobrze z oczu patrzyło na zdjęciu
,z opinii innych na necie pani jest wkręcona w swoją robotę...zobaczymy.
pozdrawiam
384 2015-01-09 00:45:18 Ostatnio edytowany przez EXTRA_terrestrial (2015-01-09 00:50:02)
/.../A wracając do autora i wątku terapii, również zgadzam się z EXTRA_terrestial, że psycholog temu nie podoła - to był raczej taki 'skrót myślowy'. To musi być psychoterapeuta, który potrafi w myśleniu wychodzić poza schematy i ciąg przyczynowo-skutkowy, którego uczą na kierunku: psychologia
czyli po prostu ktoś z powołania i z pasji, kto rozumie wiele zależności, które składają się na powstanie traumy, a nie tylko sam fakt, że Twoja partnerka cierpi w jej wyniku./.../.
Elle: To jeszcze dalej idzie i nie kończy na myśleniu - w psychodynamicznej np. pracuje się na emocjach a nie zajmuje tylko wyjaśnianiem. Coś takiego co masz z "Hasta la vista bejbe" teraz - aż się prosi żeby wykorzystać takie przeniesienie w celach terapeutycznych. Poprzez "daremność" przeniesienia, poprzez jego kierunek pokazuje się delikwentowi, jak "preset" z dzieciństwa rujnuje jego relacje. Głównie TO jest treścią pracy, aby pojawiające się się w przeniesieniowych interpretacjach emocjonalne treści przekształcać poprzez zderzenie z osobą, która okazuje się kimś innym niż wyświetlony na białej ścianie osobowości terapeuty obrazek. Pracuje się więc "sobą".
pokazuje się delikwentowi, jak "preset" z dzieciństwa rujnuje jego relacje.
M.in. o to mi chodzi.
Tyle, że to wszystko psu na budę póki delikwentka nie zrozumie, że to NISZCZY jej relacje, bo wg niej to robert ją niszczy, a z nią wszystko ok- wystarczy udawać, że problemu nie ma ![]()
pokazuje się delikwentowi, jak "preset" z dzieciństwa rujnuje jego relacje.
M.in. o to mi chodzi.
Tyle, że to wszystko psu na budę póki delikwentka nie zrozumie, że to NISZCZY jej relacje, bo wg niej to robert ją niszczy, a z nią wszystko ok- wystarczy udawać, że problemu nie ma
Tyle, że to się pokazuje namacalnie - czyli pacjent "odgrywa" się na psychoterapeucie który specjalnie gra męża aby sprowokować... Nie można potem uciec ;-)
Tak, tylko weź pod uwagę, że na wszelka pomoc/dialog (nawet z psychoterapeutą) trzeba być otwartym.
Równie dobrze ona może siedzieć jak słup soli i milczeć, nie współpracować na elementarnym poziomie.
Znam takich ludzi i to jest typ, gdzie ma się ochotę patelnią przywalić w ten ośli łeb ![]()
Aurora, nie podejrzewałam Cię, że mnie o to podejrzewasz
A tak serio, jestem bliżej "zwykłego" ludu, natury i banalnych prostych rzeczy niż ktokolwiek mógłby się spodziewać po moich wywodach być może
Perło Skandynawii,
Gdybyś Ty wiedziała o ile pięknych rzeczy ja Ciebie "podejrzewam"! :-)
A ile mam uciechy, gdy trafiam - tak, jak na przykład dziś - na namalowaną przez Ciebie "martwą naturę" z gazelą o rozciągniętych jelitach i śledzionie na pierwszym planie oraz cierpką połówką cytryny, Twych czasem buńczucznych słów w jej tle ;-)))
Uwielbiam galerię Twoich słownych obrazów...
A wracając do autora i wątku terapii, również zgadzam się z EXTRA_terrestial, że psycholog temu nie podoła - to był raczej taki 'skrót myślowy'. To musi być psychoterapeuta, który potrafi w myśleniu wychodzić poza schematy i ciąg przyczynowo-skutkowy, którego uczą na kierunku: psychologia
czyli po prostu ktoś z powołania i z pasji, kto rozumie wiele zależności, które składają się na powstanie traumy, a nie tylko sam fakt, że Twoja partnerka cierpi w jej wyniku.
Gdy przeczytałam dziś post EXTRA_terrestial, to na moment skamieniałam... Gdybym była na miejscu Lubej, Roberta, to po przeczytaniu jego słów nie musiałabym chyba już iść po diagnozę, tylko bezpośrednio po pomoc, do wymienionych przez Was osób.
Moim zdaniem E.T rozwalił system i odsłonił kilka obszarów szczególnie "zawirusowanych". Niesamowite!
Tak, tylko weź pod uwagę, że na wszelka pomoc/dialog (nawet z psychoterapeutą) trzeba być otwartym.
Równie dobrze ona może siedzieć jak słup soli i milczeć, nie współpracować na elementarnym poziomie.Znam takich ludzi i to jest typ, gdzie ma się ochotę patelnią przywalić w ten ośli łeb
Zawsze może doprosić męża...i będzie masakra :-) Zdaje się że terpeutka robi też rodzinną więc ma pretekst. Choć w zasadzie z tego co pamiętam nie powinno się mieszać rodzinnej z indywidualną u tej samej osoby - takie mają "zasady". Trzeba poczekać co zrobi, ja już chyba nie będę tu nic "interpretował" pozwalając działać specjalistom.
/.../ja już chyba nie będę tu nic "interpretował" pozwalając działać specjalistom./.../
Nie kurde, nie wytrzymałem długo w postanowieniu - jeszcze jedno ostatnie o niej:
Robert - zobacz na to co napisałeś:
"/.../Tam pewna siebie nieugięta osoba,w srodku DZIECKO [podkreślenie ET], które ktoś kiedyś skrzywdził i odciął od emocjonalnej sfery życia. nie sądziłęm że można mieć w sobie dwie tak skrajne osobowości./../"
Jak tylko możesz próbuj "to dziecko" wydobyć na powierzchnie, to DZIECKO właśnie trzeba pokochać w Żonie, bo jeśli kochasz tylko "opakowanie" to ona niewiele z tego ma. Temu dziecku trzeba zapewnić bezpieczeństwo, spokój, zabawę, uwagę i troskę - to co lubią "dzieci". Tu masz swój "punkt dostępu". Swoje "wejście". Rozumiesz co mówię? Nie jest to "normalne" of korz, ale chyba nie masz opcji.
Dobra wyłączam się :-)